Dodaj do ulubionych

dramat szary i przyziemny

30.11.09, 13:22
Nie wiem, czy dobrze robię pisząc właśnie tutaj, bo w sumie nie podjąłem
decyzji o rozwodzie... Ale nie bardzo mam z kim porozmawiać o tym, co się we
mnie dzieje, a takie anonimowe wyznanie na forum raz, że pomaga samemu sobie w
głowie poukładać, dwa, że rady i opinie ludzi zupełnie obcych też mają z
reguły ten potrzebny dystans...

Mam 32 lata, jesteśmy 5 lat po ślubie, mamy 4,5-letniego synka. Nie zdradzamy
się. Oboje pracujemy, nie mamy większych problemów z pieniędzmi, wybudowaliśmy
dom pod miastem... Na oko - familijna sielanka.

Ale problem w tym, że to wszystko jest jedno wielkie kłamstwo. Między nami nic
tak naprawdę nie ma, żadnych gorących uczuć. Gorzej - nie mamy właściwie
żadnej wspólnej płaszczyzny. Przy różnych okazjach nawet to sobie niby-żartem
wyznaliśmy - ona wyszła za mnie, bo się bała, że nie zostanie sama, ja za nią,
bo miała mieszkanie, a poza tym miałem dość bycia samemu. Mieliśmy do tej pory
dwie duże kłótnie, gdzie stanęliśmy na krawędzi rozwodu, ale zawsze jakoś
brakowało nam siły na ten decydujący krok, godziliśmy się i popadaliśmy w taką
chwilową euforię, że teraz to już będzie świetnie, oboje się zmienimy i w
ogóle ciasteczka-cukiereczki. A potem znów to samo, tyle że już mniej
wybuchowo, a bardziej szaro i z rezygnacją...

Tu niespodzianka - przyznaję, że wszystko to głównie moja wina, co tylko
sprawia, że sytuacja jest dla mnie trudniejsza. Jestem człowiekiem, który
dryfuje. Całe życie płynąłem jak woda - wybierałem drogę, gdzie opór był
najmniejszy, gdzie otwierała się jakaś szczelina. Nie decydowałem, tylko
godziłem się na to, co mi się przydarzało. I właściwie nie wychodziłem na tym
najgorzej. Znalazłem pracę w wolnym zawodzie, która daje mi pieniądze
wystarczające na życie, a przy tym możliwość dysponowania własnym czasem. Nie
spotkały mnie właściwie żadne większe nieszczęścia ani porażki... Ot, życie
sobie płynie.
I tak gdzieś w tym nurcie poznałem żonę. Wcześniej nie miałem żadnych
dłuższych związków. Raz tylko byłem zakochany do bólu, ale teraz, z
perspektywy czasu sam nie wiem, co to naprawdę było, czy nie zwykłe
zachłyśnięcie się przez wyposzczonego młodziaka dużą dawką niezłego seksu. Jak
to było na początku z moją żoną, właściwie już mi się rozmyło - poznaliśmy się
przez wspólnych znajomych, zaczęliśmy się spotykać, ja chyba dlatego, że po
prostu nie było nikogo lepszego na oku... W każdym razie fajerwerków tam nie
było. I właściwie od początku już zgrzytało, wychodziły nam różnice właściwie
we wszystkim... Ale brnęliśmy dalej, bo łatwiej było brnąć, niż ze sobą
zerwać, ja cały czas ustępowałem, rezygnowałem, udawałem, że jestem kimś innym
niż naprawdę jestem, bo było mi głupio i wstyd przyznać się do tego, jak jest,
jak myślę. Żona bezustannie mi zarzucała, że na niczym mi nie zależy, że mam
wszystko w d..., że jedyne, czego chcę, to mieć święty spokój - a ja
wypierałem się, zarzekałem, że to nieprawda, bo przerażało mnie samego, że
taki właśnie jestem. I tak płynąłem, dryfowałem, nie wychodziłem z żadnymi
inicjatywami, bo nie czułem takiej potrzeby - żona w końcu wymogła na mnie
dziecko, potem decyzję o budowie domu, a ja się zgodziłem, bo łatwiej było się
zgodzić, niż zaprotestować i tym samym zburzyć tę wygodną iluzję samego
siebie. Kiedy się poznaliśmy, miałem pasję - mniejsza o to jaką, powiedzmy, że
zajmowała mi sporo czasu i mocno mnie pochłaniała, ale dawała mnóstwo radości.
Żona była temu przeciwna, nie mogła znieść, że mam jakiś swój świat, który jej
nie obejmuje, nie potrafiła się odnaleźć w mojej wizji przyszłości, i po
którejś z kolei awanturze miałem dość, zjadliwości, wyrzuty i fochy zmęczyły
mnie do tego stopnia, że - znów w imię świętego spokoju - powiedziałem OK i
odpuściłem sobie to, co kochałem.

Teraz mam 32 lata i się duszę. Jakkolwiek melodramatycznie by to zabrzmiało,
żyję z rozpędu, z poczucia obowiązku. Nie widzę w swojej przyszłości niczego,
na co bym czekał, do czego bym dążył - wszystko, co szczęśliwe i jasne jest
już za mną. Oczywiście, trafiają mi się chwilowe przyjemności, nie jestem
ponurym, zaniedbanym typem z depresją, wstaję, pracuję, golę się, spotykam ze
znajomymi, śmieję i rozmawiam - ale nie jestem szczęśliwy. Jestem pusty. Mam
dziecko, które mnie męczy i stresuje - co mnie samego boli jak cholera, bo mam
dość wrażliwości, żeby widzieć, jaki to dramat. Mam żonę, z którą łączy mnie
tylko i wyłącznie umowa kredytu hipotecznego - mamy inne zainteresowania, nie
lubimy nawzajem swoich znajomych (ja ze swoich praktycznie zrezygnowałem),
nawet temperament mamy inny - dla mnie seks to ostre akcje co wieczór, dla
niej przytulanki raz na miesiąc. Przestała mi się podobać - kiedyś były
jeszcze takie chwile, że patrzyłem na nią z zachwytem, a jej braki urody
(każdy jakieś ma) autentycznie mi nie przeszkadzały. Teraz widzę tylko te
niedostatki, choć akurat wzięła się za siebie, schudła i zaczęła bardziej o
siebie dbać - a ja na każdym kroku widzę kobiety ładniejsze, seksowniejsze, i
skręcam się w duchu na supeł, że mogę sobie już tylko popatrzeć, a potem co
najwyżej pomarzyć sobie pod prysznicem. Nie wiem już, co mam robić. Nie ma
dnia, żebym nie marzył o wolności, o możliwości robienia tego, co lubię i chcę
- ale zarazem wiem, że to niemożliwe, że nie ma powrotu do przeszłości, że
jeśli spróbuję się wyrwać, to zostanę do końca życia z brzemieniem skurwysyna,
który zostawił kobietę bez perspektyw i zniszczył życie dziecku – nie mówiąc
już o tym, że przy moich dochodach po odjęciu alimentów raczej sobie nie
poszaleję, raczej będzie to chuda egzystencja od wypłaty do wypłaty. Siedzi
przy tym we mnie taka mentalna zadra, że wszystko to, o czym marzę, to są
jakieś szczeniackie, niedojrzałe zachcianki, że jeśli zrobię ten krok i
odejdę, dostrzegę dopiero wtedy - kiedy będzie już za późno - co miałem i co
bezpowrotnie straciłem. Nie umiałbym żyć ze świadomością, że skrzywdziłem syna
- ale zarazem nie umiem żyć ze świadomością, że już nigdy nie będę szczęśliwy.
Kilka razy poważnie już myślałem, że jedyne wyjście to po prostu ze sobą
skończyć - w ten sposób straty byłyby najmniejsze... Ale wiem, że tego też nie
zrobię. Patrzę na związki znajomych, na to, jak się podobierali i jak się
dogadują ze swoimi małżonkami, widzę, że są swoimi przyjaciółmi - a moja żona
nie jest moją przyjaciółką. To też moja wina - z jakiegoś powodu zawsze
rozgraniczałem te dwie rzeczy, przyjaźń i związek, nie rozumiałem, że żona to
musi być twój najlepszy kumpel, w związkach widziałem tylko filmowe klisze,
romantyczne sceny, kwiaty i gładkie słówka, wydawało mi się, że związek dwojga
ludzi to jakiś scenariusz do odegrania, że muszę grać jakąś ROLĘ, a nie być po
prostu sobą, i osiągnąłem w graniu tej roli sporą wprawę - już rzadko kiedy
jestem sobą, bo przecież nie przy rodzinie, której nie mogę powiedzieć, że
moje całe życie okazało się pomyłką, i nie przy znajomych, którzy raz, że mają
swoje problemy na głowie i nie potrzebują moich, dwa - że znają też moją żonę,
a doświadczenie nauczyło mnie, że każda nieostrożność się mści, bo przed żoną
nic się nie ukryje... Dlatego nie mam, jak pisałem na początku, z kim na
poważnie porozmawiać, wszystkim prezentuję skorupkę, a to, co w środku,
zachowuję tylko dla siebie - no i dla Was, teraz, kiedy to napisałem.

W porównaniu z niektórymi historiami, które tu wyczytałem, o mężach pijakach,
bezdusznych żonach-sukach, zdradach i biciu - to jest dramat banalny, bo bez
ognia, to jest dramat przez lenistwo, wygodę i strach przed tym, co powiedzą
ludzie, ale wcale przez to dla mnie nie mniej prawdziwy. I tak sobie myślę, że
na pewno jest tu ktoś, kto był w sytuacji podobnej - może nie w sensie
okoliczności, ale dylematu - i jakoś go rozwiązał, i może mi podpowiedzieć, co
właściwie powinienem zrobić.
Obserwuj wątek
    • kasiapfk Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 13:39
      Początek - nieco inny. Miłość była.
      Ale się skończyła.
      Poza tym wszelkie możliwe różnice. I jego pasja i moja (mniej
      spektakularna niż jego). Dwa oddzielne życia, jego wygoda, mój brak
      zdecydowania. Dzieci, dom, i tak się jakoś nam rozeszło małżeństwo.
      Teraz się rozeszliśmy. I faktycznie i formalnie. Bywa ciężko i
      boleśnie, ale optymistycznie zarazem. Jest szansa na nowe fajne
      życie.
      Życzę Ci tego.
      • mamit-usia Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 11:39
        Doskonale Cię rozumiem. I szczerze współczuję. Sama jestem w takim
        toksycznym związku. Zupełnie nie kocham męża, ale nie mam odwagi,
        żeby odejść. Boję się jego reakcji, boję się o moje dziecko, nie mam
        w nikim wsparcia, nikt mnie nie rozumie. On ciągle mówi, że mnie
        kocha a mnie to przez gardło nie może przejść, a kłamać nie będę,
        więc wolę przemilczeć. Ciągle liczę, że to on z jakiegoś powodu
        odejdze, ale mogę się tego nie doczekać. Ja mam za mało odwagi,
        żeby odejść. Tylko, czy przez to do końca życia musimy być
        nieszczęśliwi? Do końca życia musimy udawać? Bez sensu.
        • aneta-skarpeta Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 11:56
          mamit-usia napisała:

          > Ja mam za mało odwagi,
          > żeby odejść. Tylko, czy przez to do końca życia musimy być
          > nieszczęśliwi? Do końca życia musimy udawać? Bez sensu.


          nie mozesz oczekiwac od męża , ktorego zreszta nie kochasz, zeby od
          Ciebie odszedł, zeby Tobie było lepiej

          jesteś nieszczęśliwa to sama odejdz- zbierz w sobie siłe i to zrób.

          • mamit-usia Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:00
            Wiesz, jeśli się nie ma w nikim wsparcia i do tego jest się jeszcze
            uzależnionym od rodziców z którymi się mieszka i, którzy nie chcą
            słyszeć o rozwodzie, to nie jest takie proste.
            • aneta-skarpeta Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:09
              mamit-usia napisała:

              > Wiesz, jeśli się nie ma w nikim wsparcia i do tego jest się
              jeszcze
              > uzależnionym od rodziców z którymi się mieszka i, którzy nie chcą
              > słyszeć o rozwodzie, to nie jest takie proste.


              rozumiem, ale może wyjsciem byłoby wynajęcie pokoju, tak na początek?

              bo czekanie, az ktos za nas podejmie decyzje jest bez sensu- bo
              mozna czekać do usranej smierci i jeszcze się zadręczyć
              • mamit-usia Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:22
                Wynająć pokój... Mam 23 lata, studiuję i narazie nie pracuję, bo
                wychowuję dziecko. Za co wynająć pokój? Za marne alimenty, które
                dostałabym od męża? A za co żyć?
                • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:41
                  to k. mać po co sie hajtaliście? Nie rozumiem, wpadliście i rodzina naciskała? Bo koleżanki wokół się zaręczały, to ja też? Miałem taką pannę. Dziewczyna pierwsza klasa, tylko po 3 miesiącach jej lejt motywem było dziecko, zaręczyny ślub. Było by wspaniale że jestem taki zajebisty ale jej ex słyszał to samo. I uciekł. Dziewczyny nie interesowało, za co wychować dziecko, gdzie mieszkać - byle się hajtnąć. Jakby hajtnięcie otwierało wszystkie drzwi a problemy znikną jak ręką odjął. Głuch na argumentację, głucha na dyskusję. Zarabia taka 2,5 na rękę i myśli że wszytko się jakoś ułoży - byle się hajtnąć. A ja miałem umowę na czas określony i dupa. A potem, że zacytuję, jakoś to będzie - szkoda tylko że jakoś a nie jakość.
                • aneta-skarpeta Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:41
                  mamit-usia napisała:

                  > Wynająć pokój... Mam 23 lata, studiuję i narazie nie pracuję, bo
                  > wychowuję dziecko. Za co wynająć pokój? Za marne alimenty, które
                  > dostałabym od męża? A za co żyć?

                  w takiej sytuacji niestety musisz meczyc sie z mężem. Tylko pytanie
                  po co sie pakowałas w ten układ?
                  • mamit-usia Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:56
                    No własnie. To jest bardzo długi temat. Ale spodziewałam się takich
                    reakcji i w sumienie dziwię się, bo to co ja teraz czuję rozumieją
                    tylko Ci, którzy przechodzą przez to samo, co ja. Wię myślę, że
                    najlepiej rozumie mnie teraz autor wątku. A moja historia jest
                    bardzo podobna do jego, choć troszkę inny początek ma.
                    • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 14:01
                      ale nie powiedziałaś dlaczego wyszłaś za tego człowieka...23 lata. cóż podobno
                      każdy ma to na co zasługuje.
                      • mamit-usia Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 14:07
                        No własnie, nie powiedziałam, bo jak wcześniej napisałam, to bardzo
                        długa historia. Byłam młoda, głupia, słuchałam innych (rodziców),
                        wtedy też byłam od nich zależna. Jedyne, czego nie żałuję, to
                        macierzyństwa. Synka kocham najbardziej na świecie.
                        • aneta-skarpeta Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 14:20
                          mamit-usia napisała:

                          > No własnie, nie powiedziałam, bo jak wcześniej napisałam, to
                          bardzo
                          > długa historia. Byłam młoda, głupia, słuchałam innych (rodziców),
                          > wtedy też byłam od nich zależna. Jedyne, czego nie żałuję, to
                          > macierzyństwa. Synka kocham najbardziej na świecie.


                          to jedyne wyjscie to szybko konczyc studia, szukac pracy i cos
                          kombinowac

                          a z czasem wszystko sie ułozy

                          nie czekaj az znowu ktos zdecyduje za Ciebie
    • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 14:02
      Na Boga, nareszcie jakiś post niebanalnie napisany, z werwą i naprawdę ciekawie.

      Kilka razy poważnie już myślałem, że jedyne wyjście to po prostu ze sobą
      skończyć - w ten sposób straty byłyby najmniejsze...

      wiesz za coś takiego to bym cię chetnie kopnął w dupę..... chłopie, przeciez ty
      z takim podejściem jakie twój post wyraża masz szanse na nowe życie z żoną lub
      bez. 32 lata i do piachu? kurwa, jest tyle tematów do obrobienia, tyle piwa do
      wypicia, i tyle miejsc do zobaczenia. Wiem, że to zabrzmi jak namawianie do
      zdrady ale proponowałbym powrót do korzeni czyli - Raz tylko byłem zakochany do
      bólu, ale teraz, z
      > perspektywy czasu sam nie wiem, co to naprawdę było, czy nie zwykłe
      > zachłyśnięcie się przez wyposzczonego młodziaka dużą dawką niezłego seksu. -
      humor ci sie poprawi od razu, gwarantuje.... do dzieła
    • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 14:11
      cholera czytam jeszcze raz bo taki dobrze napisany
    • a.niech.to Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 14:42
      "Cyklotym" niesie realną treść?
      • cyklotym Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 15:02
        @ a.niech.to

        Nie sądzę, dopiero dzisiaj przypadkiem znalazłem to słowo. Wybrałem takiego
        nicka, bo oddaje w pewnym sensie mój ogólnie ch...owy nastrój. Przy czym są
        oczywiście dni, kiedy powyższa sytuacja dokucza mi mniej, a są takie, kiedy
        zupełnie mnie dobija... Tak czy inaczej, nie wydaje mi się, żeby moje rozterki
        były wynikiem zaburzenia afektywnego, jakiegokolwiek rodzaju.

        @knokkelmann1

        Rada z seksem jest raczej do bani - nie chcę zdradzać żony; dopóki jesteśmy
        małżeństwem, nie zamierzam nurzać członka w żadnych innych paniach, przepraszam
        za wyrażenie.

        Zresztą to nie jest tak, że mi z braku seksu jądra sinieją, a żona jest jak
        bryła lodu. My uprawiamy seks, rozmawiamy, nie ma między nami wrogości, kłótni
        ani chłodu - ale nie ma też oddania, żarliwości, zachwytów. Odpowiednio
        regularnie kłamiemy sobie, że się kochamy, pamiętamy o swoich urodzinach,
        pilnujemy spraw codziennych, bo w tej sytuacji tak jest o wiele łatwiej, koszt
        mały, a zysk w postaci w miarę sprawnie funkcjonującej komórki społecznej duży.
        Tyle, że to jest taka wydmuszka, pusta skorupka... Rodzina udawana.
        • to.ja.kas Re: dramat szary i przyziemny. 30.11.09, 15:22
          Cudów nie ma, samo się nie naprawi. Za każdą decyzję zapłacisz i
          będziesz się zastanawiał czy jakbyś wybrał inaczej nie byłoby lepiej.

          Możesz zyć jak zyjesz...idzie przywyknąć albo dostaniesz depresji.
          Możesz się rozwieść i postarać się jakoś poukładać własne zycie,
          tylko już bardziej świadomie.
          Możesz sobie znaleźć "przyjaciółkę".
          Możesz wrócić do swoich pasji i tym wypełnić pustkę (co za pomysł z
          tą rezygnacją ze wszystkiego?).
          Możesz wierzyć, że trupa da się reanimować, udać się na terapię
          zaciągnąć żonę i wierzyć, że Ci to pomogło/albo nie.

          Ważne byś wiedział czego chcesz...droga do tego łatwa nie będzie i
          potrzebne będzie to czego zabrakło w Twoich dotychczasowych
          działaniach....determinacji.
          • phokara Re: dramat szary i przyziemny. 30.11.09, 15:59
            'Dramat szary i przyziemny' zapewne skrojony na miarę takiegoż
            człowieka. Cóż, każdy ma taki dramat na jaki go staćsmile

            Ja myślę, że zamiast zmiany żony powinieneś coś sobie najpierw
            zmienić w głowie. Choć oczywiście żonę zmienić jest prościej. No ale
            to zawsze zdążysz zrobić, jakby co - najpóżniej w tzw. kryzysie
            średniowiecza, a tych parę lat jeszcze się przemęczysz - w sensie
            wzorowo przefunkcjonujesz w społeczeństwie. Serio. A może potem Ci
            się w ogóle odechce wędrować w poszukiwaniu straconego szczęścia,
            snuć mrzonki metafizyczne i takie tam... Bo po jaką cholerę w ogóle
            się zajmować tak cierpiętniczymi rozważaniami, skoro nie bardzo ma
            się siłę, żeby coś sobie sensownego z tego swojego życia wystrugać?
            Nawet zabić się jest prościej niż żyć - ale wiesz, to też zawsze
            zdążysz uczynić, a jakby i w tej materii determinacji Ci nie
            starczyło, to kostucha Cię wyręczy tak czy owak. Sielanka.

            Wiesz, zmiany są dla ludzi - ale wychodzą na dobre tylko niektórym.
            Tym, którzy się nie boją, wiedzą, czego chcą, nie oczekują zbawienia
            od innych, są konsekwentni, gotowi zapłacić odpowiednio wysoką cenę
            za 'nowe' bez gwarancji, że będzie lepsze (!) i w skrócie 'mają
            jaja' na tyle solidne, że im nie odpadną, jak im życie przykopie w
            krok. A jak nie życie to ex żonasmile Reszta luda się buja - w sensie
            zmiany zmianiają się w stagnacje, a człowiek - buntownik (bez
            powodu) w klasycznego, zramolałego frustrata. A fuj.

            To tyle. Nie będzie rad ale zamiast myśl złota czy raczej mądra z
            literatury :"żaden człowiek nie jest w stanie przynieść innemu
            człowiekowi daru idylli". I to jest bardzo w temacie.


            (Bossssszzzzzze ale ja się zawsze uwieeeeeelbiałam wymundrzać na tym
            forum. Pozdrawiam wszystkie forumiarskie dinozaury przy okazji )
            • to.ja.kas Witaj Pho 30.11.09, 16:14
              Miło Cię czytać. I jak ZAZWYCZAJ zgadzam się z Tobą.
              Cóż nic dodać nić ująć do tego jak zawsze dowcipnie wink

              Dla Ciebie też pozdrowienia dinozaurze i mundrzyj się częściej wink
              • a.niech.to Re: Witaj Pho 30.11.09, 16:18
                Pho to potrafi przemówić do człowieka!
                Pozdr
        • a.niech.to Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 15:52
          cyklotym napisał:

          > regularnie kłamiemy sobie, że się kochamy, pamiętamy o swoich
          urodzinach,
          > pilnujemy spraw codziennych, bo w tej sytuacji tak jest o wiele
          łatwiej, koszt
          > mały, a zysk w postaci w miarę sprawnie funkcjonującej komórki
          społecznej duży.
          > Tyle, że to jest taka wydmuszka, pusta skorupka... Rodzina udawana.
          Czarno widzę przyszłość Twojej rodziny. Będziecie ewoluować w
          kierunku coraz głębszej obojętności, niechęci, wreszcie nienawiści.
          Starość takich par jest koszmarna. Poczuciu pustki towarzyszy
          przekonanie o przegranym życiu. Więźniowie obrączek potrafią się
          zadręczać na sto wyrafinowanych sposobów. Szkoda życia. Daj szansę
          sobie i jej. W tym momencie możecie się rozstać z szacunkiem i
          ułożyć dobre stosunki porozwodowe.
        • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 16:15
          nie zamierzam nurzać członka w żadnych innych paniach - dobre!!!

          psychicznie juz kolego nie jestescie razem, wiec o jakiej zdradzie tu mowa. Ale
          jak dlugo tak wytrzymasz? Musi byc OGIEŃ!! Ja zszedlem się ze swoją dziewczyną
          po 2 latach niebytu (byliśmy wcześniej 12 lat) i powiem CI że czułem to samo co
          ty. Pustkę. Ładna, ale nie ma ognia. Każdy dzień do dupy, nie zły ale do dupy.
    • airam.as Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 15:32
      Niby nawet fajnie piszesz, bo wiesz w sumie, sam to powiedziałes, skąd sie wziął ten Twój stan "nieszczęścia", a raczej nieszczęśliwości.
      Skoro juz wiesz, ze wynika to z lenistwa, z chęci płyniecia z prądem (a wiesz, co z prądem rzeki płynie? no), i zero wysiłku - tylko same przyjenmności Ci się marzą w zasadzie. Czyli, na dobrą sprawę, nadal plyniesz z pradem.
      Wniosek jest taki, że jesli nie chcesz mimo wszystko płynąć z prądem - to musisz zacząć plynąć pod prąd. Ale to "pod prąd" wymaga już nieco wysiłku, i to TY ten wysiłek musisz podjąc. Samo sie nie zrobi.

      Jeżeli szukasz odpowiedzi na pytanie: czy wystarczy odejść od żony, aby osiągnąć stan szczęśliwości, powiem od razu - nie wystarczy.
      Bo zostawiając żonę na rzecz bardziej atrakcyjnych panienek wcale szczęśliwszy się nie staniesz. Bo to też będzie -> płynięcie z prądem. A więc kółko zamkniete.

      Jedyne co możesz zrobić - zacząć byc szczerym wobec siebie, przestać udawać kogoś kim nie jesteś, przestać oszukiwać siebie i swoje otoczenie, nawet jeżeli takie przyznanie się - będzie Cię bolało. Słowem - zrób najpierw porządek ze sobą.
    • sbelatka Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 19:26
      faktycznie muszę sie zgodzić, z ktorymś przedpiszącym - przeczytałam
      Twój post z prawdziwym zainteresowaniem..
      no i co?
      no i....przychodzi mi na myśl coś co gdzieś tam przeczytałam...

      otóż ludziska często stoją na brzegu... czegoś..
      chcieliby pzreskoczyć... czują, ze powinni iśc dalej..
      ale starch pzred tym czy uda im sie przeskoczyc na drugi brzeg
      paraliżuje ich ..
      i tak stoja i sie "kiwią"... choć czasem to tylko kałuża i skok nie jest
      ani groźny ...ani niepewny..

      i często pojawia sie "Kosmiczny But", ktory jednym celnym kopem wymusza
      ruch...
      ale wtedy nie ma sie już za bardzo nad tym gdzie sie wyląduje kontroli..

      ale z drugiej strony piszą też w książkach - że trawa na innych
      pastwiskach zawsze wydaje sie bardziej zielona..

      wniosek?
      ano taki, ze życie to doprawdy trudna sztuka wyborów...

      masz wybór... odchodzisz albo zostajesz
      jesli zostaniesz to masz wybór - dryfowac lub dązyc do zmiany
      jeśli odejdziesz - to możesz dryfować nadal w nowym żcyiu lub dązyć do
      zmiany "stylu"

      i tak dalej i tak dalej...

      ale przede wszystkim - moim zdaniem oczywiście - musisz sam ze sobą
      pogadac w sprawie - być autentycznym, otwartym i w konsekwencji
      zadowolonym CZY udawac, udawac, udawac... i w konsekwencji męczyc sie z
      samym soba i innymi...

      ja uwielbiam być autentyczna... choc oczywiście czasem musze ponosić
      tego mniejsze lub większe konsekwencje..

      ale jaka to satysfakcja..
      wiedziec, ze mam przyjaciól, ktorzy lubią, szanują czy kochaja mnie taką
      jaka jestem...
      uwierz mi.. bezcennesmile

      acha, i musze CI powiedziec, ze gdy sie już nabierze pewnej wparwy - to
      prawktycznie nie wymaga to żadnego wysiłku...

      osobiście polecam..

      no i!
      kto wie... mozliwe bardzo, ze gdybyś był autentyczny i szczery - udaloby
      sie odbudowac Wasze relacje małżeńskie..
      ku radości i Twojej i żony i dziecięcia..

      albo i nie...

      ale skoro tak jak jest - jest źle więc cos trzeba zmienic...
      cokolwieksmile

      a jesli NIC nie zorbisz - to oznacza tylko jedno - nie jest aż tak
      źle... i nie doszedłes do granicy
      widocznie -wbrew temu co piszesz - masz jeszcze na tyle tlenu, ze mozesz
      nie wykonywac energicznych ruchów w celu zwiększenia dopływu
      rzeczonego..
      czyli nie dusisz sie..

      bo gdy sie czlowiek dusi - to WALCZY o dopływ tlenu
      rzekłamsmile
    • lima Re: dramat szary i przyziemny 30.11.09, 19:47
      Mam pytanie: co robisz aby Twoje życie było atrakcyjne i ciekawe?
      Bez oglądania się na żonę.
      Czy nie utkwiłes w marazmie na własne życzenie? Bo Ci się nie chce, bo tak jest
      nudno ale wygodnie i bezpiecznie, bo to nie tyle o zonę chodzi ale o Twoje
      ogólne podejście do życia "gdzie mnie postawia to stoję a czuję że chciałbym
      zdobywać Himalaje" ?
      Zacznij od zmiany swojej codzienności, wyjedź na szalony urlop, znajdź pasję
      która faktycznie cię ciekawi, może ja synowi pokazesz, znajdź dodatkową pracę
      byś nie żył w cieniu "mieszkania zony", napisz ksiązkę, ćwicz jeździectwo i ucz
      syna ciekawych rzeczy, poznaj nowych znajomych a nie ogladaj sie na tych co zona
      ma w ofercie.. Nie obwiniaj żonę, ze utkwiłes w jej "nurcie" i rozmawiajcie
      szczerze, bo może ona tez komfortowo się nie czuje z męzem który tylko "tkwi"
      obok i klepie dla swiętego spokoju formułkę "kocham" na odczep się, może jej
      tez marzy się szalone życie, wyjazd do Indii i po nocach marzy , że ma radosnego
      męża który sypie propozycjami na ich ciekawe wspólne zycie a nie tylko płynie z
      nurtem...
      Dusisz się w małżeństwie mówisz - ale przecież dusisz się przez swoją postawę
      zyciową i rozmyślne zakłamanie swojego życia... To zmień w pierwszej
      kolejności. Nad tym popracuj. Zmienisz swoje nastawienie do zycia, to wtedy
      ocenicie z zoną czy jestescie dla siebie nadal atrakcyjni. Ale sam musisz
      zacząć działać i sobie ciekawe życie stworzyć.
      • wiosenka.pl gdziekolwiek pójdziesz... 03.12.09, 11:27
        tam weźmiesz siebie ...

        To mądra maksyma; od siebie nie uciekniesz nawet gdy zmienisz żonęsad

        W twoim zyciu są sprzeczności: z jednej strony wybrałeś spokój,
        minimalizm,bierność, a z drugiej - oczekujesz ognia, adrenaliny, tego "czegoś",
        co doda pikantnego smaczku twej egzystencji.
        A tak się nie da, to złudne marzenia; albo..., albo...




        lima napisała:

        > Mam pytanie: co robisz aby Twoje życie było atrakcyjne i ciekawe?
        > Bez oglądania się na żonę.
        > Czy nie utkwiłes w marazmie na własne życzenie? Bo Ci się nie chce, bo tak jest
        > nudno ale wygodnie i bezpiecznie, bo to nie tyle o zonę chodzi ale o Twoje
        > ogólne podejście do życia "gdzie mnie postawia to stoję a czuję że chciałbym
        > zdobywać Himalaje" ?
        > Zacznij od zmiany swojej codzienności, wyjedź na szalony urlop, znajdź pasję
        > która faktycznie cię ciekawi, może ja synowi pokazesz, znajdź dodatkową pracę
        > byś nie żył w cieniu "mieszkania zony", napisz ksiązkę, ćwicz jeździectwo i ucz
        > syna ciekawych rzeczy, poznaj nowych znajomych a nie ogladaj sie na tych co zon
        > a
        > ma w ofercie.. Nie obwiniaj żonę, ze utkwiłes w jej "nurcie" i rozmawiajcie
        > szczerze, bo może ona tez komfortowo się nie czuje z męzem który tylko "tkwi"
        > obok i klepie dla swiętego spokoju formułkę "kocham" na odczep się, może jej
        > tez marzy się szalone życie, wyjazd do Indii i po nocach marzy , że ma radosneg
        > o
        > męża który sypie propozycjami na ich ciekawe wspólne zycie a nie tylko płynie z
        > nurtem...
        > Dusisz się w małżeństwie mówisz - ale przecież dusisz się przez swoją postawę
        > zyciową i rozmyślne zakłamanie swojego życia... To zmień w pierwszej
        > kolejności. Nad tym popracuj. Zmienisz swoje nastawienie do zycia, to wtedy
        > ocenicie z zoną czy jestescie dla siebie nadal atrakcyjni. Ale sam musisz
        > zacząć działać i sobie ciekawe życie stworzyć.
        >
    • kasper254 Re: dramat szary i przyziemny 03.12.09, 15:01
      Myślę, że mamy nie taki dramat, na jaki nas stać, ale taki, jest
      aktualnie dostępny. Pokolenie Kolumbów miało także niewielki wybór.
      A ten dzisiejszy świat; ni to pies, ni wydra, nie wiadomo, czy
      farsa, komedia czy tragedia, a może tak popularna dzisiaj
      tragikomedia. Żyjemy jakby w celuloidowym świecie, z samymi
      oczekiwaniami, prawami, przywilejami, żądaniem spełnienia
      wszystkiego, co wyznaczają celebryci / reklama.
      Widzisz, cyklotym, żeby to wszystko, co napisałeś, było w
      całości wypełnione sensowną treścią,musiałbyć poznać ból,
      cierpienie, utratę najbiższych, odczuć wokół siebie pustkę.
      Piszę tak, nie aby Cię urazić, a raczej przestrzec. Także
      przed słuchaniem tych, co radzą Ci brać kochankę lub niszczyć
      rodzinę, gdyż czeka Cię katorżniczy los zaobrączkowanego,
      nieszczęśliwego cyborga.
      Jeśli zrobisz krok w kierunku rozwodu to będzie to dopiero
      dramat; Twój, żony i Twojego dziecka. Może będziesz miał tyle
      szczęścia, co ja, że zgodzi się być z Tobą dobra, serdeczna
      dziewczyna, i będzie Wam towarzyszyć wypełniająca całą przestrzeń
      córeczka. A jeśli nie? Czy Ty rozmiesz w ogóle, co to jest obowiązek?
      • esteraj Re: dramat szary i przyziemny 03.12.09, 22:59
        Rozumiem, co czuje autor tego wątku. Ja tak czułam się przez 15 lat.
        Wyszłam za mąż za dobrego człowieka, który mnie kochał. Ale to była
        miłość bardzo egoistyczna. On chciał mnie dla siebie i był bardzo
        zazdrosny. Lubiłam tańczyć, spotykać się z przyjaciółmi, ale on
        wszędzie widział zagrożenie. W małżeństwie nie mogłam iść do pracy,
        bo może by mnie ktoś poderwał. Starał się ze wszystkich sił zapewnić
        mi dobre życie, a ja czułam się jak w złotej klatce. Pozbawiona
        wolności. Nie mogłam zakończyć tego związku, bo nie można ranić
        drugiej osoby. Czułam, że moje życie się skończyło. W myślach
        pragnęłam, żeby sobie kogoś znalazł i uwolnił mnie od ciężaru
        odpowiedzialności za jego szczęście.
        Tak też się stało. Zdradził mnie, czyli znalazł młodszą kochankę.
        Moja zazdrość mnie przerosła. Sądziłam, że dam radę, pozwolę mu
        odejść, żeby był szczęśliwy. Ale mamy dwunastoletnią córkę, która
        kocha swoich rodziców. Nie mmogłaby pogodzić się z tym, że traci
        prawdziwy dom. Poza tym zobaczyłam w mężu prawdziwego faceta. Był
        troskliwy, czuły, pomocny, tylko że nie dla mnie...
        Żal, okropny żal, że nie potrafiłam Go docenić. Nie umiałam dać mu
        tej pewności, żeby zwalczyć jego zazdrość... Czyja była wina...?
        Moja, jego...?
        Dało mi to wiele do myślenia i do zmiany samej siebie. Zmieniło to
        diametralnie moje spojrzenie na życie. Czy potrzebny jest aż taki
        wstrząs, żeby siebie zmienić...?
        • aneta-skarpeta Re: dramat szary i przyziemny 03.12.09, 23:32
          jestem wręcz wstrząśnietam tytułowym postem.

          brawo za odwagę że przyznałeś się ( przed samym sobą) jak to z Toba
          jest i że uswiadomiłes sobie totalne płynięcie z nurtem rzeki

          W sumie w podjeciu decyzji pomogłaby oczyszczająca, mega poważna
          rozmowa. Co ona o tym sądzi?

          jesli ona też sie dusi, ale dzieci, ale rodzina itd to warto
          zastanowic sie na zimno nad rozstaniem

          ale może jednak jaks terapia? bo byc moze bez żony wcale nie
          będziesz szczęśliwszy?

          a jak znajdziesz wewnętrzny spokoj to od razu inaczej spojrzysz na
          dziecko i zobaczysz radość w spedzaniu z nim czasu

          a moze znajdzi hobby ktore nie bedzie Cie az tak pochłaniało, a
          jednak dawało satysfakcje i radosc?
        • knokkelmann1 Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 08:46

          > Tak też się stało. Zdradził mnie, czyli znalazł młodszą kochankę.
          > Moja zazdrość mnie przerosła. Sądziłam, że dam radę, pozwolę mu
          > odejść, żeby był szczęśliwy. Ale mamy dwunastoletnią córkę, która
          > kocha swoich rodziców. Nie mmogłaby pogodzić się z tym, że traci
          > prawdziwy dom. Poza tym zobaczyłam w mężu prawdziwego faceta. Był
          > troskliwy, czuły, pomocny, tylko że nie dla mnie...
          > Żal, okropny żal, że nie potrafiłam Go docenić. Nie umiałam dać mu
          > tej pewności, żeby zwalczyć jego zazdrość... Czyja była wina...?
          > Moja, jego...?
          > Dało mi to wiele do myślenia i do zmiany samej siebie. Zmieniło to
          > diametralnie moje spojrzenie na życie. Czy potrzebny jest aż taki
          > wstrząs, żeby siebie zmienić...?



          mnie spotkało coś podobnego tyle że jestem w pozycji twojego męża. Kochałem swoją dziewczynę a ona traktowała mnie jak szmatę - przez 12 lat. No i kiedy już się w niej odkochałem, okazało się że jest zazdrosna, jestem miły, czuły, dobry w łóżku itp. Tylko za późno....Najgorsze jest to że nie mam żadnej satysfakcji, że przez tyle lat musiałem udowadniać rzeczy oczywsite. Pewnie miałem złe podejście. Jest mi tylko szkoda tych lat i mojej młodośći. Jej chyba też.
          • manuelle Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 09:11
            dopóki nie powiesz sobie jasno i klarownie i z całkowitym
            przekonaniem, czego chcesz, chego pragniesz dla siebie, co cie
            uszczeslwi, nada sens zyciu, to bedziesz tkwic w martwym punkcie
            (niezaleznie, czy z zona, czy bez, bo rozwod sam w sobie tu nic
            kompletnie nie zmieni).

            moim skromnym zdaniem, najpierw nalezy uporac sie z samym soba,
            dojsc do takiego stanu, w ktrym szczerze bedzie se zadowolonym, bo
            moc cokowiek robic dalej (czyli zdecydowac czy rozwod czy nie).

            gdybym byla psychologiem, powiedzialabym ze masz wiele objawow
            depresji. Ale nie jestem. wiec nie musisz mnie sluchac.

            wiem tylko, ze takich stanach czlowiek zupelnie inaczej postrzega
            siebie samego i rzeczywostosc wokol niego. dlatego najpierw trzeba
            doporwadzic do ladu wlasny stan ducha, glowe, serce.

            lenistwo,plyniecie z poradem - to bardzo latwe drogi, ale to tez
            latwe wymowki. gdy miales swoja pasje nie byles leniwy,miales na nia
            sile i czas. czyli nie tak do konca jestes "leniwy z natury"...

            zastanow sie czego chcesz,jaki inny scenariusz zycia bylby dla
            ciebie satysfakcjonujacy. pozniej pomysl co stoi na drodze w jego
            realizacji. moze nie koniecznie zona i dziecko, a Twoje wlasne
            ograniczenia, wymowki wlasnie, jakies utarte schematy siedzace w
            glowie.

            powodzenia!
          • esteraj knokkelmann 04.12.09, 12:37
            Powiedz mi proszę jak wygląda Twoje życie teraz?
            Jesteś szczęśliwy? Pewnie tak, w końcu ktoś Ciebie pokochał.
            Ja mogę powiedzieć, że trudno kochać, gdy ogranicza się jego wolność.

            Albo przyjmuje się partnera/kę takim, jaki jest, albo rezygnuje się ze związku. Nie można nikogo zmienić na siłę, by stał się "moim wymarzonym ideałem".

            Nauczyłam się również, że dobrymi chęciami droga do piekła wybrukowana...
            Nie umiałam zostawić mojego -jeszcze nie męża- bo straszył, że nie zaufa już żadnej dziewczynie. Nie chciałam zniszczyć jego wiary. To była dla mnie ogromna odpowiedzialność, ale nie mogłam znieść jego zazdrości, braku zaufania, ograniczania mnie.
      • krezzzz100 Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 10:36
        Kasper, no ale ta dziewczyna, co to się z Tobą zgodziła, to chyba jednak
        niewiele miała z decyzją o rozwodzie wspólnego, co? Jeśli tak, to jakimże ona
        jest argumentem za rozwodem, co? Bo nie wiem, czy widzisz ale wychodzi na to, że
        skoro by się u taka znalazła, to warto się rozwodzić???)))))
        Nurmalnie, jezdem zaskoczona Tobą )))))
        • kasper254 Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 21:54
          1.Pochlebia mi Twoje zainteresowanie mną, krez.Nie marnuj jednak
          energii; jestem zajęty, a jeśli chodzi o to, że jestem, być
          może,ciekawym przedmiotem badawczym, to szkoda czasu, dotknęła mnie
          jesień życia, a przy tym, jak wiesz, obserwacja ma wiele wad.Jest
          jeszcze i inny powód: wydajesz się być mądrą, rozsądną dziewczyną,
          ale nie mają u mnie szans ludzie, którzy zostawili dziecko,
          rujnując mu dom i to niezależnie od tego, że może mieć świetlaną
          przyszłość i do innych mówić "tato" (bez urazy)
          2. Moja żona nie miała nic wspólnego z moim rozwodem. Jest taka
          zagadka: "co może być gorszego od młodej i chorej żony?" - "stara i
          zdrowa żona"
          3. Nigdy nie warto się rozwodzić, gdyż rozwód jest gorszy niż śmierż
          jednego z małżonków. Gdy ta nastąpi, najczęściej rodzina trwa dalej,
          będąc raczej mocniejszą. Rozwód uprawnia tylko przemoc, alkoholizm i
          inne patologie przy spełnieniu także innego warunku: braku szans na
          poprawę. Nie daje legitymacji rozwodu nuda, brak rozwoju partnera/ki
          po ślubie, brak miłości, potrzeba szczęścia itd.
          4. Autor postu chce rujnować swoją rodzinę, ale nie przeżył jej
          śmierci czy śmierci kogokolwiek. Gdy przekroczy tą granicę, nie
          będzie już odwrotu. Badania socjologiczne i psychologiczne ukazują
          bezmiar tragedii dzieci z rozbitych rodzin. Przecież jeseśmy im coś
          winni, pomijając już fakt, czy nasz bohater w jesieni zycia będzie
          też chętnie codziennie ćwiczył piruety seksualne.
          5. Sama odpowiedz na postawione pytania.
    • plujeczka Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 10:52
      moja rada zuc zonę, rwij kazda napotkana laskę, olej syna bo z
      tego ,ze ten bedzie miał traumę całe zycie, zacznij balowacć i
      udawac przed kolejnymi partnerkami kogoś innego niz w rzeczywistosci
      jestes wszak dobrze to robisz przez tyle lat. Sprzedaj dom bo ze
      swojej pensji jak sam pisze nie utrzymasz wspólnego dorobku, zacznij
      przygladac się zonie jesZcze dokładniej, kup lupę i szukaj kazdej
      zmarszczki i defektu urody, które umknęły do tej pory twojej
      uwadzę.Zacznij z powrotem oddawac się swojej pasji, która porzuciłeś
      rzekomo dla żony czy tez jak piszesz dla świetego spokoju,
      koniecznie zonę od tego odizoluj najlepiej niech to będzie hobbi w
      garazu a dobry zamek w drzwiach Ci to ułatwi.Oj mój drogi nikt nie
      powiedział ,ze zycie to bajka a ty sam nic nie robisz w tym kierunku
      aby to zmienić. Zacznij od rozmowy z zona, powiedz jej o swoich
      oczekiwaniach wobec was dwojga, zainteresuj swim hobbi własnego syna
      wówczas znajdziesz wspólny jezyk z synem o i ozywisz wasze kontakty.
      najprosciej jest porzucic zonę dla młodej , ładnej dziwczyny przed
      która zaczniej stroic się w inne piórak.Tylko co się stanie kiedy i
      w nowej partnerce znajdziesz pierwsze oznaki starosci?
    • marlena_mill Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:10
      Twój problem nie dotyczy twojego małżeństwa (postawa żony) tylko
      Ciebie samego. Naewt jeśli się z nią rozstaniesz to co ? jak zmieni
      się twoje życie? Przemyśl co mógłbyś zrobić dla siebie i ze sobą
      niezależnie, czy jesteś żonaty czy rozwiedziony. Najpierw ypełnij
      pustkę w swoim życiu a później zastanów sie nad związkiem.
      pozdrawiam
      M
      • a.niech.to Re: dramat szary i przyziemny 04.12.09, 13:29
        marlena_mill napisała:

        > Najpierw ypełnij
        > pustkę w swoim życiu a później zastanów sie nad związkiem.
        Bywają takie związki, gdzie jedno z partnerów ma ograniczane prawa.
        Nie wiemy jak dalece Cyklotym był pozbawiany wyboru między tym,
        czego chciał, a co mu proponowano.
        • kalpa Re: dramat szary i przyziemny 06.12.09, 01:48
          Wiesz co...
          jestem juz w innym miejscu niż Ty- po rozstaniu z mężem, którego bardzo
          kochałam, ale który mnie w pewnym momencie już nie. Dłuugo się męczyliśmy,
          patrzyłam jak odchodzi emocjonalnie do innych kobiet i pewnego dnia, po prostu
          powiedziałam mu: przestańmy się męczyć, to nie ma sensu. Przyznał mi
          racje...i... okazało się, ze to była najlepsza decyzja w tej sytuacji- dla
          każdego z nas. bałam się zostać sama- bałam się konfrontacji z życiem singla, z
          tęsknotą, z pytaniami dzieci...
          I.. życie mnie zaskoczyło. jak M. sie wyprowadził odetchnęłam- nasze rozstawanie
          zajęło dwa lata- codziennej huśtawki, chłodu itp. W końcu poczułam siebie.
          Spojrzałam sobie w oczy i.. odzyskałam wreszcie radość. I powoli zaczęłam
          wychodzić na prostą. I wtedy odkryłam, że M. jest ok. Że on zrobił wszystko,
          żeby ze mną być, ale już nie mógł- bo nie da się serca oszukiwać. Postanowiliśmy
          zamknąć przeszłość i nie wracać . Ale znaleźć sposób, żeby wyrazić uczucia,
          które w nas mimo wszystko dla siebie były- tyle, ze juz nie jako kochanków, bo
          to zmarło dawno temu. I Cyklotom- możesz nie wierzyć- znaleźlismy nową drogę,
          nowe sposoby, nasze dzieci maja nas nadal- i... wciąż jest w nas życzliwość dla
          siebie. Mnie już nie boli, wygasło, wypaliło się. Teraz M. ma swoja nowa miłość
          i ja się ciesze z tego, i wiem, ze ja kogoś spotkam, to on tez się będzie
          cieszył, ze mi jest dobrze.
          Więc wiem, że nam rozstanie na zdrowie wyszło. I to bardzo na zdrowie- wróciłam
          do swoich hobby, stałam się znowu wesoła, radosna, pełna wigoru- jak onegdaj.
          Znowu chce mi się żyć i.. kochać.
          Dlatego nie mam wyrzutów sumienia, ze podjłam decyzję, ze nie chce męczyc sie
          dalej. Bo gdybym z nim została, to w koncu znienawidzilibyśmy się, a nasze
          dzieci miałyby niemiły dom. A tak- maja wciąż kochających rodzicow, życzliwych
          sobie nawzajem- więc .. daleka jestem od namawiania na rozstania pochopne- ale
          przwestałam jedemonizowac.
          Pozdrawiam i życzę przede wszystkim odnalezienia samego siebie- potem łatwiej
          będzie Ci podjąć decyzje jakakolwiek by ona nie była smile
          • kalpa Re: dramat szary i przyziemny 06.12.09, 10:36
            Z perspektywy czasu widze, że popełniłam jeden bład- dla męża zrezygnowałam z
            siebie- w efekcie nie zyskałam jego miłosci, za to straciłam siebie. I tylko mi
            było z tego powodu coraz gorzej. Teraz wróciłam do swoich hobby i jestem w duszy
            szczęśliwa. I dlatego życie smakuje mi znowu. I
            Cyklotym- najpierw Ty- potem cała reszta. Bo jak dajesz komuś a sobie odmawiasz-
            powstaje zal, że komuś dałeś więcej niż sobie- nie mówię tu o rzeczach, ale
            emocjach, uczuciach. Jak Ty będziesz czuł sie w sercu szczęśliwy, to będziesz
            miał dużo weny, werwy i checi żeby dawac innym . I wtedy nawet dziecko będzie
            dla ciebie po prostu radosnym prezentem od losu. Jak mi było źle, to dzieci mnie
            męczyły. Odkąd sama doszłam do porozumienia ze sobą, znalazłam czas na swój
            żywioł- dzieci wydają mi sie znowu fantastyczne a świat miejscem pięknym. Ale...
            ja muszę tańczyć, potrzebuje tego jak roślina wody- to moje hobby, bez tego
            usychałam. A w pewnym momencie zawsze waznijeszy był mąż, jego potrzeby, jego
            spokój, więc nie miałam czasu na taniec.. zapłaciliśmy oboje wysoką cenę, ze
            zapomniałam o sobie.
            Wróc do swojej pasji Cyklotym- ożyjesz. Nowa kobieta nie da nic, czego
            potrzebujesz. Bo zgubiłeś siebie- najpierw odnajdź swoje serce, potem poszukasz
            reszty.
            Powodzenia bardzo Ci życzę smile
            • evenjo Re: dramat szary i przyziemny 06.12.09, 12:45
              Podobnie-rozstanie było furtką do lepszej relacji z - byłym już -mężem,
              z sobą samą, z dziećmi. Czytałam tu nie raz-dobra, dobra, to nie lepiej
              było się starać zanim związek sie rozpadł? No, to chyba jest
              wewnętrznie sprzeczne. Czasami złość, gniew, żal i różne resentymenty w
              relacji narastają tak bardzo, że nie sposób do nich dotrzeć tkwiąc w
              związku. Tak to widzę.
              • esteraj Re: dramat szary i przyziemny 07.12.09, 17:15
                Cyklotyn, uważam, że nie powinieneś rezygnować ze swoich pasji. Rób
                to, co lubisz i chciałbyś robić. Żona może pomarudzi, ale z takiego
                powodu nie będzie się z Tobą rozchodzić. Ja zrezygnowałam z tego co
                lubię na korzyść męża. Zawsze powtarzał mi, że jeśli pójdę do pracy,
                to przeze mnie się wszystko rozwali, bo powinnam dbać o dom i rolą
                kobiety jest stworzyć ognisko domowe. Chyba bałąm się tej
                odpowiedzialności, bo co, jeśli faktycznie zaczęłoby się między nami
                psuć... Kiedy mąż znalazł kochankę, bo ja żyłam żalem do życia i do
                niego, zaprzeczył jakoby mi czegokolwiek zabronił. On miał stabilną
                pracę, perspektywy, a ja co? Myślałam, że zabiję go za te słowa.
                Najpierw byłam wściekła na niego, a potem na siebie, że byłąm taka
                głupia i dałam się zastraszyć. W tej chwili znalazłam pracę, z
                której jestem zadowolona, w sumie dzięki mojemu życzliwemu kuzynowi.
                Miałam to szczęście, ale był okres głębokiego załamania, bo
                pracowałam, gdzie nie liczono się z człowiekiem. Los jednak okazałał
                się dla mnie łaskawy. Myślę teraz o dodatkowych kursach i
                inwestowaniu w siebie. Już nigdy nie pozwolę by ktoś pozbawiał mnie
                przyjemności robienia tego co lubię. Poczułam się wolna i szczęśliwa
                i inaczej postrzegam świat. Przedtem mój pesymizm zamieniał się w
                głęboką depresję. NIE POZWÓL ZNISZCZYĆ SAMEGO SIEBIE!!!
    • guziczek26 Re: dramat szary i przyziemny 09.12.09, 20:41
      Takie podróbki szczęścia z fabryki na Tajwanie rokują na bardzo długi staż w
      małżeństwie uncertain Bo widzisz , związki z wyobraźnią tworzą piękno a z rozsądku
      doskonale.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka