bozka45
11.05.10, 17:13
Bądźcie ze mną w trakcie mojej rozwodowej jazdy. Bo ciężko samej.
Pierwszą sprawę mam 12 maja, ale pewnie nic się specjalnego nie
wydarzy.
Sprawę założył mąż. Punkt dla mnie. Bo do niego należeć będzie
pierwszy ruch. Ja bedę miała komfory zwrócenia się do sądu o przerwe
w rozprawie do zastanowienia się i zebrania wniosków dowodowych. Tym
bardziej, że mój kochany w swej nieporadności małżonek nie napomknął
w pozwie, z czyjej winy ma zapaść rozwód. Nie wskazał też świadków,
którzy z uwagi na małoletnie dziecko poświadczyliby, że nastapił
całkowity rozkład pożycia. Czyżby miał z tym problem? I liczył na
moją inicjatywę w tym względzie?
Dopóki nie podpisze ze mną podziału majątku i nie zabezpieczy
interesu dzieci (14 i 21 lat), dopóki formalnie nie ustali
alimentów, to zamierzam nie wyrażać zgody na rozwód, a jesli juz to
udowadniać wyłaczną winę męża.
Piszę jak zimna suka... Ale to pozory... Umierałam i wciąż są
chwile, kiedy umierałam z żalu, rozpaczy, miłości... chorej miłości
do mojego M.
Pół roku zwolnienia z powodu depresji, utrata pozycji zawodowej i
przejście z całego na 0,5 etatu i najgorsze to stres dzieci, które
straciło nie jednego, ale dwoje rodziców.
Powód kryzysu jest prozaiczny - ta trzecia. Młodsza ode mnie o
podobno 15 lat. A może więcej? Po ponad 2 latach seperacji natknęłam
sie na nich na ulicy, bo po raz pierwszy przyjechala, aby dopilnować
złożenia pozwu. Oj zwlekał mój małzy małżonek z tym, zwlekał. Wydała
mi się młodsza... A na marginesie całkiem fajna. Wcale nie żadna
lalunia. Taki wybór meża rozdrapał nieco zagajoną ranę. Łatwiej by
mi było, gdyby mnie odrzucało na kilomatr od jego wybranki... Oj
łatwiej...
Na dziś dość!