cyklotym
30.11.09, 13:22
Nie wiem, czy dobrze robię pisząc właśnie tutaj, bo w sumie nie podjąłem
decyzji o rozwodzie... Ale nie bardzo mam z kim porozmawiać o tym, co się we
mnie dzieje, a takie anonimowe wyznanie na forum raz, że pomaga samemu sobie w
głowie poukładać, dwa, że rady i opinie ludzi zupełnie obcych też mają z
reguły ten potrzebny dystans...
Mam 32 lata, jesteśmy 5 lat po ślubie, mamy 4,5-letniego synka. Nie zdradzamy
się. Oboje pracujemy, nie mamy większych problemów z pieniędzmi, wybudowaliśmy
dom pod miastem... Na oko - familijna sielanka.
Ale problem w tym, że to wszystko jest jedno wielkie kłamstwo. Między nami nic
tak naprawdę nie ma, żadnych gorących uczuć. Gorzej - nie mamy właściwie
żadnej wspólnej płaszczyzny. Przy różnych okazjach nawet to sobie niby-żartem
wyznaliśmy - ona wyszła za mnie, bo się bała, że nie zostanie sama, ja za nią,
bo miała mieszkanie, a poza tym miałem dość bycia samemu. Mieliśmy do tej pory
dwie duże kłótnie, gdzie stanęliśmy na krawędzi rozwodu, ale zawsze jakoś
brakowało nam siły na ten decydujący krok, godziliśmy się i popadaliśmy w taką
chwilową euforię, że teraz to już będzie świetnie, oboje się zmienimy i w
ogóle ciasteczka-cukiereczki. A potem znów to samo, tyle że już mniej
wybuchowo, a bardziej szaro i z rezygnacją...
Tu niespodzianka - przyznaję, że wszystko to głównie moja wina, co tylko
sprawia, że sytuacja jest dla mnie trudniejsza. Jestem człowiekiem, który
dryfuje. Całe życie płynąłem jak woda - wybierałem drogę, gdzie opór był
najmniejszy, gdzie otwierała się jakaś szczelina. Nie decydowałem, tylko
godziłem się na to, co mi się przydarzało. I właściwie nie wychodziłem na tym
najgorzej. Znalazłem pracę w wolnym zawodzie, która daje mi pieniądze
wystarczające na życie, a przy tym możliwość dysponowania własnym czasem. Nie
spotkały mnie właściwie żadne większe nieszczęścia ani porażki... Ot, życie
sobie płynie.
I tak gdzieś w tym nurcie poznałem żonę. Wcześniej nie miałem żadnych
dłuższych związków. Raz tylko byłem zakochany do bólu, ale teraz, z
perspektywy czasu sam nie wiem, co to naprawdę było, czy nie zwykłe
zachłyśnięcie się przez wyposzczonego młodziaka dużą dawką niezłego seksu. Jak
to było na początku z moją żoną, właściwie już mi się rozmyło - poznaliśmy się
przez wspólnych znajomych, zaczęliśmy się spotykać, ja chyba dlatego, że po
prostu nie było nikogo lepszego na oku... W każdym razie fajerwerków tam nie
było. I właściwie od początku już zgrzytało, wychodziły nam różnice właściwie
we wszystkim... Ale brnęliśmy dalej, bo łatwiej było brnąć, niż ze sobą
zerwać, ja cały czas ustępowałem, rezygnowałem, udawałem, że jestem kimś innym
niż naprawdę jestem, bo było mi głupio i wstyd przyznać się do tego, jak jest,
jak myślę. Żona bezustannie mi zarzucała, że na niczym mi nie zależy, że mam
wszystko w d..., że jedyne, czego chcę, to mieć święty spokój - a ja
wypierałem się, zarzekałem, że to nieprawda, bo przerażało mnie samego, że
taki właśnie jestem. I tak płynąłem, dryfowałem, nie wychodziłem z żadnymi
inicjatywami, bo nie czułem takiej potrzeby - żona w końcu wymogła na mnie
dziecko, potem decyzję o budowie domu, a ja się zgodziłem, bo łatwiej było się
zgodzić, niż zaprotestować i tym samym zburzyć tę wygodną iluzję samego
siebie. Kiedy się poznaliśmy, miałem pasję - mniejsza o to jaką, powiedzmy, że
zajmowała mi sporo czasu i mocno mnie pochłaniała, ale dawała mnóstwo radości.
Żona była temu przeciwna, nie mogła znieść, że mam jakiś swój świat, który jej
nie obejmuje, nie potrafiła się odnaleźć w mojej wizji przyszłości, i po
którejś z kolei awanturze miałem dość, zjadliwości, wyrzuty i fochy zmęczyły
mnie do tego stopnia, że - znów w imię świętego spokoju - powiedziałem OK i
odpuściłem sobie to, co kochałem.
Teraz mam 32 lata i się duszę. Jakkolwiek melodramatycznie by to zabrzmiało,
żyję z rozpędu, z poczucia obowiązku. Nie widzę w swojej przyszłości niczego,
na co bym czekał, do czego bym dążył - wszystko, co szczęśliwe i jasne jest
już za mną. Oczywiście, trafiają mi się chwilowe przyjemności, nie jestem
ponurym, zaniedbanym typem z depresją, wstaję, pracuję, golę się, spotykam ze
znajomymi, śmieję i rozmawiam - ale nie jestem szczęśliwy. Jestem pusty. Mam
dziecko, które mnie męczy i stresuje - co mnie samego boli jak cholera, bo mam
dość wrażliwości, żeby widzieć, jaki to dramat. Mam żonę, z którą łączy mnie
tylko i wyłącznie umowa kredytu hipotecznego - mamy inne zainteresowania, nie
lubimy nawzajem swoich znajomych (ja ze swoich praktycznie zrezygnowałem),
nawet temperament mamy inny - dla mnie seks to ostre akcje co wieczór, dla
niej przytulanki raz na miesiąc. Przestała mi się podobać - kiedyś były
jeszcze takie chwile, że patrzyłem na nią z zachwytem, a jej braki urody
(każdy jakieś ma) autentycznie mi nie przeszkadzały. Teraz widzę tylko te
niedostatki, choć akurat wzięła się za siebie, schudła i zaczęła bardziej o
siebie dbać - a ja na każdym kroku widzę kobiety ładniejsze, seksowniejsze, i
skręcam się w duchu na supeł, że mogę sobie już tylko popatrzeć, a potem co
najwyżej pomarzyć sobie pod prysznicem. Nie wiem już, co mam robić. Nie ma
dnia, żebym nie marzył o wolności, o możliwości robienia tego, co lubię i chcę
- ale zarazem wiem, że to niemożliwe, że nie ma powrotu do przeszłości, że
jeśli spróbuję się wyrwać, to zostanę do końca życia z brzemieniem skurwysyna,
który zostawił kobietę bez perspektyw i zniszczył życie dziecku – nie mówiąc
już o tym, że przy moich dochodach po odjęciu alimentów raczej sobie nie
poszaleję, raczej będzie to chuda egzystencja od wypłaty do wypłaty. Siedzi
przy tym we mnie taka mentalna zadra, że wszystko to, o czym marzę, to są
jakieś szczeniackie, niedojrzałe zachcianki, że jeśli zrobię ten krok i
odejdę, dostrzegę dopiero wtedy - kiedy będzie już za późno - co miałem i co
bezpowrotnie straciłem. Nie umiałbym żyć ze świadomością, że skrzywdziłem syna
- ale zarazem nie umiem żyć ze świadomością, że już nigdy nie będę szczęśliwy.
Kilka razy poważnie już myślałem, że jedyne wyjście to po prostu ze sobą
skończyć - w ten sposób straty byłyby najmniejsze... Ale wiem, że tego też nie
zrobię. Patrzę na związki znajomych, na to, jak się podobierali i jak się
dogadują ze swoimi małżonkami, widzę, że są swoimi przyjaciółmi - a moja żona
nie jest moją przyjaciółką. To też moja wina - z jakiegoś powodu zawsze
rozgraniczałem te dwie rzeczy, przyjaźń i związek, nie rozumiałem, że żona to
musi być twój najlepszy kumpel, w związkach widziałem tylko filmowe klisze,
romantyczne sceny, kwiaty i gładkie słówka, wydawało mi się, że związek dwojga
ludzi to jakiś scenariusz do odegrania, że muszę grać jakąś ROLĘ, a nie być po
prostu sobą, i osiągnąłem w graniu tej roli sporą wprawę - już rzadko kiedy
jestem sobą, bo przecież nie przy rodzinie, której nie mogę powiedzieć, że
moje całe życie okazało się pomyłką, i nie przy znajomych, którzy raz, że mają
swoje problemy na głowie i nie potrzebują moich, dwa - że znają też moją żonę,
a doświadczenie nauczyło mnie, że każda nieostrożność się mści, bo przed żoną
nic się nie ukryje... Dlatego nie mam, jak pisałem na początku, z kim na
poważnie porozmawiać, wszystkim prezentuję skorupkę, a to, co w środku,
zachowuję tylko dla siebie - no i dla Was, teraz, kiedy to napisałem.
W porównaniu z niektórymi historiami, które tu wyczytałem, o mężach pijakach,
bezdusznych żonach-sukach, zdradach i biciu - to jest dramat banalny, bo bez
ognia, to jest dramat przez lenistwo, wygodę i strach przed tym, co powiedzą
ludzie, ale wcale przez to dla mnie nie mniej prawdziwy. I tak sobie myślę, że
na pewno jest tu ktoś, kto był w sytuacji podobnej - może nie w sensie
okoliczności, ale dylematu - i jakoś go rozwiązał, i może mi podpowiedzieć, co
właściwie powinienem zrobić.