wena10
25.04.06, 17:46
Mam koleżankę, dziewczynę miłą, z zasadami, moralną w pełni tego słowa
znaczeniu.Mężatka od dwóch lat. Dom w remoncie. Brak dzieci. Jej małżeństwo
było dotąd poukładane, choć bez zbytnich wzlotów, twierdzi, że "zawsze
bardziej czuła się kochana niż kochała" i za mąż wyszła odrobinę z rozsądku,
pod presją narzeczonego. Ogólnie mężowi nie może niczego złego zarzucić i
byłaby dokończyła przy jego boku swego żywota, gdyby...
No właśnie, poznała kogoś innego. Z dalekiego miasta. I tu nastąpiło
olśnienie. Bo rozumieją się doskonale, nadają na tych samych falach, słowem,
bez rozwlekania tematu, dwie połówki. On już życia sobie bez niej nie
wyobraża. Nadmieniam, że sam ma rozłażące się małżenstwo, bez dzieci.
A ona? Czuje się podle, bo oszukuje męża, bo nie mówi mu prawdy, bo on ją
nieziemsko kocha i widząc, że coś z nią nie tak, jest wyjątkowo dobry i
starający się.
Ale kości zostały rzucone. Jej życie już się zmieniło i nic nie będzie takie
same...
Dziewczyna płacze, pytając: "Dlaczego mnie to spotkało?", jakby stało się
jakieś straszne nieszczęście.
No własnie? Stało się czy nie???
Może ktoś był w takiej sytuacji? Czy jest jakieś idealne wyjście? Kierować
się sercem czy rozumem?
Sama jestem kobietą po przejściach, ale słowo daję, nie wiem, co jej
doradzić. To nowe uczucie przysparza jej takich cierpień, że żal na nią
patrzeć...