To ja ten od cierpienia za miliony
No właśnie. Wyluzowałem. Od kilku tygodni próbuję się wyciszyć. Dużo chodzę na
basen, biegam, czytam, wróciłem do wieczornego grania na pianinie. Robię
rzeczy nie wymagające "ruszania pupką".
Tydzień temu zacząłem się czuć delikatnie dobrze samemu. Wiecie takie drobne
rzeczy: ugotuję sobie coś dla siebie, obejrzę film jaki ja chcę, sprzątanie
zostawię "na jutro". Czasami chyba zaczyna nabierać starokawalerskich nawyków.
Ale gdzieś odszedł ten wieczorny totalny dołek, kiedy się aż wyć chciało.
Tydzień temu poznałem kogoś. Nic się nie dzieje, ale się lubimy. Seksu nie
było, wiec wyłamałem się z szablonu. Kumplujemy się. Więc wszystko mogloby
zmierzac do happy endu, prawda?
A dzisiaj... dzisiaj fuck, moja ex się odezwała. I nie byloby w tym nic zlego
- czasami się zastanawiam, co u niej. Ale ona się odezwała i powiedziała, że
żałuje, bo jednak "byłeś dla mnie najlepszy". Cholera, po pół roku.
Siedzę teraz i myślę. Serce jedno a rozum drugie.
Chcialem sie z wami podzielić, bo ciesze się tutaj anonimowością.
Idę na salatke z krewetek. Bo lubię.