Dodaj do ulubionych

Szukanie winnego...

17.11.05, 19:27
... zrobiło się zajęciem emocjonującym smile)

Widzę, że na forum snuje się pogląd, że szukanie winnego jest zajęciem z
gatunku mściwych, a to bzdura wierutna...

Szukanie winnego nadaje sens słowu SPRAWIEDLIWOŚĆ. Bo ktoś jest winny i
odpowiedzialny za rozpad małżeństwa. Gdy małżonkowie nie chcą szukać winnego,
to widać we dwójkę poczuwaja sie do winy i nie chcą przepychanki, które
bardziej narozrabiało.
W każdym innym przypadku TRZEBA znaleźć winnego. Tak jak sie szuka złodzieja,
który świsnął auto... bo tu chyba łatwo o jednomyślność.

tongue_out
Obserwuj wątek
    • kasia9873 Re: Szukanie winnego... 17.11.05, 19:38
      Wysoki sądzie.
      Czasami z braku dowodów i niemożności znalezienia winego postępowanie trzeba
      umorzyć.
      Tak więc może lepiej darować sobie te dociekania. Zakończyć sprawę szybciutko i
      zacząć po prostu żyć. Na tyle normalnie na ile się da i nie dawać powracać
      wampirom przeszłości.
      • tricolour To w takim razie... 17.11.05, 20:03
        ... nie chciałbym mieć za żonę kobiety, która sie rozwiodła bez orzekania o
        winie. Może sama winna była... wredna, rozpustnica, złodziejka, alkoholiczka...
        kto tam wie...

        smile
        • joasia69 Re: To w takim razie... 17.11.05, 20:10
          a może była po prostu normalna?
          może chciała kochać i byc kochaną?
          Właśnie Tri ja byłam winna, a za żaden z czterech podanych wariantów do mnie
          nie pasuje. Ale musze popytać ludzi....może czegoś nie wiem o sobie wink
          • tricolour Przedstawiam Ci mój punkt widzenia. 17.11.05, 20:27
            Najzwyczajniej zapytałbym DLACZEGO moja kobieta sie rozwiodła (jasne, że
            odpowiedziałbym tez na podobne pytanie).

            To jest ważne dlaczego ktos zepsuł małżeństwo i CO ZROBIŁ, by to nie powtórzyło
            sie już w przyszłości. Nie mam zamiaru pakować sie w związek z kobieta winną
            rozpadowi małżeństwa, która mętnie wyjaśni mi co zaszło...
            Niech psuje kolejne związki - proszę bardzo - nie na mój rachunek.
            • joasia69 Re: Przedstawiam Ci mój punkt widzenia. 17.11.05, 22:05
              nie napisałam, że winna byłam tylko ja......
              napisałam "byłam winna".....

              wiem co należy robic w przyszłości (a przynajmniej tak mi się wydaje, że wiem)
            • dobrydzien Re: Przedstawiam Ci mój punkt widzenia. 17.11.05, 22:46
              Witam
              z tego Co pamiętam starasz się o kościelne unieważnienie swego byłego
              małzeństwa, jak swą głęboką religijność łączysz z takim wyrażnym osądzaniem
              winy innego człowieka.

              Jesteśmy odpowiedzialni i spowiadamy sie ze swoich "win" a nie innych

              Wybaczajmy i żyjmy dalej a świat będzie lepszy
              • tricolour Ja wcale nie osądzam... 17.11.05, 23:13
                ... bowiem pytanie o przeszłość partnera nie jest osądzaniem, a dbaniem o
                przyszłośc związku.

                Żadne z nas nie jest pusta kartą i kiedy decydujemy sie na wspólne zycie z kimś,
                to warto wiedzieć co ów delikwent zrobił w przeszłości.

                Zresztą Joasia sama z siebie pisze o swojej winie... a jak pisze, to chyba wie o
                czym.
                • akacjax Re: Ja wcale nie osądzam... 17.11.05, 23:45
                  A gdyby winą tej kobiety było to, że była z Tobą? Gdy powinna być z innym?

                  Ja nie dociekałam winy...i gdyby to miało być wyznacznikiem mojego być albo nie być z facetem..to po co mi taki facet, który grzebie w mojej przeszłości i wierzy w sądowe orzeczenia, nie we mnie...
                  A podobno gdy się chce to winę można każdemu udowodnić.
                  • berek_76 Re: Ja wcale nie osądzam... 18.11.05, 10:59
                    > A gdyby winą tej kobiety było to, że była z Tobą? Gdy powinna być z innym?
                    >

                    To jest bardzo poważna wina. Wina nieumiejętności dotrzymania zobowiązań.
                    poważnych zobowiązań.

                    Akajca - nie dociekałabyś? Chciałabyś się związac z facetem, który porzucił dla
                    ciebie żonę? A gdygbyś to Ty była tą żoną?

                    Coś mi tu Kalim pachnie...

                    -----------------------
                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                    • akacjax Re: Ja wcale nie osądzam... 18.11.05, 12:06
                      Rozróżnijmy dwie kwestie: wchodzenie w czyjeś małżeństwo-wiele osób rozwodzi się dla kogoś...( a nie tylko z powodu zdrady)-no ja nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby miłość na mnie spadła a obie strony związane...nie miałam takich doświadczeń, nie szukam takich!
                      A gdybym spotkała samotnego po rozwodzie, to na ile mnie jego przeszłość interesuje? Na tyle ile wpłynie na mnie, na moje życie i szczęście.

                      Tak patrząc inna będzie sytuacja(i podejście do tematu wina) osoby, która jest trzecią, inna gdy rzecz dzieje się po latach...
                      Decyzja należy do zainteresowanego, generalizować nie wolno. Jest jedno już podstawowe prawo(dla osób z kościelnym ślubem)-niekoniecznie razem, ale do śmierci.

                      Napisałam:
                      A gdyby winą tej kobiety było to, że była z Tobą? Gdy powinna być z innym
                      > ?
                      na sugestię, że Tri nie chciałby związać się z osobą winną. Rozumiem, że on w cudze małżeństwo by nie wszedł, ale ilu tak czyni...widzimy na forum.
                      • berek_76 Re: Ja wcale nie osądzam... 19.11.05, 03:19
                        > Rozróżnijmy dwie kwestie: wchodzenie w czyjeś małżeństwo-wiele osób rozwodzi si
                        > ę dla kogoś...( a nie tylko z powodu zdrady)-no ja nie wiem, jak bym się zachow
                        > ała, gdyby miłość na mnie spadła a obie strony związane...nie miałam takich doś
                        > wiadczeń, nie szukam takich!

                        Ja nie rozumiem... Przecież rozwiedzennie się "dla kogoś" to nic innego, tylko
                        zdrada. Zdrada nie polega na pójściu do łóżka z inną osobą. Zdradą jest - IMHO,
                        ale także wg nauki kościoła w dużej mierze - związanie się z kim innym.

                        I szczerze mówiąc nie rozumiem też, co to znaczy "gdyby miłość na mnie
                        spadła"... To miałabym prawo po prostu sobie pójść? Czyli gdyby "nienawiść na
                        mnie spadła", to pójść i pobić tego znienawidzonego?

                        Mam poczucie, że jakoś o czym innym mówimy.
                        -----------------------
                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                        • akacjax Re: Ja wcale nie osądzam... 19.11.05, 16:13
                          Czasem ktoś zdradza, albo zakochuje się i rozwodzi się by z tą osobą stworzyć nowy związek.
                          A czasem ktoś zdradza(na prawo i lewo, albo jeden raz) i nie ma zamiaru się rozwodzić, a sprawa się wydaje i dochodzi do rozwodu.
                          jednak te dwie sytuacje są różne. Zwłaszcza z punktu widzenia nexismile


                          W wątku rozmawiamy o orzekaniu winy i dalekosiężnych skutkach tegoż.
                          Jakie znaczenie dla osoby z pierwszego przypadku ma orzeczenie winy? Przecież skoro rozwód dla tej osoby-to dla niej to nieistotne. Odwrotnie taka osoba może powiedzieć-o, dla mnie nawet winę wziął(o ile był taki szarmancki w rzeczywistoścismile bylebyśmy byli razem.
                          Bo znamy przypadki, gdy w takiej sytuacji jedyny winny potrafi w sądzie bronić się i na drugą stronę zwalać...
                          Dlatego pisałam, że niektórym to nie przeszkadza już od momentu wchodzenia w małżeństwo.

                          A co do mojego osobistego zachowania-nie byłam w takiej sytuacji, ale mam świadomość, że czasem w życiu rzeczy dzieją się wbrew nam.
                          I te dobre i te złe. Granica jest bardzo cienka.
                          Natomiast dane mi było poczuć, jak to jest, gdy nagle komórka staje się najcennijsza i należy ją prawie połknąć, by ją schować i wiem, co wtedy czułam, po kolei od niepokoju, przez kłucie zazdrosne w sercu, przez moc do walki z konkurencją, aż do nabrania dystansu i bycia ponad.
                          Niemiej nie to było przyczyną separacji, I chociaż mogłam, nie dowodziłam winy, bo ja tego nie potrzebuję. Jeżeli kiedyś zdarzy się być z kimś, to on musi akceptować mnie taką jak jestem, a nie badać w mojej przeszłości jakie grzechy popełniłam.

                          Pomijam, tak jak pisałam moją niewiarę w sprawiedliwość w naszych sądach.
                          Bo może powinno być- zdradził(a) winny(a), a zdradził(a), bo był odtrącony przez współmałżonka- półwinny? smile
                        • porucznikk Re: Ja wcale nie osądzam... 26.11.05, 18:10
                          berek_76 napisała:

                          > Ja nie rozumiem... Przecież rozwiedzennie się "dla kogoś" to nic innego, tylko
                          > zdrada. Zdrada nie polega na pójściu do łóżka z inną osobą. Zdradą jest -
                          IMHO,
                          > ale także wg nauki kościoła w dużej mierze - związanie się z kim innym.
                          Taka interpretację przyjmują też sędziowie orzekający w sprawach rozwodowych.
                          por.
                  • porucznikk Re: Ja wcale nie osądzam... 26.11.05, 18:07
                    akacjax napisała:

                    > A podobno gdy się chce to winę można każdemu udowodnić.
                    Traci sens upieranie się przy orzekaniu o winie wobec wieeelu lat poświęconych
                    na procesowanie się z byłą.
                    por.
      • joasia69 Re: Szukanie winnego... 17.11.05, 20:07
        czasami nie warto dociekać kto jest winny
        a nóż okaże się, że to MY najbardziej narozrabialiśmy!
        Ja niestety czuję się winna sad

        Kasia ma rację....należy żyć w miarę normalnie.

        Sprawy trzeba uporządkować i iść do przodu (nie po trupach naturalnie).
        Chyba tak właśnie nalezy robić.
    • julka1800 Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 11:42
      zgodze sie z Tri w kwestii udowodnienia winy osobie winej /tej ktora
      zdradziala/i poniesienia przez nią kary w postacie orzeczenia jej winy i
      konsekwencji z tego faktu wynikacjących.
      To czy osoba decyduje sie na krok udawadniania drugiej jej winy przed Sadem, to
      już kwestia jej odpornosci psychicznej /jak wiadomo to sie ciągnie, wyciąga sie
      przy okazji inne "brudy" itd/
      jednego tylko nie rozumiem Tri mianowicie jak sadzisz jak osoba chcaca
      udowodnić wine skoro jak napisałes Twoim zdaniem uciekanie sie do grzebania w
      cudzym GG, szperanie po kieszeniach czy w kompie jest wredne i niemoralne.
      Przeciez osoba ktora zdradzila nie przyjdzie i nie powie "Kochanie wlasnie
      przespalem sie z Zuzia" lub "kochanie wlasnie przespadam sie z Krzysiem"

      ???
      • julka1800 Re: poprawilam 18.11.05, 11:46
        Jednego tylko nie rozumiem Tri, mianowicie jak sadzisz jak osoba chcaca
        udowodnić wine ma to zrobic skoro jak napisałes Twoim zdaniem uciekanie sie do
        grzebania w
        cudzym GG, szperanie po kieszeniach czy w kompie jest wredne i niemoralne?
        Przeciez osoba ktora zdradzila nie przyjdzie i nie powie "Kochanie wlasnie
        przespalem sie z Zuzia" lub "kochanie wlasnie przespadam sie z Krzysiem"

        ???
      • bursztynowe Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 13:32
        julka: jakoś tak odnoszę wrażenie, że przede wszystkim szukają winnych ci,
        którzy nie chca dostrzec swojej winy. Bardzo to wygodne zrzucic na kogoś całą
        odpowiedzialność za swoje (nieszczęsliwe) życie, powiedzieć "tan, to on, ten
        zły, przez niego to wszystko, no bo ja jestem nieskazitelna, a nawet jak mam
        jakąś małą, maluteńką wadę to i tak jestem nieskazitelna. No ale on to
        prawdziwy potwór, popatrzcie co mi zrobił/powiedział/wstaw co tam wolisz"
        • julka1800 Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 13:45
          ale Bursztynowe w 90% przypadków nie mowimy o dociekaniu, udawadnianiu winy
          przed Sadem za sam "rozpad" malzeństwa /typu: Ty jestes winny bo rozrzucales
          skarpety, Ty jestes winny bo seks z Toba nie był satysfakcjonujący lub Ty
          jestes winna bo zle gotowałaś ogórkową , Ty jestes winna bo dzieci nie były
          dopilnowane w szkole/
          lecz o dociekaniu, udawadnianiu winy przed Sadem winy za to ze ktos dopuscił
          sie cudzołóstwa i konsekwencji
          • bursztynowe Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 15:10
            dokładnie odwrotnie, przed sądem udowadniasz rozpad małżeństwa na trzech
            płaszczyznach, możesz też zrobić krok dalej i obarczyć winą partnera z taki a
            nie inny stan rzeczy...

            Przedmiotem sprawy rozwodowej nie jest zdrada, lecz rozwód.
            Nie jest natomiast przedmiotem rozprawy wygaśnięcie więzi emocjonalnej, bo sąd
            nie ma umocowania do rozpatrywania kwestii duchowych, emocjonalnych i
            moralnych. Dla przypomnienia, system prawny, a sądy stanowią jest fundamentalny
            element, ma niewiele wspólnego z moralnością i nawet szeroko pojętą
            sprawiedliwością. Może tylko w filmach...
            • julka1800 Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 15:37
              jeszcze raz powtarzam ze moj tekst odnosil sie do winy za popełnienie
              cudzołóstwa i konsekwencji czyli rozwodu z orzeczeniem winy

              bo czyz nie jest tak ze osoba ktora dopuscila sie zdrady, udowodniono jej to,
              jest stroną winną.

              I masz rację przedmiotem sprawy rozwodowej nie jest zdrada, lecz rozwod,
              przedmiotem orzeczenia winy jednej ze stron jest udowodnienie przez druga winy
              tej pierwszej.
              • akacjax Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 17:44
                Polski sąd ma obowiązek ustalić przyczynę, a przynajmniej jej poszukać.Co nie jest równoznaczne z orzekaniem winy, wszak sąd zajmuje się tak sprawą jak o to wnosimy.
                Całe szczęście, że nie zawsze się tego(szukania przyczyn) trzyma(bo trwałoby...), choć znany jest przypadek ławnika, który jest takim aktywnym katolikiem, że zawsze chce by nie było rozwodu i szuka, szuka....
                Gdyby chodziło tylko o rozwód, to nie pytaliby o przebieg małżeństwa, ale o dowody i przebieg sytuacji od stwierdzenia rozpadu.
                Cała procedura rozwodu jest pokręcona, czy nie byłoby lepiej (tak jak w USA) nie ma rozwodu dopóki nie ma podziału majątku-czyli zakończenia wszelkich sporów emocjonalnychsmile
                Bo niby jest rozwód a tu jeszcze szarpać się czasem trzebasad
                Nasza dyskusja jest chyba dobrą lekturą dla nierozwiedzionychsmile
                Wszak to wszystko za nami.

                I przecież wszyscy wiemy, że zdrada nie jest powodem do rozwodu, tylko rozkład trwały małżeństwa.
    • bursztynowe Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 13:26
      wygaśniecie miłości to nie to samo co kradzież...
      • gosiaas25 Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 14:40
        wtrące się
        bursztynowe, prowadzisz jakąs krucjatę? smile
        • bursztynowe Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 15:06
          owszem, z filozofią kalego...

          smile
    • dobrydzien Re: Szukanie winnego... 18.11.05, 18:01

      co daje szukanie winnego

      stwierdzenia jesteś winny bo przestałeś mnie kochać

      jesteś winny bo kochasz inną kobietę

      jesteś winny bo mnie już nie chcesz


      To nic nie da, trzeba żyć dalej
      wybaczyć , zrozumieć
      i zyć dalej
      i życzyć szczęścia

    • joasia69 Re: Szukanie winnego... 19.11.05, 00:26
      Moje małżeństwo zakończyło się rowodem z winy obu stron.
      Tak jakoś wyszło.Wina była po obu stronach, czyli i po mojej takze. Dlatego
      napisałam, że winna jestem.
      Jeśli kiedyś kogoś pokocham, i ten ktoś będzie chciał wiedziec dlaczego
      rozpadło się moje małżeństwo, to będzie to wiedział.

      Ale mam jedno małe pytanie. Czy wasi byli czy obecni partnerzy wiedzą o was
      wszystko? Czy czasami nie zostawiamy czegoś dla siebie? Czegoś, co dotyczyło
      naszego poprzedniego małżeństwa?
      • tricolour Ja powiedziałem... 19.11.05, 00:35
        ... oczywiście wszystkiego sie najzwyczajniej nie da, bo do spowiedzi chodzę
        gdzie indziej.
        Powiedziłem tak, by było jasne i nie zostawiłem pola do interpretacji,
        dodatkowych dociekań, pomysłów czyli niepewności.

        Jasna rzecz, że nie zrobiłem tego na siłę - po prostu kiedys przyszedł
        odpowiedni moment, to wykorzystałem. Chyba dobrze.

        smile
      • porucznikk Re: Szukanie winnego... 26.11.05, 18:29
        joasia69 napisała:

        > Czy wasi byli czy obecni partnerzy wiedzą o was
        > wszystko? Czy czasami nie zostawiamy czegoś dla siebie? Czegoś, co dotyczyło
        > naszego poprzedniego małżeństwa?
        Teoretyzuję, bo nie mam nowej kobiety i pewnie tak już zostanie, ale nie umiem
        sobie wyobrazić, że miałbym ją wypytywać o poprzedni związek. Dla mnie jest to
        po prostu bez znaczenia. Skoro ją wybrałem, to jest właśnie TA. Szpiegowanie
        cudzej przeszłości mnie brzydzi. Nie miałbym zaufania do niej i do siebie,
        moglbym zadać jej ból, a więc co to za uczucie? Skarlałe, oparte o kontrakt.
        Dopuszczam sytuację powrotu do poprzedniego związku, gdyby to ona czuła
        potrzebę podzielenia się minionym życiem. Słuchałbym, może spełniłoby wobec
        niej jakąś funkcję terapeutyczną. Byłbym powiernikiem, przyjacielem, nigdy
        sędzią. Tak to widzę.
        por.
    • scriptus Re: Szukanie winnego... 24.11.05, 18:10
      Stara zasada, WINNI SĄ INNI !!! smile))
    • nangaparbat3 Re: Szukanie winnego... 26.11.05, 15:56
      Domyslam się, Tri, ze nie Ty jesteś winien rozpadowi Twego małzeństwa.
      Sama natomiast nie rozumiem, dlaczego zawsze trzeba szukać winnego - czasem
      uzywa sie eufemizmu i mowi o szukaniu przyczyny, co na jedno wychodzi.
      JA mam poczucie, że sie nam z byłym nie udało, ze nie dalismy rady. Ale nie dać
      rady to nie to samo, co być winnym. Nie uważam, ze on był winien, ale też ja
      sama nie czuje sie winna. Robilismy co mogliśmy, ale mimo to sie nie udało. I
      tyle. Trzeba to zaakceptować.
      Pewnie - o ile wiem - zadne z nas nie zdradziło, żadne z nas nie odeszło "do
      kogoś". Ale może tylko dlatego, że na czas się rozstalismy. Nie wiem.
      Zazwyczaj po rozwodzie większość ludzi uważa za winną tę drugą osobę, a
      przynajmniej tak o tym opowiada. To ja bym juz wolała kogoś, kto powie, że to
      była jego wina.
      • tricolour Jestem winny... 26.11.05, 16:12
        ... o czym już kiedyś wspominałem.
      • tricolour Poza tym... 26.11.05, 16:13
        ... nie rozumiem słowa "nie udało się". Czy to jakaś loteria była i nie udało
        się wygrać?
        Czy los rządzi trwałością małżeństwa?

        • nangaparbat3 Re: Poza tym... 27.11.05, 00:41
          Dlaczego los? Różne rzeczy się nie udają - nie udaje sie rozwiązać zadania,
          ugotować dobrej zupy, dogadać z własnym dzieckiem, nawlec nitki (bez okularów),
          przebiec 100 m w 7 sekund. Brakuje siły, zdolności, wytrwałości, umiejętności -
          różnie bywa. Czasem to zrządzenie losu.
          W tym tygodniu udało mi sie rozwiązać w pracy probelm, który wydawał sie
          nierozwiazywalny - i udało mi się dzięki zbiegowi okoliczności. Oczywiscie też
          sie starałam, ale akurat zbieg okolicznosci miał decydujace znaczenie. więc
          jeśli moze tak być, to czasem może być i w drugą stronę.
          Z nami było tak: ja mam trudnego ojca, on - trudną mamę. Wybralismy sobie osoby
          bedące dokładnym przeciwieństwem rodziców. Ale okazało się, że w małżeństwie
          jednak oczekujemy, że to drugie bedzie choć w części pasować do wzorca - jego
          mamy i mego taty. A to sie nie dało.
          To jest oczywiscie racjonalizacja, ale sądzę, że dużo w tym prawdy.
          Był taki moment, kiedy dotarło do mnie, że on chciałby, żebym zachowywała się
          jak jego mama. Pamiętam jak pomyślałam wtedy - nigdy, bo to śmierć. Żeby nasze
          małżeństwo przetrwało, musiałabym przestac być sobą, stać się zupełnie inną
          osobą - a tego robic nie wolno, to też jest zdrada. Poza tym nie sądzę, że to
          na dłuższą metę by pomogło.
          Moj były ma teraz dziecko z panią zupełnie do mnie (psychicznie) podobną, i tak
          samo związek ten sie rozpada, tylko duzo szybciej niż nasz.
          • tricolour Najczęściej... 27.11.05, 00:48
            ... nie pisze postów, by kogos celowo dotknąć, czy zmusić do opowiadania o sobie.
            Mam ochotę do refleksji, a tą trudno w klimacie żartobliwym.

            Stąd owa "wredność", której wielu nie lubi...

            Co do historii z Twojego życia - to miałbym ochote zasadzic rodzicom (swoim)
            wielkiego kopa w dupę, że nie nauczyli mnie patrzeć na kobiete z perspektywy
            odpowiedzialności, prawdomówności, troski, opiekuńczości, jasnych relacji itp.
            Wtwdy nie trzeba losu, który bedzie łaskawy, a małżeństwo sie uda.

            Tego można nauczyć - swoim przykładem.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka