Witam, zacznę od początku może i uspokoicie mnie trochę co?

WIem, że wodonercze to nie jest koniec świata, ale jak pewnie każda z was zastanawiam się wciąż dlaczego na nas trafiło?
Maksiu we wrześniu miał robione badanie usg, zupełnie pod innym kątem, bo nasza pani doktor podejrzewała reflux żołądkowy. Lekarz jednak zatrzymał się na nerkach i już dalej nie dojechał swoim sprzętem. Od razu była diagnoza : wodonercze nerki lewej. Potem zaczęły się pytania o zdrowie, jakieś dolegliwości, wcześniejsze usg. Sprawdziliśmy i Maksiu miał co roku robione to badanie i na żadnym wcześniej nie było ani słowa o zmianach w nerkach, wymiary były wręcz idealne, ostatnie usg było sprzed roku i tam też wszystko było ok! Oczywiście wielki szok, bo lekarz od usg zaraz powiedział że to stan który kwalifikuje się od razu do operacji, ale najpierw dostaliśmy skierowanie do poradni nefrologicznej. I tutaj oczywiście pierwsza porażka, bo terminów (we wrześniu) na ten rok brak. Ah ta nasza cudowna służba zdrowia... Znaleźliśmy dobrego (wg. różnych opinii) nefrologa prywatnie, ale nawet tak trzeba było czekać 3 tygodnie na wizytę. Dr Czarniak (z Gdańska) bardzo miły, przyjemny, super człowiek skierował nas na scyntygrafię, i tu kolejne 6 tygodni oczekiwania. Wczoraj odebraliśmy wynik tego badania Wynik w skrócie:Funkcja względna L/P 46/54% znaczne zaburzenia odpływu moczu z nerki lewej. możliwe częściowe uszkodzenie miąszu nerki lewej.
Oczywiście tutaj mój dół wielki się pojawił, bo nie wiem dlaczego, ale łudziłam się że wszystko wyjdzie ok

Kolejny termin do poradni mamy JUŻ na 20 lutego, napisałam wczoraj do doktora Czyża co on o tym sądzi, a na 8 grudnia umówiłam sięprywatnie do doktora Czarniaka. Z tego co czytałam to operacja nas czeka raczej, żal mi tego mojego małego chudego krasnala...
Musiałam się wygadać no

i wcale nie jest mi lżej