Witam,
jestem tu nowa, ale zanim zdecydowałam się napisać cokolwiek na forum, przeczytałam masę historii - również na innych forach (co trochę tłumaczy porę o której zamieszczam post).
Jestem już wszystkim naprawdę bardzo zmęczona, zwłaszcza, że czuję, iż jestem z całym tym bałaganem sama. Mam zaledwie 22 lata i masę przeżyć - już na wstępie proszę, nie obrzucajcie mnie mięsem krytykując mój wiek, czy chociażby błędy przeszłości, o których zapewne wspomnę - szukam wsparcia, dobrych rad... Mam kilka pytań.
Do rzeczy...
Rozwodzę się po dwóch latach małżeństwa, ale może zacznę od początku. Nie znaliśmy się długo, licealny partner, niby nic wielkiego. Zaszłam w ciążę - miało być pięknie, kolorowo. Mieliśmy być szczęśliwi... Kupiliśmy mieszkanie (kredyt), a pod koniec ciąży wzięliśmy ślub (teraz naprawdę nie rozumiem po co mi on był). Niby on mówił, że dla Niego małżeństwo to papier (och, głupia ja!), ale ja wierzyłam... Zamieszkaliśmy razem, urodził się Syn. Miało być dobrze - było zupełnie inaczej. Od czasu narodzin było tylko gorzej. Nie potrafiliśmy się porozumieć, nie potrafiliśmy nawet rozmawiać. Coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie - miałam wtedy 20 lat. Kiedy moje koleżanki szły na studia, ja poświęciłam wszystko by być dobrą matką, dobrą żoną. On ciągle pracował, był nieobecny. Po pół roku czuliśmy, że to nie to. Rozważaliśmy wtedy separację, ale wtedy miał jeszcze znaczenie wpływ otoczenia pt. "dla dobra dziecka musicie się 'dotrzeć'". Minął rok, pierwsze urodziny Syna pamiętam jakby to było wczoraj - ta sztuczna atmosfera, udawanie, odgrywanie ról przed rodziną. I wtedy coś pękło - i u mnie, i u Niego. Poszłam na studia (zaoczne), a On jeszcze bardziej poświęcił się pracy. Widzieliśmy, że się nie kochamy i chyba nigdy się nie kochaliśmy, że nasze drogi się zwyczajnie rozchodzą - nie chcieliśmy nic z tym zrobić, może przez chwilę chcieliśmy coś naprawić - ale to minęło, szybciej niż pojawiła się ta myśl. Przyszła zima, a kłótnie były nie do zniesienia - pamiętam jak którejś nocy uciekałam z Dzieckiem do moich rodziców, bo nie mogłam zostać w domu. Pamiętam każdą kłótnię, awanturę - zniszczone meble, czy przedmioty. (...)
Od półtora roku między nami nic nie ma - nie spaliśmy już nawet w jednym łóżku. Od pół roku On nie mieszka ze mną i synem. Nie nienawidzimy się, nie czujemy do siebie wzajemnej urazy - po prostu się skończyło, nie czujemy nic - kontakt ogranicza się do spraw związanych z Dzieckiem.
Teraz o rozwodzie - choć wiem, że mi nie będzie łatwo (nie pracuję, finansowo wspierają mnie rodzice, czuję się naprawdę samotna), to pragnę go bardziej niż czegokolwiek innego. Chcę uwolnić się od wszelkich "formalności" i zacząć życie na nowo.
On także chce rozwodu - ba, to nawet On składa pozew (rozwód bez orzeczenia o winie).
Spisaliśmy porozumienie o sposobie wychowywania Dziecka, ustaliliśmy wysokość alimentów, praktycznie podzieliliśmy "majątek".
Wiem, że każda sprawa jest indywidualna, ale może chcecie podzielić się swoim doświadczeniem.
Wiecie może jak długo czeka się na pierwszą sprawę rozwodową od momentu złożenia pozwu?
Czy sąd może udzielić rozwodu na pierwszej rozprawie?
Czy jest ryzyko, że sąd skieruje moją sprawę do mediacji itp.?
Czy sąd może mieć wątpliwości co do rozpadu naszego "małżeństwa"?
Mam jeszcze jedno pytanie... co robiłyście z nazwiskiem po rozwodzie? Niby nic wielkiego, ale... nie chciałabym by kiedyś mój Syn źle się czuł przez te zawirowania z nazwiskami.
PS. Przepraszam, jeśli mój wątek wydaje się być oschły lub chaotyczny - po prostu jestem wypłukana z sił, męczy mnie ten rozwód - marzę by mieć to już za sobą... Poza tym nie bardzo wiedziałam jak to wszystko opisać.