pozwolę sobie zabrać głos - jako osoba "nieparzysta".
mam taki problem, że jestem zakochana w nieodpowiednim (tzn. zajętym)
mężczyźnie - od ponad 2 lat. nie mogę się odkochać i to jest straszne!

to
uczucie przyszło tak niespodziewanie i przytrafiło się akurat mnie - osobie
uważającej się za realistkę, która była przekonana że nigdy się tak głupio
nie zakocha. co za okrutny żart losu.
wiem, tu nie ma żadnych dobrych rad, wiem że trzeba to przetrwać, bo to MUSI
minąć (tak to sobie powtarzam). usiłuję sobie w tym pomóc, usiłuję zauważyć
innych mężczyzn - ale to po prostu nie wychodzi! to, co czuję do Niego jest
takie naturalne, tak jak oddychanie - zazwyczaj się na to nie zwraca uwagi,
ale jak przyjdzie co do czego, okazuje się, że nie można bez tego żyć. ja nie
mogę żyć bez Jego widoku, muszę nacieszyć i oczy, i uszy, wtedy zdobywam
energię na następne dni. gdy zaś Go długo nie widzę, robię się smutna i
apatyczna.
możecie się ze mnie pośmiać, ale czego ja nie próbowałam robić, żeby wybić
sobie to uczucie z głowy. broniłam się i negacją ("ależ skąd, ja Go w ogóle
nie znam, nigdy Go nie widziałam"), i stereotypami ("jak jest taki
przystojny, to pewnie jest głupi i próżny"), i religią (co o mało nie
skończyło się rozstrojem nerwowym...). nic. ostatnio po raz kolejny okazało
się, że On wcale nie jest głupi i próżny, jak usiłowałam sobie to wmówić, ale
przeciwnie - poważny, inteligentny i otwarty.
ja zazwyczaj byłam singlem - albo ze strachu przed zaangażowaniem, albo z
lęku przed zranieniem drugiej osoby (jeśli moje uczucia to nie "to"), ale
obecnie ten stan doskwiera mi coraz bardziej. zaczynam wątpić, czy to
kiedykolwiek się zmieni...
poużalałam się już wystarczająco i jeżeli ktoś dobrnął do końca tego wywodu,
to serdecznie gratuluję.

pozdrowionka dla singli!