yosemity
05.10.05, 15:04
Opowiem Wam po krótce, chociaż będzie to opowieść chaotyczna bo raczej jestem skołowana...
6 lat temu po pięciu miesiącach znajomości staliśmy przed ołtarzem jako najszczęśliwsza para pod słońcem, pragnęłam tego ślubu chociaż przerażało mnie zachowanie wtedy jeszcze mojego przyszłego męża. Z minuty na minutę popadał w straszną wściekłość i obrażał się na długie godziny obwiniając mnie wtedy za wszystkie niepowodzenia świata. Już wtedy pomyślałam, że może ten ślub to nie jest dobry pomysł ale... przecież zaproszenia rozwiezione, sukienka wisi, e co by inni powiedzieli (miałam 21 lat - niby byłam dojrzała, a jednak...)
Na naszym weselu przez moment mój mąż też się na mnie obraził, ale jakoś się pozbierał i po pół godziny starał się zachować klasę. Ale musiałam być zakochana! Po ślubie wprowadziliśmy się do jego matki - nie mieliśmy własnego domu. I tam okazało się, że są to identyczne osoby, które uwielbiają się kłócić, obrażać i w niedługim czasie stałam się obiektem emocjonalnych wyżyć męża i teściowej. Oboje niczym nie tłumaczyli swoich zachowań. Kiedy zły nastrój mijał robili obiadek, kawkę i ciasteczko i już było super. A ja miałam to wszystko zrozumieć. I rozumiałam bo z rodzinnego domu wyniosłam tyle, że trzeba wybaczać, trzeba być cierpliwym i brać przykład z mamy, która od 15 lat jest zdradzana przez ojca alkoholika, ale jest z nim bo musi "nieść ten krzyż"...
Wytrzymałam tak rok, aż pewnego dnia coś we mnie pękło. Wyprowadziłam się w 5 minut i poinformowałam męża, że od teraz mieszkam u mojej mamy i zapraszam do mnie. I owszem mąż wyprowadził się od mamy ale tylko na tzw. noce. Całe dnie spędzał podłączony do pępowiny matki, jadł z nią obiadki, robił jej zakupy a do mnie wracał na noc. Po dwóch miesiącach zdecydował się do mnie odezwać. Jakoś sytuacja wróciła do normy, a normą były wspólne obiady, zakupy, sporadyczne wyjścia i... histerie mojego męża, które objawiały się z różną częstotliwością. W najoptymistyczniejszej wersji miewałam nawet trzy tygodnie bez obrażania się na mnie za np: "wybuch II wojny światową". Uchodziliśmy pozornie za idealne małżeństwo i tak też mogłoby być gdyby nie te straszne histerie męża które wypalały mnie do reszty. Po 4 latach małżeństwa pojawiła się córcia. I to było cudowne przeżycie, bo przez okres ciąży i w ciągu kilku pierwszych miesięcy jej życia histerie gdzieś odeszły. Tyle, że kiedy wróciły, miały o wiele więcej siły niż kiedyś. Mąż z powodu kaszlu dziecka o 2-ej w nocy krzyczał, że mała ma pewnie alergie przez kurz w mieszkaniu i postanawiał zagonić mnie do sprzątania jej pokoju, kiedy nie chciałam się z nim kłócic i wolałam oglądać telewizję wyłączł korki w mieszkaniu, kiedy zażądał w nocy abym oddała mu swoją obrączkę a ja nie chciałam tego zrobić postanawiał pozapalać wszystkie światła w domu i wietrzyć tak długo aż zmarznę i zmięknę. Dużo było takich przypadków. DO tego zdradził mnie z przypadkową prostytutką. Nie wytrzymałam, zażądałam rozwodu. I co się stało? Zrobił z siebie przed światem biednego tatusia, który zrobiłby wszystko dla małżeństwa, poszedł do psychoterapeuty, błaga mnie o jeszcze jedną szansę, szuka pomocy u całej naszej rodziny, u księdza, wszedzie...
A ja mu nie wierzę, nawet przez moment.
Piszę pozew o rozwód i zamierzam go złożyć.
Ale cały świat miał nas za cudowne małżeństwo. Wszystko co było źle rozgrywało się w czterech ścianach. Zdrada miała miejsce 3 miesiące temu.
Boje się, że nie mam żadnych dowodów na to, że dawałam już naszemu małżeństwu wiele szans. On tymczasem zrobił z siebie najkochńszego męża, który postanowił poprawę.
Nie pytam Was czy dobrze robię składając pozew, bo jestem pewna, że nie wytrzymam dnia dłużej. Pytam natomiast czy mam szansę otrzymać rozwód jeśli on nie specjalnie będzie chciał mi go dac?
sporo napisałam, a to i tak telegraficzny skrót...
pozdrawiam