07.10.05, 17:51
prosze szybciutko zameldować jak samopoczucie w pierwszych dniach odzyskanej
wolnoścismile
Obserwuj wątek
    • beata407 Re: jarkoni!! 07.10.05, 19:29
      Uprzedziłaś mnie, Kochana, właśnie włączyłam komputer żeby sprawdzić co u
      Jarkoniego, albo zapytać czy ktoś czegoś nie słyszał, nie widział, nie wie...
      Jarkoni - odezwij się! My tu wszyscy się denerwujemy, a niektórzy jeszcze
      trzymają kciuki... W razie czego wiśniówka w odwodzie...
      • akacjax Re: jarkoni!! 07.10.05, 22:07
        a czy uzyskał wolność? Ktoś wie?
        Tak sobie myślę, że jeżeli jego exia bardzo zła na niego, a on niezbyt chce wziąć na siebie wszystko, to może jeszce nie koniec?
    • kasiar74 Re: jarkoni!! 08.10.05, 11:07
      jarkoni tylko nie mów że nie odespałes jeszcze?wink
      • czekolada72 Re: jarkoni!! 08.10.05, 16:43
        Jezeli tak milczy i milczy, to albo poszło nie po jego mysli i zapil, albo
        zapil, bo..... poszlo po jego mysli wink
        Oj Jarkoni, nie trzymaj nas w niepewnosci! To nie uchodzi!
        • thomaspawel Re: jarkoni!! 08.10.05, 17:22
          a jak miało chłopu nie pójść..? Dostał rozwiązanie węzła i to chyba żadna
          satysfakcja z takiego zakończenia niegdysiejszej miłości...
          Ale żeby od razu wolność...?
          Wolność od czego?
          Od wspomnień?
          Pamięci?
          • scriptus Re: jarkoni!! 08.10.05, 18:26
            I tu się zgadzam, cały czas nie rozumiem, dlaczego tak uporczywie niektórzy na
            tym forum mówią o odzyskaniu wolności w związku z rozwodem. Przeciez żeniąc nie
            stajemy się niewolnikami, więźniami, ludźmi zniewolonymi w jakikolwiek sposób...
            gdzie zatem to odzyskanie wolności, jeśli nie było zniewolenia ?? Jeżeli się
            żenimy, to małżeństwo było naszym wyborem, czymś, do czego dążyliśmy, czego
            musieliśmy pragnąć, i w wyniku określonych działań je osiągnęliśmy. Dlaczego
            zatem utrata czegoś takiego ma być powodem do radości, gratulacji, jako kolejne
            osiągnięcie? Czy to nie próba samousprawiedliwienia się tych, którzy
            doprowadzili do rozpadu swojego związku? Tak, doprowadzili, jedni bardziej,
            drudzy mniej, ale doprowadzili, bowiem winne chyba zawsze są dwie strony. Na tym
            forum niemal nikt nie przyznał się do rozpadu związku z własnej ewidentnej winy,
            każdy wskazuje na winę, lub współwinę małżonka. Niech tu ktoś napisze "nie
            jestem winny rozpadu mojego związku!!". Czy ktoś z nas tak może napisać, nie
            świadcząc przy tym nieprawdy??
            • tricolour To jest uwolnienie się... 08.10.05, 18:54
              ... od nieprzyjemnych wspomnień, a właściwe od niebezpieczeństwa, że nagle
              małżonek znów coś wykręci.
              Uwolnienie od niepokoju, zależności, stanu skrępowania, wspólnoty majątkowej,
              podatkowej, konieczności dzielenia mieszkania.
              Uwolnienie od nastepstw prawnych bycia "małżeństwem", od negatywnej opinii
              środowiska (że mężatka, a chodzi z innym faciem).

              Rozwód daje możliwośc oodechu pełną piersią, że smutny etap się SKOŃCZYŁ.
              • czekolada72 Re: To jest uwolnienie się... 08.10.05, 19:32
                Tri - wlasciwie zgadzam sie z Toba, z 2 ale:
                - rozwod wca;e nie uwalnia od złych wspomnien!!
                - smutny etap sie skonczyl? dla wielu trwal, trwa i trwac bedzie, moze nawet
                jeszcze bardziej smutny
                rozwod, to nie czarodziejska rozdzka, to prawny/formalny akt czy jak to nazwac,
                ktory zmienia nasz status, ewentualnie tej drugiej stronie daje mozliwosc
                zawarcia ponownego malzenstwa.
                A wolnosc? jezeli bylo sie zwiazanym z psycholem/psycholka i on dostal zakaz
                zblizania sie do nas i natychmiastowa eksmisje - to faktycznie wolnosc


                tricolour napisał:

                > ... od nieprzyjemnych wspomnień, a właściwe od niebezpieczeństwa, że nagle
                > małżonek znów coś wykręci.
                > Uwolnienie od niepokoju, zależności, stanu skrępowania, wspólnoty majątkowej,
                > podatkowej, konieczności dzielenia mieszkania.
                > Uwolnienie od nastepstw prawnych bycia "małżeństwem", od negatywnej opinii
                > środowiska (że mężatka, a chodzi z innym faciem).
                >
                > Rozwód daje możliwośc oodechu pełną piersią, że smutny etap się SKOŃCZYŁ.
                • tricolour Z tymi złymi wspomnieniami... 09.10.05, 02:28
                  ... to niezrecznie napisałem. Chodziło o to, że jak tkwimy w chorym związku, to
                  takie wspomnienia sa wręcz namacalne. Po rozstaniu tracą na sile, ale nie
                  znikają - oczywiście.

                  Rozwód kończy smutny etap nieudanego związku. Inna sprawa jak "zagospodarujemy"
                  odzyskaną wolność...
                  • scriptus Re: Z tymi złymi wspomnieniami... 09.10.05, 06:48
                    Tri, widzisz, nie cuje się ani troche zniewolony. Praktycznie nikt mi nic nie
                    każe, wszystko, co robię, jest kwestią osobistego wyboru. Czuję związek z moją
                    żoną, obowiązek i potrzebę opieki, dbania o nią, troszczenia się....
                    Z naszego małżeństwa mam smutną codzienność, ale wspaniałe wspomnienia. Nie chcę
                    się od nich uwalniać, jeżeli w moim życiu coś wartościowego się wydarzyło, to w
                    znakomitej części przypadków jest to związane z moją żoną.
              • ptasiara Re: To jest uwolnienie się... 08.10.05, 20:51
                Tri jak Cię czytam... to mi ręce opadają.. jadem plujesz...wszędzie węszysz
                negatywne emocje... na estrogen reagujesz alergicznie wprost(tekst o
                inteligencji kobiet żałosnysad... szukasz dzieciątego dna gdzie się da...
                Więcej miłości... do świata.....jak to czytam co Ty piszesz to rozwód to jedyna
                rzecz pozytywna, która Cię w życiu spotkała..oj długo zabawawisz Ty na tym
                forum.
                Jarkoni- Wielki Nieobecny- a Ty tu pieśni pochwalne piszesz na temat uwolnienia-
                póki co nie swojego- wątek dotyczył nie Ciebie- gdzie się ta swoja złośc
                wylewasz-wszędzie węszysz wroga i podstęp...
                Moim zdaniem póki co- 0 szans na jakikolwiek związek a kobietą.Pielęgnuj w
                sobie ten jad.. pielęgnuj big_grin
                • tricolour Hehehe.... 09.10.05, 02:03
                  ... zabawię na forum może długo, a może niedługo.

                  Jesteś jedna z nielicznych osób, które moje posty kwitują określeniem "plucie
                  jadem". Takie odosobnione zdanie jest mało warte...
                  A dodatkowo traci na wartości, kiedy zabierasz sie hurtowo i za innych kolegów.

                  Ale nic to, Ptasiaro. Poczekamy, co masz do napisania o sobie...
                • tricolour Wyszukiwarka pomogła jak zwykle. Cytuję: 09.10.05, 02:19
                  "czytam co napisałaś.. i niestety widze swoje zycie.. skamłanie o sex,
                  zainteresowanie, czułość.. (kolejność bez znaczeniabig_grin).. wtedy pojawia sę
                  przestrzeń.. przestrzeń w którą ktoś wchodzi.. gdzie wszystko to nagle mamy na
                  pstryk..a tak naprawde chciałabym od męża.. nie chce rozgrzeszenia.. tylko
                  widze jak to postępuje.. rozmowy były.. skutek żaden- wręcz pogorszyły.
                  Paradoks- mam to wszystko od innej osoby, a kocham tak bardzo męża- żyje iluzją-
                  kiedys całe życie z nim to "Himalaje"- nie tylko sex"

                  Mam wrażenie, że w jakiś sposób przypominam Ci smutne chwile z Twojego życia...
                  ale to Twoje zycie, z którym nie mam nic wspólnego.

                  Pozdrawiam.
            • nangaparbat3 Re: jarkoni!! 08.10.05, 20:29
              a tak. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że NIE CZUJE SIE WINNA ROZPADU
              MOJEGO MAŁŻEŃSTWA. ale też nie powiem, ze maż jest winny, chociaż to byl jego
              pomysl, jego inicjatywa, on pierwszy "wymiękł". On chciał sie wyprowadzic, on
              złożył pozew czy wniosek czy jak sie to nazywa. ale nie powiem, ze jest winny,
              bo wiem, że bardzo chciał, żeby nam sie udało, nigdy nie zrobił
              niczego "przeciwko" naszemu małzeństwu. Nie wiem, moze on nie nadaje sie do
              zycia w związku. Ma wielką trudność w kontaktowaniu sie z ludźmi - to pewnie
              przyczyna. Ale z drugiej strony gdyby był inny nie pokochałabym go, nie
              wyszłabym za niego - więc nie ma co gadać. Bardzo się starał, ale nie dał rady.
              Ja tez bardzo sie starałam, ile mogłam, i tez w końcu nie dałam rady. Czy musi
              byc winny?
              • scriptus Re: jarkoni!! 08.10.05, 21:49
                Chciałem coś napisać, ale szczęka mi opadła....
                Oboje chcieliście, żeby było dobrze, nikt nie jest winien, ale się rozwiedliście...
                Może być i tak, ale zapewne się mieścisz w tak zwanym błędzie statystycznym smile
                • nangaparbat3 Re: jarkoni!! 08.10.05, 22:10
                  scriptus napisał:

                  > Chciałem coś napisać, ale szczęka mi opadła....
                  Alez pisz sobie co chcesz.
                  > Oboje chcieliście, żeby było dobrze, nikt nie jest winien, ale się
                  rozwiedliści
                  > e...
                  Naprawdę chcielismy i naprawdę sie staraliśmy. Nie poradzilismy sobie - na
                  pewno jestesmy - byliśmy - parą wrazliwców i okropnych dziwaków, ale czy to coś
                  złego? Mąż jeszcze na jakies pół roku przed wyprowadzeniem sie powiedzial do
                  mnie, ze nawet jeśli sie rozwiedziemy, będziemy przyjaciółmi. I jakos tak jest.

                  Słuchaj, są miliony sytuacji, kiedy naprawde nie ma winnego, a cos mimo to
                  złego sie dzieje. To tylko nasze myslenie chce koniecznie mieć kogoś, kogo by
                  sie dało ukarać. Kiedy mąż sie ode mnie wyprowadził, broniłam go przed moimi
                  rodzicami, obarczajacymi go winą za to, co sie stało. On bronił mnie przed
                  swoimi rodzicami.

                  > Może być i tak, ale zapewne się mieścisz w tak zwanym błędzie statystycznym smile

                  Zapewne się mieszczę. smile))

                  • scriptus Re: jarkoni!! 08.10.05, 23:25
                    Ależ, ja nie zaprzeczam temu, co mówisz, jednak jest to sytuacja szczególna,
                    raczej rzadko spotykana....
          • kasiar74 Re: jarkoni!! 08.10.05, 22:51
            thomas czepiasz się zwyczajnie
            jarkoni w koncu załozył to forum, przeżywał bardzo mocno druga rozprawę i chyba
            jasne jest że teraz nie baluje po nacach upajając się z radości
            miałam według ciebie zagadać, i co jarkoni jak się czujesz po takiej traumie
            zamykającej długi etap twojego życia w którym sa dzieci?
            chore klimaciki
            • scriptus Re: jarkoni!! 08.10.05, 23:34
              ja i tak nie wiem, czy to, jak dla jednych, wreszcie odzyskana wolność, czy dla
              innych, tragedia porównywana do śmierci najbliższej osoby...
              Co do Jarkoniego, sądzę, że wcale nie świętuje "odzyskanej wolności". Chyba nie
              należał do "zniewolonych przez małżonkę"... Z tego co pamiętam, to raczej
              wyrażał żal, że sie rozleciało jego małżeństwo.
              • anja_pl Re: jarkoni!! 09.10.05, 10:20
                ale jarkoni nawarzył sobie piwa na własne życzenie, teraz je musiał wypić,
                może za duzo chmielu w nim było i dlatego takie gorzkie...
                o nadmiar słodu nie podejrzewam...
                • scriptus Re: jarkoni!! 10.10.05, 08:39
                  Cóż, wielu z nas sobie ściąga różne kłopoty na głowę, jak dziecko zastawę
                  stołową, ciągnąc za obrus... gorzej, kiedy partner, zachowa się nie jak osoba,
                  która sie o nas troszczy, tylko jak braciszek, czy siostrzyczka, który pomoże
                  ściągnąć zastawę, albo, co gorsze, jak taki starszy złośliwy braciszek, który ze
                  złym błyskiem w oku podpuści malucha, by oprócz zastawy ze stołu pościągać
                  jeszcze kwiatki z parapetu, albo czajnik z wrzątkiem z kuchenki tongue_out
                  • czekolada72 Re: jarkoni!! 10.10.05, 10:09
                    No wies, zmozna ten obrus łapac x-razy, przybijac pinezkami, usuwac z zasiegu
                    rak wszelkie niebezpieczne przedmioty, blokowc szuflady, zakladac blokady
                    drzwi, tylko..... dziecko to ja mam z mezem, albo adoptuje, nie biore z
                    dzieciatkiem slubu...
                    • scriptus Re: jarkoni!! 10.10.05, 21:26
                      Święta racja, miałem na myśli jednak co innego, że często oboje małżonkowie
                      zachowują w opisany przeze mnie sposób, dziecinnie i nieodpowiedzialnie.
                      Podpuszczają sie wzajemnie, albo dąsają się jak dzieci w przedszkolu, często
                      nawet motywacja nieodpowiedzialnych zachowań małżonków zbliżona jest do
                      motywacji przedszkolaków - zwrócic na siebie uwagę tego drugiego sad
                      Nie piszę, że tak było u kogoś konkretnego, bo nie znam konkretnej sytuacji na
                      tyle dobrze, ale zaobserwowałem to już wielokrotnie w "realu", więc bez
                      wielkiego ryzyka mogę to uznać za częste zjawisko.
                      • nangaparbat3 Re: jarkoni!! 10.10.05, 21:30
                        A jeszcze regułą (w realu) jest interpretowanie wszelkich zachowań tego
                        drugiego jako skierowanych przeciwko sobie. "Na złość mi to robisz" - wbrew
                        logice i rzeczywistosci, nawet kiedy ten drugi chciał dobrze i dla wszystkich
                        obserwatorow "na zewnatrz związku" bylo to oczywiste.
                        • bezecnymen Re: jarkoni!! 10.10.05, 23:01
                          nie mam się czym chwalić ale moja Ex twierdziła, że ożeniłem się z nią, by ją
                          wykończyć....aż zacząłem się nad tym zastanawiać...
                          • tricolour No skoro tak sie prosi... 10.10.05, 23:06
                            ... to okaż dobre serce i nie pozwól jej męczyć sie dłużej.
                            • jarkoni Re: Przepraszam.... 10.10.05, 23:55
                              ....za długą ciszę...Uciekłem po raz kolejny, chyba jednak zbyt wielka
                              trauma..Nie byłem na drugiej rozprawie, stchórzyłem, nie byłem w stanie, mam
                              zwolnienie, był mój prawnik tylko...Zostali przesłuchani
                              świadkowie "oskarżenia", czyli żony, a rozprawa kolejna 10 stycznia...
                              Czy ja jestem normalny z takim chowaniem głowy w piasek i ucieczkami? Ale suma
                              sumarum cieszę się jednak, że nie musiałem słuchać jak teść, szwagier i bliska
                              przyjaciółka domu (byłego domu) oskarżają mnie i hmmm opluwają...Teraz mam 3
                              miesiące w miarę spokoju, dziecinne co? Pozdrawiam wszystkich...
                              • kasiar74 Re: Przepraszam.... 11.10.05, 12:43
                                wiesz co.. wydaje mi sie że jest możliwość rozwodu bez twojego bezpośredniego
                                udzialu, jesli to dla ciebie nie do przejscia zapłać adwokatowi i załatwi sprawe
                                a może ty nie chcesz jednak sie rozwodzic???
                                co cie tak przeraziło że przeciągasz sprawe?
                                • czekolada72 Re: Przepraszam.... 11.10.05, 12:52
                                  a kto skladal sprawe o rozwod? Ty czy zona? jezeli ona - to czy to nie jest
                                  niejaka zlosliwosc, aby przeciagac io zeby tak szybko nie uzyskala?
                                  • anja_pl Re: Przepraszam.... 11.10.05, 13:24
                                    z tego co jarkoni kiedyś pisał, to żona złożyła pozew o rozwód,
                                    a że przeciąga, moze nie ma siły stawić się na sali sądowej, bo to jednak duża
                                    trauma, bez względu na to, po której stronie sie jest...
                                    • czekolada72 Re: Przepraszam.... 11.10.05, 13:44
                                      nie - ja jak najbardziej rozumiem, ze mozna nie miec sily stawic czola i mozna
                                      wyslac adwokata (facet tez moze byc slaby, czemu nie?). Tylko motywacja jaka?
                                      Nie mam sily, ale chce zakonczyc jak najszybciej, czy tez nie zjawiam sie i
                                      niech nie ma tego upragnionego rozwodu . Moj adwokat opowiadal, ze w ten sposob
                                      kiedys sie malzenstwo przeszlo 5 lat rozwodzilo.
                                      • scriptus Re: Przepraszam.... 11.10.05, 22:06
                                        A może Jarkoniemu nie zależy.... w końcu to nie on złożył pozew
                                        • czekolada72 Re: Przepraszam.... 11.10.05, 22:24
                                          tyz i tak moze byc smile
                                          • akacjax Re: Przepraszam.... 11.10.05, 22:44
                                            No ale sądząc z jego zdecydowanej względem działań postawy...takiego niezdecydowanego to lepiej nie mieć w domu? Skoro go nie chce takiego zbłądzonego..to czyja wina?
                              • nangaparbat3 Jarkoni 11.10.05, 16:16
                                nie przepraszaj, czlowiek ma prawo milczeć, ma prawo wyjść. Dobrze, ze juz
                                jesteś.
          • hasanet Re: jarkoni!! 13.10.05, 16:18
            thomaspawel napisał:

            > Wolność od czego?
            Od więziennej celi i od nadzorcy.
            > Od wspomnień?
            > Pamięci?
            A to niby po co? Nie trzeba takiej wolności. Był taki czas. To już przeszłość.
    • tricolour Nie przesadzajcie... 11.10.05, 23:25
      Rozumiem, że rozwód to duże przezycie - sam przeżywałem - ale tam nie gryzą i
      nie zabijają.

      Dorosły człowiek chyba stawi czoła takiemu wyzwaniu - tylko musi chcieć. Zresztą
      taka ucieczka źle wróży na przyszłość, bo oznacza, że delikwent czmycha gdy
      pojawia się poważna sprawa...

      Jak to tak delikatnie powiedzieć... no... troszki stchórzyłeś, bracie...
      • scriptus Re: Nie przesadzajcie... 12.10.05, 06:17
        tricolour napisał:

        > Rozumiem, że rozwód to duże przezycie - sam przeżywałem - ale tam nie gryzą i
        > nie zabijają.
        >

        Tak, ale ile to czasu sie traci na taki rozwód, a jeśli Jarkoniemu nie zależy,
        to wtedy sprawa rozwodu jest na jednym z dalszych miejsc w jego hierarchii
        ważności...
        A zresztą, czy takie sądy traktuja ludzi poważnie?? Nie umawiają się na
        rozprawę, tylko przysyłają wezwania na bezwarunkowo ustalony termin, nie
        interesują się, czy ktoś w tym czasie nie zaplanował czegoś innego. Jeżeli
        sądowi zależy na jakims terminie rozprawy, to powinien zadzwonić, uzgodnić,
        umówic się... Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie... skoro sąd nie traktuje ludzi
        poważnie, sam tez nie zasługuje na poważne traktowanie. tongue_out


        > Dorosły człowiek chyba stawi czoła takiemu wyzwaniu - tylko musi chcieć.

        Właśnie, musi chcieć. A jak nie chce ??
        • joasia69 Re: Nie przesadzajcie... 12.10.05, 09:34
          nie stawienie się na rozprawę jest...zwykłą ucieczką niestety.
          Myślę, że nie należy od tego uciekać, bo to po prostu nic nie da.
          Można sprawę blokować, można nie chcieć ale po co?
          przecież to i tak niczego nie zmieni
          prawda??
          • czekolada72 Re: Nie przesadzajcie... 12.10.05, 11:36
            joasia69 napisała:

            > nie stawienie się na rozprawę jest...zwykłą ucieczką niestety.
            > Myślę, że nie należy od tego uciekać, bo to po prostu nic nie da.
            > Można sprawę blokować, można nie chcieć ale po co?

            Blokuje sie z reguły przez zlosliwosc lub chec osiagniecia wlasnego celu

            > przecież to i tak niczego nie zmieni
            > prawda??
        • tricolour Nie za bardzo rozumiem... 12.10.05, 11:36
          ... co chcesz powiedzieć. Czy rozwód to strata czasu?

          Od kiedy najważniejsze sprawy ludzkie są stratą czasu? Ktoś wytacza mi sprawę w
          sądzie, a ja uważam, że to nie jest ważne? To co jest ważniejsze od sądu nad
          moją głową?

          I jeszcze sąd ma UMAWIAĆ się na spotkanie? Sąd WZYWA (bo działa na zlecenie
          powoda), a jak się nie stawiam, to tracę głos - na własne życzenie. Wtedy druga
          strona, która jest obecna - robi co uważa za WYGODNE dla niej i ma do tego PRAWO.

          I na sam koniec: jak się komuś nie chce, to inni zrobią co chcą. Proste.
          • scriptus Re: Nie za bardzo rozumiem... 12.10.05, 12:25
            Tri, ależ Ty jesteś tak zasadniczy, że nie dostrzegasz odrobiny ironii,
            odnośnie zasady funkcjonowania sądów. tongue_out

            Jeśli chodzi o mnie, to sprawa rozwodowa na pewno jest dla mnie stratą czasu i
            niepotrzebnym stresem. W sytuacji rozpadu mojego małżeństwa, nie istnieje ono,
            niezależnie od tego, czy rozpad ten został formalnie potwierdzony, czy nie, co
            zatem dla mnie zmieni sprawa rozwodowa? Co najwyżej będę miał prawo ponownie
            się ożenić, a na tym mi specjalnie nie zależy... co jeszcze mogę zyskać, dla
            czego warto by tracić czas, pieniądze i nerwy?

            Dlatego, kiedy moja małżonka jakiś czas temu oświadczyła, że się chce ze mną
            rozejść i zażądała, żebym to załatwił, odpowiedziałem po prostu, że nie mam
            czasu na jej fanaberie. Jak chce rozwodu, niech to sama załatwia. I co? Zdaje
            się, że ona również nie ma czasu na te swoje fanaberie. Widocznie jej na tym aż
            tak nie zależy, jak by zależało, to pewnie już by to dawno załatwiła. Czy przez
            to jesteśmy bliżej, albo dalej od siebie?? Raczej nie, nie widać różnicy, więc,
            jak w tej reklamie, po co przepłacać... Zgodnie z zasadą minimalizacji traconej
            energii należy robić tylko to, co jest niezbędne do dalszego funkcjonowania.

            Jasne, że sąd wzywa, jedyne, co można zrobić, to nie odebrać wezwania, jak już
            się odebrało, to umarł w butach, trzeba iść... chyba, że się ma naprawdę dobre
            usprawiedliwienie.

            A odnośnie sprawy rozwodowej, wynikiem sprawy może być orzeczenie rozwodu, bądź
            nieorzeczenie. Jeżeli orzeczenie jest w jakimś sensie przesądzone, to ma
            niezbyt wielkie znaczenie, czy się to stanie w obecności powoda, czy w
            nieobecności, czy stanie się to teraz, czy za 3 miesiące, czy za 3 lata, skoro
            jest to nieuniknione... no chyba, że komuś sie bardzo spieszy do tego "miodu".

            A Jarkoniemu, zdaje się, również wcale się nie spieszy. Być może nie jest dla
            niego istotne, czy sprawa jest formalnie zamknięta, czy nie, i tak źle i tak
            niedobrze. W kosztach nie ma różnicy, przecież i tak prawdopodobnie alimenty na
            utrzymanie dzieci płaci... Wnioskuję o tym na podstawie faktu, że nie poszedł
            na rozprawę. Gdyby było dla niego istotne szybkie zakończenie sprawy, na pewno
            by poszedł.
            • tricolour Odrobinę ironii wyczułem... 12.10.05, 13:43
              ... ale nie o tą ironię mi chodziło. Szczególnie teraz, kiedy piszesz, że nie
              warto iść na sprawę, kiedy wyrok przesądzony i nieunikniony.

              Ja mam inne podejście - chcę wiedzieć co sie dzieje wokół mnie, bo nie ma spraw
              przesądzonych i nieuniknionych.

              Stara rzymska zasada mówi: "Chcącemu nie dzieje się krzywda".

              smile)
              • scriptus Re: Odrobinę ironii wyczułem... 12.10.05, 18:02
                Pewnie masz rację, ja na pewno na taką sprawę bym poszedł, choć nie wiem, czy
                efekt mojego pójścia na sprawę różniłby sie od niepójścia. Napisałem tylko, że
                wydaje mi się, że rozumiem, dlaczego Jarkoni tam nie poszedł. Sądzę, że to nie
                jest z jego strony złośliwość wobec żony, tylko zobojętnienie na bieg wydarzeń
                wskutek depresji. Jasne jest, że na tym, że nie poszedł na rozprawę, nikt na tym
                nic nie stracił, co najwyżej on sam, ale to była jego decyzja.

                Piszesz, że chcesz wiedzieć, co się wokół Ciebie dzieje, niestety dzieje się tak
                wiele, że na większość nie mamy wpływu, ba, nie jesteśmy nawet w stanie
                wszystkiego zarejestrować, dlatego, trzeba wartośćiować i wybierać, czemu warto,
                a czemu nie warto poświęcać uwagi.
    • psychoanalityk Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 13:32
      Co nie pozwala zakończyć ostatecznie podobno złego małżeństwa ? Konieczność
      dalszego życia tylko na własny emocjonalny rachunek ? Konieczność rozliczenia
      się ze swoimi ciemnymi stronami o których nie chcesz pamiętać a które
      współmałżonek przywoła na sali sądowej ? Kurczowe trzymanie się starego póki nie
      ma się nowego związku ? Z kochanką by było łatwiej ? Bo to na nią by częściowo
      została przerzucona rozwodowa trauma ? Strach przed podejmowaniem jakiejkolwiek
      decyzji ? Strach przed ponoszeniem konsekwencji swoich wczesniejszych działań ?
      Bo chyba nie miłość do zony w małżeństwie cię ciągle trzyma ??
      • tricolour Właśnie! 12.10.05, 13:38


      • scriptus Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 13:51
        Czy to było pytanie do mnie, czy do Jarkoniego ??

        Co do Jarkoniego, to wiadomo, że mieszka osobno.

        Co do mnie, kocham jeszcze ciągle moją żonę, choć zdaję sobie sprawę, że chyba
        nie ma już szans na normalne małżeńskie i rodzinne życie.

        Nie szukam nowego związku, nie obawiam się "przywołania ciemnych spraw" na sali
        sądowej, bo zawsze żyłem uczciwie.

        Zdaję sobie sprawę, że nasze rozstanie jest prawdopodobnie nieuniknione. Jednak
        nie mam powodu, by to przyspieszać. Śmierć też jest nieunikniona, a mimo to
        nikt z nas z tego powodu jej nie przyspiesza.

        Już słyszę głosy: Scriptus, nawet, jak tobie nie zależy, daj babie spokój, nie
        sobie przynajmniej ona ułoży życie.... Odpowiadam, nie jest przykuta łańcuchem
        do kaloryfera, ma wolność działania, jeśli jej zależy na odejściu i nowym
        związku, niech więc to uczyni.
        • bezecnymen poczekałem 12.10.05, 15:23
          na głosy naszych feministek ale się nie doczekałem więc je wyręczętongue_out
          Scriptusie! dlaczego, skoro kochasz swoją żonę, nie pomożesz jej odejść? tyle
          dla niej zrobiłeś, zrób jeszcze to, będzie Cię wdzięcznie wspominaćtongue_out
          • bellima Re: poczekałem 12.10.05, 15:27
            feministek? złosliwiec...smile
            • bezecnymen o wilku mowa 12.10.05, 15:37
              a nożyce się odezwałybig_grin
              • bellima ciach! 12.10.05, 15:38
                temu panu juz dziękujemy smile
                • bezecnymen Re: ciach! 12.10.05, 15:40
                  a tej pani już nie obsługujemybig_grinDDDDDDDD
                  • bellima Re: ciach! 12.10.05, 15:42
                    a to przepraszam,
                    nie wiedziałam, że tu full obsługa byłasmile)
                    nie zauwazyłamsmile)
                    • bezecnymen Re: ciach! 12.10.05, 15:46
                      a bo ja taki ścichapęk cichociemnytongue_out
            • nangaparbat3 Re: poczekałem 12.10.05, 17:31
              bellima napisała:

              > feministek? złosliwiec...smile

              E tam złosliwiec - ciołeczek.
              Feministki (prawdziwe) radzą sobie same.

              • bezecnymen Re: poczekałem 12.10.05, 17:36
                ciołeczek to też stworzenie boże, nawet pożytecznie więc moge nim być... a
                jakieś argumenty przeczytam na temat tego co napisałem, czy może niegodnym
                rzeczowej odpowiedzi??
                • nangaparbat3 Re: poczekałem 12.10.05, 17:42
                  smile
                  no argument prościutki - feministka - w teorii przynajmniej - stoi na własnych
                  nogach na tyle mocno, ze nie potrzebuje pomocy, by odejść od męża. Tak mi się
                  wydaje przynajmniej.
                  • bezecnymen Re: poczekałem 12.10.05, 18:51
                    nie oprotestuję tego zdania... ale ja nie twierdzę, że żona Scriptusa jest
                    feministką, pisałem zaś w imieniu tutejszych pań, które nie kwapiły się z
                    opinią nt postawy Scriptusa, nazwanie ich feministkami było zamierzoną
                    prowokacją, z której jak widać, niewiele wyszłosad
                    • nangaparbat3 Re: poczekałem 12.10.05, 19:02
                      Nie martw się, nastepna prowokacja Ci wyjdzie smile)))
        • bellima Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 15:33
          > Co do mnie, kocham jeszcze ciągle moją żonę, choć zdaję sobie sprawę, że chyba
          > nie ma już szans na normalne małżeńskie i rodzinne życie.
          >> Nie szukam nowego związku, nie obawiam się "przywołania ciemnych spraw" na
          sali> sądowej, bo zawsze żyłem uczciwie.
          >> Zdaję sobie sprawę, że nasze rozstanie jest prawdopodobnie nieuniknione.
          Jednak> nie mam powodu, by to przyspieszać. Śmierć też jest nieunikniona, a mimo
          to> nikt z nas z tego powodu jej nie przyspiesza.
          >> Już słyszę głosy: Scriptus, nawet, jak tobie nie zależy, daj babie spokój,
          nie> sobie przynajmniej ona ułoży życie.... Odpowiadam, nie jest przykuta
          łańcucem> do kaloryfera, ma wolność działania, jeśli jej zależy na odejściu i
          nowym> związk, niech więc to uczyni.
          >



          nie wydaje ci się, że to może przypominac sytuacje Jarkoniego, sprzed....iluś
          tam lat? wtedy olał sprawę, odpuscił sobie. teraz ma to, co ma...
          uwazaj, bo życie się mści za takie wygodne "przeczekiwania"...
          • nangaparbat3 Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 17:38
            U mnie było identycznie jak u Scriptusa, tylko ze to mąż chciał odejść, a ja
            nie chciałam ułatwiać. No ale jak wyjechał nie mówiąc na kiedy wraca (to było
            jedyne o co prosiłam, żeby wiedzieć, co odpowiadać klientom) wymiekłam i
            ułatwiłam.
            Jego rodzice byli przekonani w związku z tym, ze to ja byłam inicjatorką.
            No ale zawsze (niektórym) wygodniej stawiać się w roli ofiary.
            • scriptus Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 17:54
              Bezecny, nie wiem, czego ona naprawdę chce, bo nie rozmawiamy. To, co
              powiedziała na temat rozwodu, mogło byc tylko prowokacją. Cały czas jestem
              zdania, że moja reakcja była wówczas optymalna.
              Ponadto, ułatwić jej odejść ode mnie, to ułatwić jej odejść od syna. Nie
              jesteśmy sami. Jeżeli chce odejść, niech ma świadomość, jak skrzywdzone będzie
              dziecko, które potrzebuje nas obojga na codzień, oboje nas kocha.

              Ja jej w żaden sposób nie przeszkadzam, ani nie pomagam. Jedyne, to staram się
              być mimo wszystko dla niej uprzejmy i miły, choć czasem wolałbym być gdzie
              indziej, bowiem dostaję oczopląsu patrząc na nią, kompletnej frustracji, czując
              jej zapach... to zapewne nie jest zdrowe dla mnie, ale zapewne palenie bardziej
              niezdrowe, a ja przecież nie palę smile

              W związku z tym, jestem jej gotów pomóc we wszystkim, co sprawi, że będzie
              szczęśliwsza, ale inicjatywę musi podjąć ona. Inaczej mogłoby sie zdarzyć, że
              zrobię nam niedźwiedzią przysługę, że uszczęśliwię ją na siłę.
              • bezecnymen Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 18:56
                z mojej strony masz w tej kwestii pełne poparcie, u mnie zreszta wyglądało to
                podobnie, na szczęście exia okazała sie wystarczająco zdecydowana, by jednak
                pozew złożyć, ja natomiast opór okazałem tylko w kwestii obarczenia mnie
                wyłączną winą za rozpad małżeństwa, do czego sąd się przychylił.... cóż, sąd
                sądem ale niektóre kobiety mają do mnie słabośćbig_grinbig_grinbig_grin
                • scriptus Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 22:25
                  bezecnymen napisał:

                  > z mojej strony masz w tej kwestii pełne poparcie, u mnie zreszta wyglądało to
                  > podobnie, na szczęście exia okazała sie wystarczająco zdecydowana, by jednak
                  > pozew złożyć, ja natomiast opór okazałem tylko w kwestii obarczenia mnie
                  > wyłączną winą za rozpad małżeństwa, do czego sąd się przychylił.... cóż, sąd
                  > sądem ale niektóre kobiety mają do mnie słabośćbig_grinbig_grinbig_grin

                  Psiakostka, ciągle tu jestem czarna owcą na tym forum, co zamiast się rozwieść
                  jak inni upiera się pozostać z żoną, a tu naraz sie okazuje, że u innych było
                  tak samo sad
              • nangaparbat3 Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 19:07
                Może jej przejdzie?
                Mam przyjaciółkę, która co jakiś czas funduje sobie romans i żąda rozwodu - ale
                bez pełnego przekonania. Mąż to przeczekuje i znow jest dobrze, prowadzą
                zupełnie normalne zycie rodzinne, mogloby sie wydawać - idylla, aż do kolejnego
                romansu.
                • joasia69 Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 20:06
                  czy nie prowadzą normalnego rodzinnego życia smile
                  romansiki tu i tam....gdzie tu normalność?
                  po prostu sa ze soba i tyle.
                  widocznie im taki układzik odpowiada.

                  • nangaparbat3 Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 20:36
                    joasia69 napisała:

                    > czy nie prowadzą normalnego rodzinnego życia smile
                    > romansiki tu i tam....gdzie tu normalność?
                    > po prostu sa ze soba i tyle.
                    > widocznie im taki układzik odpowiada.
                    >
                    To by było dość proste i niewarte opowiadania o. W przerwach między jej
                    romansami (o ile wiem on nie romansuje w ogóle) są naprawdę dobrym małżeństwem,
                    kochającą sie parą.
                    • joasia69 Re: Strach przed odcięciem pępowiny ? 12.10.05, 22:04
                      Zawsze myślałam, że jeśli sie kocha naprawdę, to nie szuka sie dodatkowych
                      przeżyć u boku kochanka.
                      Ale być może moje podejście do "kochania" jest mylne? staroświeckie?

                      ja gdybym kochała to całą sobą i nie wyobrażam sobie wówczas uatrakcyjniania
                      związku romasikami...ale to tylko moje skromne zdanie smile)
                      • tricolour Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:08
                        ... ale może facet pokochał rogi bardziej niż żonę....
                        • joasia69 Re: Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:11
                          a może jest np. uzależniony od żony finansowo, albo może seks z niąjest tak
                          oszałamiający, że przelotne romase żonki nie maja absolutnie żadnego znaczenia.

                          Jestem jednak staroświecka....jeśli kocham, to kocham i już!
                          • scriptus Re: Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:17
                            Tfu , co za pomysły, jeszcze mi chyba tylko jakichś romansów brak ...
                            Nie jesteśmy uzależnieni finansowo, a seksu, niestety nie ma wcale sad
                            • joasia69 Re: Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:23
                              jejku!
                              przecież to była odpowiedż na to co napisała nanga.
                              i po co się denerwować jeśli Ciebie Scriptusie to nie dotyczy??

                              smile)
                              • scriptus Re: Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:27
                                Nie przejmuj się, chyba nie umiem czytać ...
                                • joasia69 Re: Dla mnie to też dziwne... 12.10.05, 22:30
                                  ee tam...umiesz smile, tylko nie rozumiesz tekstu pisanego (jak czasami mówi do
                                  mnie moja koleżanka)
                                  pozdrawiam smile)
                                  • scriptus Re: Dla mnie to też dziwne... 13.10.05, 09:23
                                    Czytanie tekstu ze zrozumieniem, to, o ile się nie mylę, wymaganie dla
                                    absolwentów drugiej klasy szkoły powszechnej? ... Qurczaki pieczone, jak ja te
                                    szkoły pokończyłem ?? uncertain
                                    • joasia69 Re: Dla mnie to też dziwne... 13.10.05, 10:35
                                      oj Scriptusie!
                                      a czy absolwent klasy II szkoły społecznej jest już zwolniony z obowiązku
                                      czytania ze zrozumieniem??
                                      niestety przerażające jest to, że wielu absolwentów szkół średnich nie posiada
                                      umiejętności czytania ze zrozumieniem smile)

                                      ale tak na serio....czasami czytamy wyrywkowo i stąd nasze "wpadki"
                                      Mi osobiście to nie przeszkadza. Obyśmy umieli się z tego pośmiać smile
                                      • scriptus Re: Dla mnie to też dziwne... 13.10.05, 14:53
                                        joasia69 napisała:

                                        > oj Scriptusie!
                                        > a czy absolwent klasy II szkoły społecznej jest już zwolniony z obowiązku
                                        > czytania ze zrozumieniem??

                                        Wygląda na to, że tak. W tych niezmiernie dawnych czasach, kiedy ja chodziłem
                                        do rzeczonej klasy, za brak podstawowych wymaganych umiejętności powtarzało się
                                        klasę. Dziś dyskutuje się nad tym, co zrobić, kiedy studenci pierwszego roku
                                        studiów z matematyki mają problemy z ułamkami... Są w obecnych klasach szóstych
                                        uczniowie, którzy maja poważny problem z czytaniem (powiedziała o tym szkolna
                                        pani psycholog), dobrze zatem, że wprowadzono egzamin do gimnazjum. jeszcze
                                        kilka lat temu nie było sita nawet na poziomie liceum i zadarzyć się mogło, że
                                        taki cwaniaczek prześlizgnął się jakoś aż do matury smile))))

                                        > niestety przerażające jest to, że wielu absolwentów szkół średnich nie
                                        posiada
                                        > umiejętności czytania ze zrozumieniem smile)
                                        >
                                        > ale tak na serio....czasami czytamy wyrywkowo i stąd nasze "wpadki"
                                        > Mi osobiście to nie przeszkadza. Obyśmy umieli się z tego pośmiać smile


                                        Nie da się przeczytać wszystkiego, zatem umiejętność selekcji tego, co trzeba
                                        przeczytać jest umiejętnością niemal równie ważną, jak sama umiejętność
                                        czytania. Ciekawe, czy będzie kiedyś taki przedmiot w nauczaniu początkowym...
                                        • bezecnymen drobna poprawka:) 13.10.05, 15:54
                                          w klasie 6 uczniowie piszą test sprawdzający umiejetności, który jednak nie ma
                                          żadnego znaczenia dla promocji, podobnie w 3 klasie gimnazjum....a skutki
                                          opisane przez was widać wszędzie... to skutki zmiany nastawienia organów
                                          nadzoru szkolnego...jesli w szkole jest dużo drugorocznych to nie dlatego, że
                                          dzieci się nie ucza tylko, dlatego, że nauczyciele źle uczą...i nacisk na
                                          maksymalną skutecznośc promowania....ja to mam na codzieńuncertain

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka