Postanowiłam napisać, bo chyba potrzebuję oceny sytuacji przez kogoś, kto zupełnie nie jest zaangażowany emocjonalnie… 1,5 miesiąca temu pożarłam się z mężem tak, że kazałam mu wypier… ale od razu go przeprosiłam, że to w gniewie itp. On jednak spakował kilka szmat i wyszedł, to był piątek, wrócił w niedzielę po więcej ciuchów, powiedział, że potrzebuje czasu ok 1 miesiąca. Wyniósł się do rodziców. Po niecałym miesiącu wynajął mieszkanie, powiedział mi, że nie chce wracać. Ale na moje pytanie, czy już mnie nie kocha mówił tylko, że nie chce wracać.
Psuło się między nam już od jakiegoś czasu, z niewielkimi przerwami można powiedzieć o kilku-kilkunastu miesiącach, a naprawdę kiepsko było od świąt. Nie będę tu pisać, że on zły niedobry, porzucił żonę z dzieckiem (10 m-cy) , bo tej kaszanie oboje jesteśmy winni.
Zaproponowałam terapię (mówiąc, że jeśli dzięki niej się nie dogadamy, to może przynajmniej łatwiej będzie nam się rozstać), najpierw kategorycznie odmówił, później się wahał, w końcu uznał, że to dobry pomysł.
O rozwodzie póki co nie mówił, ale mówi o przyszłości tak, jakby nie widział szans na to że się zejdziemy.
Do synka przyjeżdża 2-3 razy w tygodniu, rozmawia ze mną w miarę normalnie (o pracy głównie i „co słychać”

.
Ostatnio zapytał, gdzie na urlop chcę jechać – ja zdziwiona jak to na urlop chcesz razem jechać, on na to, że przecież nie dam mu dziecka na tygodniowy wyjazd, no pewnie nie dam, ale nawet nie zapytał…
Byliśmy też razem na niedzielnym spacerze+obiedzie w knajpce ( mógł przecież wziąć dziecko i iść sam na spacer)
No i teraz ja już sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć, czy mamy szanse nadal być razem… Z jednej strony mówi: nie chcę dawać ci nadziei, z drugiej ok chodźmy na terapię. Nie chcę do ciebie wracać, ale jeźdźmy razem na urlop…
Przepraszam, ze tak się rozpisałam, ale chciałam jak najdokładniej naświetlić sytuację, żeby można ją było w miarę możliwości obiektywnie ocenić