Witajcie,
Nie przywitam się w żaden oryginalny sposób: czytam Was od dawna, do napisania postu zbieram się nie krócej. No i przyszedł tez czas już na mnie, żeby przyjść do Was z moją historia i z moimi pytaniami.
Pozór. To jest chyba słowo klucz mojej rodziny, małżeństwa i większości dorosłego życia. Pozornie jesteśmy fajną parą (naście lat razem od czasów liceum). Pozornie – fajne z nas małżeństwo i świetni rodzice. Pozornie – mamy słodkie, wesołe dzieciaki (2 i 5 lat).
I tyle, póki nie zamkną się drzwi.
Za drzwiami jest obojętność, brak szacunku, brak zaangażowania w MY, koncentracja na „ja – moje lęki, kompleksy, moja niedojrzałość” zerowa komunikacja, obwinianie mnie o wszystko, o absurdy, ataki będące odpowiedzią na wyimaginowany atak w jego stronę, za drzwiami jest oczekiwanie, że dzieci w trudnych sytuacjach będą funkcjonować na komendę, bez emocji, za drzwiami jest proste zero-jedynkowe postrzeganie świata, bezrefleksyjna pogarda dla wszystkiego, co „miękkie”, co nie jest dyscypliną, porządkiem, wszelkie odstępstwo od mainstreamu – fanaberią.
Za drzwiami jest obrażanie się, wielodniowe milczenie, bierna agresja mieszana z krzykami, oskarżeniami. Za drzwiami nigdy nie ma słowa „przepraszam, okej, pogadajmy”. Póki chciałam rozmawiać - były szyderstwa i na moje próby normalnej rozmowy, takiej po ludzku, jak z człowiekiem – zawsze jedna odpowiedź:, „O co ci chodzi? Ja skończyłem ten temat.”
Wspólnego świata nie ma już dawno. Wyrośliśmy w inna kulturę, inną świadomość, inne postrzeganie rzeczywistości, kompletnie różne wartości, nie mamy czego razem oglądać, posłuchać, przeczytać. Dom pustawy, zaproszeni goście – zawsze źle widziani. My – do nikogo nie zapraszani, a jeśli już to na urodziny znajomych córki. I tak zawsze chodze sama – on „nigdzie nie będzie do nikogo chodził” + foch.
Ale nic to. Od biedy tak się da żyć. Można się wyłączyć, odciąć, spać w oddzielnym pokoju, unikac konfrontacji, komunikować się tylko tam, gdzie trzeba, można nauczyć się mijac w domu, można nauczyć się żyć w odniesieniu do dzieci wyłącznie i tworzyć ten dom tylko z nimi i tylko dla nich. Każde z nas z osobna.
I wszystko byłoby cacy, gdyby tata dzieciaków nie bił. A bije. Nie że codziennie, nawet nie ze jakos często. Po prostu gdy się nie dają sterować zero-jedynkowo. Bije lub bardzo bardzo krzyczy, gdy okazuje się, że nie da się skontrolować zachowania któregoś z dzieci. Nie dlatego, że są niegrzeczne, nasze dzieci są ultra-grzeczne, ale są dziećmi. Czasem sobie z czymś nie radzą, czasem są zmęczone, czasem mają jazdy – ale nie trzeba być psychologiem rozwojowym, by to tak normalnie po ludzku wiedzieć i rozumieć.
No i tu się bardzo różnimy, bo to, co ja mowie – to fanaberia, a on stosuje prosta dyscyplinę: dziecko ma się _natychmiast_ uspokoić. I nie brudzic, nie rozsypywac jedzenia, wykonywać polecenia „posprzątaj!” (do dwulatka) oraz odpowiadać na wywrzeszczane w twarz pytanie, „O co ten ryk?! O co ten ryk?! O co ten ryk?!”
Toteż, gdy dzieci nie są w stanie wykonać czegoś _natychmiast_ są doprowadzane do pionu klapsem, ściskaniem za ramię i wrzaskiem.
Kiedyś bił mniej, kiedyś to jeszcze od biedy mogliśmy sobie toczyć dyskusje czy klaps jest ok, czy nie i kto był bity i wyrósł na ludzi.
Ale kilka razy uderzył tak, że zostawały siniaki. Czasem ślad całej ręki. No ale nie że tłukł. Tylko raz przywalił, żeby się _natychmiast_ uspokoiło. No a tu te siniaki, no..
I wtedy we mnie pękło. Przestałam tłumaczyć, prosić, rozmawiać, przekonywać, pisać długie maile, wysyłać linki do mądrych tekstów, podsuwać książki. Przestałam go chronić. I zaczęłam moje pozorne działania:
- powiedziałam jego siostrze, poprosiłam o pomoc – nie uwierzyła. Z reszta „nic po dzieciach nie widać, a na pewno by cos było widać, bo by się taty bały, a one się nie boją”
- poszłam do fundacji wspierającej ofiary przemocy – dowiedziałam się, ze mam przy dzieciach nie podważać jego autorytetu i namówić męża na terapię (ha ha ha ha ha

)
- poszłam do prawniczki i dowiedziałam się punkt po punkcie jak przygotować się do rozwodu i podzielić majątek
- zaczęłam zbierać faktury na wydatki na dzieci.
Wiem wszystko w najdrobniejszych szczegółach, mam całą wiedzę.
I tu się zacięłam - stałam się buforem miedzy nim, a dziećmi. Gdy młode robią jazdę, zagarniam je i melioruje sama. Nie dopuszczam go do nich. Żeby tylko ich nie dotknął. Jak wrzeszczy – odkrzykuje krótko, żeby wyszedł.
I w zeszłym tygodniu nie zdążyłam. Młody rzucał się w wannie (ma zaburzenia SI, kontakt z woda = zwykle równa się awantura na początku kąpieli). Mąż dopadł go i chwycił za ramię po swojemu z rykiem ze _natychmiast_ ma się uspokoić (mówimy o 2latku). Chwyciłam męża za gardło i odepchnęłam na kaloryfer. Cały się trząsł. Przez ułamek sekundy myślałam ze koniec, ze mnie zabije. On tylko wyszedł trzaskając drzwiami tak, ze pękła framuga. Młody wrzeszczy, młoda ryczy, woda się leje, cyrk.
Jestescie w szoku? Potepiacie mnie? Pytacie: co tu jeszcze robisz w jednym domu z katem?
Pomiedzy każdym takim incydentem (zalozmy, ze srodnio jeden na miesiąc, dwa na poltora miesiąca) mąż jest ojcem roku. Ba! Jest ojcem tysiąclecia! Jest cierpliwy, cieply, poswiecajacy czas i uwagę. Jest z tych, co klada się na dywanie i obsypani książeczkami, klockami, zabawkami zajmują się jednocześnie dwojka dzieci przez kilka godzin sprawiając, ze sa najszczęśliwsze na swiecie. Młode sa w niego zapatrzone. Syn po dwóch minutach, gdy nie ma taty – pyta o niego bez przerwy.
Mąż zrobi jesc, nakarmi, wyprawi do szkoły/żłobka, wykąpie, utuli do snu, pojdzie na rower, do lasu, na grzyby, poogląda gwiazdy, będzie podrzucał pod sufit, wlaczy bajke i zapomni, ale potem nadrobi wspólny czas na tym dywanie.
Do czasu az się wkurwi. Wtedy wrzask i grożenie biciem albo usiłowanie bicia, obled w oczach i kompletne zatracenie granic. A w tym wszystkim absolutne przekonanie, że
DOBRZE ROBI. Że to jest jego metoda wychowania, że nie pozwoli rozpuścić dzieci i one mają chodzić jak w zegarku. Dzieciaki mamy bardzo grzeczne, naprawdę i bardzo bardzo wrażliwe. Do męża nie dociera, że odpowiadając na sytuacje trudne agresją, straszeniem, wrzaskiem, brakiem szacunku wychowa zalęknionych frustratów, a nie poukładane, fajne, zdrowe dzieciaki z sensownym poczuciem wartości.
Moje działania pozorne skończyły się na zdobyciu wiedzy o tym, jak się rozwieść i na chronieniu dzieciaków w sytuacjach zapalnych.
O samym rozwodzie z mężem nie zamieniłam ani słowa. Mam poczucie, że stoję przed ścianą. Bo co ja mu powiem? Ze odchodzę? Nie mam dokad. Poza tym jemu już od dawna nie zależy na niczym poza spokojem. Związku – nie ma. Czym mu więc zagrożę? Bo co z tego ze się postawie? Wzruszy ramionami i wyminie mnie w pol zdania parskając. Wielokrotnie słyszałam, ze jak mi się nie podoba, to mogę odejść. Nie mam gdzie, jeszcze z dzieciakami? Mogę zostać tez w domu - -tylko mam placic kredyt i utrzymać dom. A, no i on się nigdzie nie wyprowadza. Wracam do punktu wyjścia.
OK. rzucam wszystko i wyprowadzam się – choćby do mysiej dziury, ale odcinam dzieci i siebie od niego. Gnieciemy się w metrażu, na jaki mnie jakoś stać. Jaki osiągam skutek? Autentyczne cierpienie młodych, które tesknia za tatą, nawet gdy wyjdzie na sekundę na papierosa. Co im mowie? Ze tata jest złym człowiekiem? Nie jest. Ze nie mogę mieszkac z tata, bo go nie kocham i on nie kocha mnie? Ale one go kochają BARDZO.
Patrzac na ich wtulona w siebie trojke, gdy czytają razem, bawia się, jedza, klada spac, wariują razem, rysuja, kąpią się – myslę co robić, co robić??
Co robić?