Dodaj do ulubionych

Moż coś doradzicie...

25.04.06, 17:46
Mam koleżankę, dziewczynę miłą, z zasadami, moralną w pełni tego słowa
znaczeniu.Mężatka od dwóch lat. Dom w remoncie. Brak dzieci. Jej małżeństwo
było dotąd poukładane, choć bez zbytnich wzlotów, twierdzi, że "zawsze
bardziej czuła się kochana niż kochała" i za mąż wyszła odrobinę z rozsądku,
pod presją narzeczonego. Ogólnie mężowi nie może niczego złego zarzucić i
byłaby dokończyła przy jego boku swego żywota, gdyby...
No właśnie, poznała kogoś innego. Z dalekiego miasta. I tu nastąpiło
olśnienie. Bo rozumieją się doskonale, nadają na tych samych falach, słowem,
bez rozwlekania tematu, dwie połówki. On już życia sobie bez niej nie
wyobraża. Nadmieniam, że sam ma rozłażące się małżenstwo, bez dzieci.

A ona? Czuje się podle, bo oszukuje męża, bo nie mówi mu prawdy, bo on ją
nieziemsko kocha i widząc, że coś z nią nie tak, jest wyjątkowo dobry i
starający się.
Ale kości zostały rzucone. Jej życie już się zmieniło i nic nie będzie takie
same...
Dziewczyna płacze, pytając: "Dlaczego mnie to spotkało?", jakby stało się
jakieś straszne nieszczęście.
No własnie? Stało się czy nie???
Może ktoś był w takiej sytuacji? Czy jest jakieś idealne wyjście? Kierować
się sercem czy rozumem?
Sama jestem kobietą po przejściach, ale słowo daję, nie wiem, co jej
doradzić. To nowe uczucie przysparza jej takich cierpień, że żal na nią
patrzeć...
Obserwuj wątek
    • tricolour Co tu doradzać... 25.04.06, 17:52
      ... małżeństwo to nie zabawka i jest na dobre i na złe. Szczególnie, że mąż jest
      OK. Zresztą może go zostawić, a jest szansa, że ten nowy też ją porzuci dla
      jeszcze lepszej...

      Poza tym zapraszam ową koleżnakę na forum, bo nie jestem przekonany do zdalnej
      pomocy.
      • wena10 Re: Co tu doradzać... 25.04.06, 18:01
        Tri, ona nie ma internetu sad
        Dziewczyna byłaby pewnie gotowa ponieść tę ofiarę i zerwać nową znajomość, ale
        to tylko w tej kategorii - ponieść ofiarę. Czy mając jedno życie, nie warto iść
        za głosem serca? Tak hipotetycznie - poszlibyście?
        • tricolour Nie. 25.04.06, 18:25
          Nie poszedłbym. Nie mam jednego życia i za zachowanie będą wyciągnięte konsekwencje.

          I nie widzę sensu użalać się nad Twoją znajomą i mówić, że jej wybór to
          ponoszenie ofiar. Każdy wybór to straty i zyski.
          • wena10 Re: Nie. 25.04.06, 18:32
            Dziękuję Ci za odpowiedź, tym bardziej, że chyba (ale tak na pół gwizdka) w
            duchu przyznaję Ci rację.
            Nie użalam się nad nią, tylko próbuję pomóc, coś doradzić, bo ona tego
            potrzebuje...
            Zastanawiam się, co powiedziałabym swojej córce, gdyby przyszła kiedyś tam do
            mnie z takim problemem...Nie mogłabym sobie pozwolić na zdrowy dystans z
            przyczyn oczywistych. Czy umiałabym jej powiedzieć: Dziecko, skończ te
            fanaberie, nie zawracaj głowy i ani się waż? Widzac jej miotanie się?...
            • tricolour No to z tego wynika... 25.04.06, 18:41
              ... że uważasz małżeństwo za rzecz rangi pralki automatycznej i jak sie model
              znudzi tudzież zepsuje, to wymieniasz go na nowy.
              Co tam przysięga - można przysięgać na wszystkie świętości sto razy i za nic
              mieć własne zdanie. Tak?

              No tak wynika jeżeli zastanawiasz sie nad zmianą męża (dla koleżanki) bo nowy
              jest ładniejszy.
              • wena10 Re: No to z tego wynika... 25.04.06, 19:15
                To co mówisz, przemawia do mnie. Powiem jej to jako głos w dyskusji (możesz
                mieć czkawkę smile).

                Ale ona się boi, że przesiedzi resztę życia przy mężu z nosem na kwintę, bo ich
                związek będzie się opierał tylko na jej litości. Dlatego czuje się w potrzasku
                i szczerze rozpacza.

                Łatwo się rozstać, gdy on/ona jest drań, pije, bije, zdradza i trwoni majątek.
                Pełno nas tu takich.
                A może uczciwiej jest odejść, gdy nie zabrnęło się za daleko w nihilizm
                małżeński? Popatrz na Scri (przepraszam, że go tu przywołuję, wybacz, Stary,
                jeśli to czytasz): fajnie mu być z żoną, która go nie chce?
                • tricolour Całe szczęście, że mnie nie ochrzaniłaś... 25.04.06, 19:29
                  ... za bezpośredniość smile)

                  Jak wlazła w potrzask wcześniej chodząc po lesie, to niech sie czuje jak w
                  potrzasku. Poradzi sobie, bo w najgorszym razie weźmie rozwód, a do tego daleka
                  droga. Musi wszak być trwały rozkład małżeństwa, a do tego czasu może ten nowy
                  facio spowszednieje nieco.
                  I się wtedy zobaczy.

                  smile)
                • scriptus Re: No to z tego wynika... 25.04.06, 22:53
                  Zapewniam Cię, Weno, że fajniej byłoby być z kochającą żoną, niż z taką, która
                  nie kocha. Czy z tego powodu mam od niej odejść? A może to ona powinna odejść?
                  Cóż, jeżeli Ona tak uzna, nie mogę Jej powstrzymywać. Jeśli zechce, odejdzie. Ja
                  jednak przysiągłem być jej mężem, partnerem na dobre i złe, opiekować się nią w
                  każdych okolicznościach. Czy nie złamałbym danego słowa, gdybym odszedł??

                  Być może moja sytuacja jest podobna do sytuacji męża Twojej koleżanki. Czy
                  doradziłabyś mojej żonie, żeby odeszła? A może to mąż Twojej Koleżanki powinien
                  od Niej odejść?

                  Zostawiam Was z tym dylematem. Z tego wynika,.... że to facet powinien
                  podejmować trudne decyzje, brać za nie odpowiedzialność, w razie czego to on
                  będzie winien sad
          • berek_76 Re: Nie. 27.04.06, 21:33
            > Nie poszedłbym. Nie mam jednego życia i za zachowanie będą wyciągnięte konsekwe
            > ncje.

            Tri, czy ja już Ci kiedyś mówiłam, że Cię kocham? smile
            Jak ja chciałabym, żeby ludzie częściej tak uważali...

            No dobra - wpadłam, wyznałam uczucie i spływam z powrotem do doktoratu. Ale
            podniosłeś mnie na duchu na dzisiejszy wieczór smile

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
            • tricolour Mówisz mi to pierwszy raz... 27.04.06, 23:43
              ... a i jesteś jedną z nielicznych osób, które w ogóle mi to mówią... Niesamowite.

              smile)
    • hela74 Re: Moż coś doradzicie... 25.04.06, 19:21
      w takiej sytuacji zostałabym z mężem, bez dwóch zdań.
      • wena10 Re: Moż coś doradzicie... 25.04.06, 19:43
        Dzięki, Hela. Takie jednoznaczne stwierdzenie też dużo onaocznia smile
        • wena10 Tri... 25.04.06, 19:45
          Ja miałabym Cię ochrzaniać za bezpośredniość? A dlaczegóż?
          Bardzo Ci dziękuję, że ze mną porozmawiałeśsmile
          • tricolour Niektórzy nie lubią rozmawiać otwarcie... 25.04.06, 20:14
            ... lubią przeinaczać, kręcić, czują sie obrażeni, że ktos ma czelność mysleć
            inaczej...
            • wena10 Re: Niektórzy nie lubią rozmawiać otwarcie... 25.04.06, 20:36
              No właśnie...A czy moja koleżanka powinna porozmawiać otwarcie ze swoim mężem?
              Czy potrzebna mu taka szczerość, która odbierze mu powietrze?
              • tricolour Jeżeli ona porozmawia z mężem... 25.04.06, 20:57
                ... to jej będzie o tyle lżej, a ile ciężej będzie mężowi.

                Nie lubie załawiania spraw kosztem innych. Moim zdaniem Twoja koleżanka powinna
                umiec radzić sobie sama z takimi sprawami.
                • to.ja.kas Re: Jeżeli ona porozmawia z mężem... 25.04.06, 21:10
                  Tri, wspaniałezasady moralne. Dziewczyna posłucha, zostanie z mężem, najpierw
                  będzie czuła do męża litość, potem żal a potem złość i w końcu nienawisc bo
                  przez niego nie mogła być ze swoją miłością. To bardzo prawdopodobny scenariusz.
                  Prawdopodobny również jest taki, ze odsunie męża od łoża, nie będzie dawać
                  czułości bo, w końcu męża nie kocha. I mąż będzie szczęśliwy uważasz? A ona?
                  Czy Twoim zdaniem w życiu liczy się TYLKO poczucie obowiązku????
                  Nie wiem co ma zrobić i niec nie radze przyjaciółce autorki wątku.
                  Nie wiem na ile dobrze zna tego nowego człowieka, na ile mu ufa, na ile ufać mu
                  można? Na ile ufa mężowi i CZY JEST SZANSA na to by znów go pokochała?
                  To trudna decyzja i obarczona wysokim ryzykiem, jakiej decyzji by nie podjela i
                  dawanie rad jednoznacznych jest bezmyślne. Jesteście w stanie wziąć na siebie
                  odpowiedzialność za czyjeś spieprzone zycie??? A tu chodzi o trzy osoby. I nie
                  ma jednego, dobrego rozwiązania.
                  • tricolour Mój pierwszy post zacząłem od zdania... 25.04.06, 21:28
                    ... "Cóż tu doradzać" - co oznacza, że nie ma co doradzać. Potem pisałem, co JA
                    bym zrobił gdyby trafiła mi sie super dziewczyna "nadająca na tych samych falach".

                    O to pytała autorka wątku.

                    Nikomu nic nie doradzam tym bardziej, że wcale nie wdaję sie w poważne gadki z
                    "pośrednikami".
                  • hela74 Pisałam 25.04.06, 21:42
                    co ja bym zrobiła, przyjaciółka autorki wątku zrobi, jak uzna za stosowne. Nie
                    mem zamiaru "brać odpowiedzialności za czyjeś spieprzone życie", bo nie ja
                    biorę w nim udział.
                    • wena10 Tri, Hela, Kas... 25.04.06, 22:18
                      Bardzo, bardzo Wam dziękuję za Wasze opinie.
                      Kas, trudno się nie zgodzić i z Tobą i właśnie takie argumenty moja koleżanka
                      przytacza: co będzie, jeśli zostanie z mężem z litości i z poczuciem, że
                      zmarnowała szansę.Czy to jedyny dobry wybór? I dla kogo dobry?
                      Tri, naprawdę ratowałbyś, a raczej utrzymywał, niesatysfakcjonujące małżeństwo
                      tylko w imię zasad, gdybyś spotkał (mimochodem, przypadkiem, bez poszukiwań)
                      kobietę "nadającą na tych samych falach"? Wszak wszystko się może w życiu
                      zdarzyć...
                      • tricolour Mnie nie interesują kobiety spotykane mimochodem.. 25.04.06, 22:33
                        ... przypadkiem bez poszukiwań. Lubię zdobywać, a to wiąze się z wysiłkiem.
                        Tylko wtedy znajomośc jest cenna i godna szacunku dla niej i dla siebie.

                        Twoje pytanie mało mnie dotyczy, ale oczywiście mógłbym sie kimś zauroczyć. O
                        ile znam siebie, to zauroczenie byłoby bardzo silne i trwałoby z tydzień, a góra
                        miesiąc. Uważasz, że mogę poznać kobietę w miesiąc? I wiązać jakieś nadzieje, plany?
                  • wika_77 malzenstwo powinno byc po 2 latach od zareczyn ;o) 13.06.06, 17:42
                    Haja,

                    Im dluzej czytam te wszystkie nasze fora, tym bardziej dochodze do wniosku, ze
                    jesli 2je ludzi decyduje sie na bycie razem (czyli moment zareczyn) to
                    zdecydowanie od tego momentu decyzji powinni jeszcze na kocia lape pozyc razem
                    i dopiero potem przystepowac do organizowania slubu... moze to by troche
                    rozwiazalo problem takich nieodpowiedzialnych zwiazkow......
                    ;o)
      • joanna591 Re: Moż coś doradzicie... 05.05.06, 02:32
        ja kiedyś tak zrobiłam,zostałam z mężem,a po 5 latach rozwiedliśmy się z powodu
        jego zdrady i paru innych powodów0
      • joanna591 Re: Moż coś doradzicie... 09.06.06, 16:26
        Tak też zrobiłam kilkanaście lat temu,zostałam z mężem ale czy dobrze zrobiłam?
        Podobnie jak przyjaciółka weny spotkałam swoją miłość w trakcie małżeństwa.Nie
        ośmieliłam się jednak zniszczyć dwóch małżeństw swojego i jego.
        Z bólem serca zerwałam kontakty.I co po 10 latach w miarę szczęśliwego
        małżeństwa,okazało się,że mąż spotkał swoją drugą połówkę,chociaż mówił,że to
        ja nią jestem.Widać ta druga była lepszą połówką dla niego.
    • czekolada72 Re: Moż coś doradzicie... 25.04.06, 22:35
      Wybaczcie, ze sie wrace i nieco chaotycznie, alem własnie jest swiezo po
      wymianie armatury.....

      Mam meza, poslubionego z rozsadku, ktory kocha mnie bardziej niz ja jego, a ja
      jestem osoba dorosła i nikt siłą mnie przed ołtarz nie ciągnął, nikt karabinu
      nie przystawiał - wiedziałam co robię. I teraz poznaje faceta i chce wszystko
      rzucic w diabły? - czyli znudziły mi sie zabawki - zmieniam piaskownice!
      A nowy facet temu przyklasnie, tak?
      A jaka mam gwarancje, ze za pol roku nie poznam kogos z kim jeszcze bardzij bede
      nadawac na tych samych falacj? Albo facet nie pozna?
      A skad pewnosc, ze małzonek nie domysla sie?

      Nie absolutnie nie - moge sie rozstac z mezem jezeli jest draniem, zneca sie
      nade mną, ale nie dla kaprysu!

      Ale to MOJE zdanie, a kazdy inny moze miec wlasne "ZA" czy "PRZECIW"
    • tricolour A może sprzątnąć męża... 25.04.06, 23:07
      ... bo troszkę, widzę, przeszkadza naszej bohaterce. Po sprzątnięciu nalezy
      zadbać o zwłoki i gdzieś zakopać, ale tak, by nikt nie znalazł.

      I w ten sposób rozpocznie sie sielanka...

      smile
      • to.ja.kas Re: A może sprzątnąć męża... 25.04.06, 23:22
        Coś Wam opowiem.
        Pojechałam na ryby.Taki zwykły dzień.Siedziałam na brzegu zaspana, zwłaszcza,
        ze goście wyszli po nocy.Złowiłam karpia i usłyszałam "gratuluje". Na brzeg
        stał sympatyczny facet i tak zaczelismy rozmawiac o łowieniu.Prawda, ze
        niewinnie? W końcu nic złego. Zaprosił mnie na łowienie na łódkę, poszłam z
        przyjaciółką. I...myslałam jak Ty Tri....zauroczenie które potrwa tydzień, góra
        miesiąc. On od razu niemalże wiedział, że to wyjątkowe uczucie. Po roku...
        jesteśmy razem. Tri nie chciałam tego, jak cholera nie chciałam. I broniłam
        sie.I nie miałam na tą obronę siły. MInęło trochę czasu i ja ciągle sie
        upewniam, każdego dnia, że to ten. Mimo, że naprawde trudno skruszyć mur wokół
        mnie. Jest mi jak w niebie.On zeznaje, że jemu też smile Codziennie jest lepiej i
        nic nie jest w stanie nam zepsuc tego odczucia bycia z kims w pełni.

        Tri.. Twoje sugestie....są niesmaczne.
        Nigdy nie pomyślałam o jego zonie, że najlepiej byłoby ją sprzatnąć i pozbyć
        się zwłok.
        Jesli na tej terapii nauczyli Cie wypisywana takch cynicznych głupot to ja tej
        terapii bym nie poleciła.
        • tricolour Czy ja dobrze rozumiem... 25.04.06, 23:24
          ... że rozbiłaś małżeństwo?

          Bo jeżeli rozbiłaś, to mój cynizm na forum jest niczym wobec Twojego zachowania.
          • to.ja.kas Re: Czy ja dobrze rozumiem... 25.04.06, 23:29
            Tri..o tym, że jestem z facetem który ma jeszcze żonę pisałam od pierwszego
            wątku bodajże chyba gabrieli. Nigdzie tego nie ukrywałam, że On ma żonę?
            Poczytaj wątek o alimentach. Czy rozbiłam???? Chyba sami się o to postarali
            kilka lat wczesniej. I na to ja wpływu nie miałam.
            Tri...facet to nie worek ze złotem by go ukraść. Wierz mi.
            • tricolour Ja nie w kontekście worka... 25.04.06, 23:36
              ... który można ukraść.

              Poczytaj wątki wstecz. Wypowiadają się dziwczyny, które zostały porzucone przez
              mężów, bo ci znaleźli sobie nowe obiekty adoracji. Te porzucone dziewczyny piszą
              "szmaty", "kurwy" o tych paniach, które zabrały im męża.
              Nie jest ważne, czy małżeństwo waliło się latami - ocena jest i tak miażdżąca
              bez względu na okoliczności. Ocena często niesłuszna, a może nawet bezpodstawna,
              ale straszna i tak.

              I nie jest to moja ocena - podkreślam.
              • to.ja.kas Re: Ja nie w kontekście worka... 25.04.06, 23:43
                Wiesz, to co piszą obce osoby na forum i jakiego słownictwa uzywają mało mnie
                interesuje. Chyba nie sadzisz, że swoje życie będę układać pod dyktando kogoś
                kto używa tego rodzaju okresleń na inne osoby. Proszę Cie, to tak jakbyś Ty się
                przejmowal opiniami niektórych forumowiczów, żeś np. prostak, cynik, bufon.
                Martwi Cię to? Nie sądzę. Żyjesz i zachowujesz sie wg własnych wzorców. Ty
                wiesz CO Tobą powoduje, JAKA jest prawda o Tobie itp. Ja znam szczegóły,
                podstawy, koleje, zaułki mojego związku I wybacz guzik mnie obchodzi co pisze
                na forum o mnie ktoś kto tak niewiele wie o mnie i moim zyciu.
                • tricolour Albo nie rozumiesz, albo udajesz... 25.04.06, 23:50
                  ... bo ja o tym, że żona Twojego obecnego faceta może cierpieć po jego stracie.
                  Nie jest dobrze budować szczęście na czyjejś krzywdzie.

                  Nie chodzi też, by układać sobie życie pod dyktando innych. Chodzi o to, by nie
                  żyć KOSZTEM innych.

                  Rozumiem, że znasz wersję swojego faceta o jego nieudanym małżeństwie. Czy znasz
                  też wersję żony? Są spójne?
                  • to.ja.kas Re: Albo nie rozumiesz, albo udajesz... 26.04.06, 00:00
                    Nie wiem czy sa spójne. Kilka razy miała okazje ze mną porozmawiać. Nie
                    unikałam tego. Nie skorzystała.Nie narzucałam sie również z rozmową. Wybacz
                    Tri, ale fakt bycia mego faceta ze swoją Żoną czy też JEgo Żony z nim to ich
                    sprawa i ustalali to we dwoje. Nie siedziałam i nie podsłuchiwałam jak
                    rozmawiają. Czasem słyszę ich rozmowy telefoniczne, czasem to co mówią Jego
                    dzieci, co mówi On i jakies wnioski wyciągam.
                    I tyle.

                    • to.ja.kas Re: Albo nie rozumiesz, albo udajesz... 26.04.06, 00:05
                      I jeszcze jedno, uszanowałabym każda jego czy też ich decyzję. Jeśli chciałby
                      wrócić do żony nie kiwnęłabym palcem by mu w tym przeszkodzić.
                      Jest dorosłym człowiekiem który SAMODZIELNIE decyduje jak i z kim chce żyć.
                      Ona również. I ja też. Odszedł z wielu powodów, z wielu powodów, ja byłam
                      jednym z nich. Napewno. Ale nie jedynym. Ona nie walczyła niego, również z
                      wielu powodów, lepiej lub mniej mi znanych.
                      • tricolour To facet ma fajnie... 26.04.06, 00:12
                        ... robi co chce, a jego kobiety godzą się na każdą decyzję "pana i władcy". Nie
                        uważasz, że związek to także odpowiedzialność i nie można sobie nagle pójść?

                        A gdzie szacunek do siebie, konsekwencja jeżeli facet nagle może machnąć ręką na
                        Ciebie, a Ty nic nie powiesz.
                        • to.ja.kas Re: To facet ma fajnie... 26.04.06, 00:18
                          Oczywiscie ze nie powiem! A co ma powiedziec kochanie wiem, nie chcesz byc ze
                          mna, ale prosze zostan. Z litosci." Sorry Tri, zanim bym kogokolwiek błagała o
                          to by ze mna chciał byc, z litosci na sie chyba bym wczesniej sie udusiła
                          własnym jezykiem.
                          Ja moge miec nadzieje, ze nasze uczcie bedzie zawsze. Że on bedzie kochał mnie.
                          On, ze ja bede kochała jego. Staramy sie nauczeni naszymi poprzednimi porażkami
                          dbac o ten związek. Bardziej nawet on niz ja.
                          I zdecydowanie nie jest to typ "pana i władcy" Jeśli juz ktoś ma w tym związku
                          zadatki na małego dyktatora to raczej ja sad
                    • tricolour Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 00:09
                      ... tak wziąć i porozmawiać. Tamta kobieta może czuć się przegrana i jest jej
                      wyjątkowo trudno w ogóle z Tobą rozmawiać na jakikolwiek temat.

                      Ciekawe zresztą co bys jej powiedziała... że Ci smutno i przykro? Tylko co z tego?
                      A może że jest "jak w niebie"?

                      Nie ma o czym rozmawiać... Szkoda też dzieci.
                      • to.ja.kas Re: Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 00:14
                        Pewnie, że szkoda i jej i jego i dzieci i mojej córki i mnie i może nawet
                        mojego męża.
                        Pewnie jej trudno ze mną porozmawiać. Nie przeczę. Może tak się czuje? Bardzo
                        prawdopodobne. Ale przegrana dlaczego? Bo pokochał mnie? Jako małżonkowie
                        powinni czuc sie przegrani obydwoje. Obydwoje spieprzyli małzenstwo które
                        obiektywnie oceniająć miało wszelkie szanse na sukces. Przegrali je trochę
                        wcześniej zanim ja sie pojawiłam. To co ja obserwowałam to była już agonia.
                        • anja_pl Re: Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 08:39
                          to.ja.kas napisała:

                          > [ciach] To co ja obserwowałam to była już agonia.

                          a ty tylko wyrwałaś poduszkę spod głowy...
                          • to.ja.kas Re: Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 08:44
                            Tak Anja wyrwałam, dobiłam, zamordowałam to małżeństwo.
                            Niech i tak wygląda to w Twoich oczach. NIC nie wiesz o ich związku, ani o
                            moim. Wiesz zdecydowanie MNIEJ niż ja, ale tak szybko wydajesz opinię, że to
                            przerażające.
                            Nie chce mi sie pisać epistoły na temat "jak to wyglądało". Długa by była u po
                            cholerę.
                            Niech będzie, że to ja jestem zła. Jakoś przeżyję smile
                            On też wstrętny bo powielać życia scriptusa nie chciał i poświęcić na ołtarzu
                            małżeństwa szczęścia, uśmiechu, radości i PRAWDY. A prawda była taka - nie
                            kochali się już. A to łobuz cholerny, no jak tak mógł !!!
                            • phokara Re: Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 09:42
                              to.ja.kas,
                              cholera, tak czytam, co piszesz na tym forum i naszla mnie ochota, zeby Ci
                              powiedziec, ze madra z Ciebie baba. Tyle.

                              Co do tematu watku. Hela napisala krotko, ze nie ladowalaby sie w nowa
                              znajomosc i zajela mezem. Tez napisze krotko - a ja bym sie ladowala. Ale ja
                              bym tez nie wyszla za kogos kogo bym nie kochala, jak cholera. Ile ludzi, tyle
                              zdan.
                              Kolezance radze najpierw zajac sie soba i odpowiedziec sobie na pytanie czego
                              JA chce. Czego bede bardziej zalowac - straconej szansy na 'cos' (bez wiedzy,
                              ile to tak naprawde jest warte) czy rozwalenia malzenstwa, ktore nie daje mi
                              tylu emocji, ilu potrzebuje. To jest tylko jej zycie i to ona bedzie ponosic
                              konsekwencje wlasnych wyborow. Czy beda oplacalne, to sie niestety dopiero
                              okaze po latach, ale cholera tak juz durnie jest ten swiat urzadzony. A moze
                              wcale nie tak durnie...

                              • to.ja.kas Re: Bo to trudna sprawa... 26.04.06, 09:51
                                Phokara dziękuję smile))
                                To chyba tzw. mądrość nabyta. 34 lata, koszmarne małżeństwo i niezły zmysł
                                obserwacji oraz niechęć (to po małżęństwie) nie umartwiania się w imię zasad i
                                unieszczęśliwiania zarówno siebie jak i innych byle tylko związek utrzymać.
                                Zasada "byle jaki byle był" jest już teraz mi w tej chwili cholernie obca.
                                I sprawdza się lepiej w życiu niz moja postawa poprzednia pt' muszę utrzymać to
                                małżeństwo wbrew wszystkiemu , bo przysięgałam".
                              • tricolour Phokaro, a czy mogłabys napisać... 26.04.06, 15:55
                                ... co uważasz za posunięcie mądre?
                                Pytam zupełnie serio, by porównać nasze rozumienie mądrości wyborów.
                                • phokara Re: Phokaro, a czy mogłabys napisać... 26.04.06, 18:17
                                  Moglabym, choc nie wiem dlaczego chcesz porownywac nasze rozumienie 'madrosci'
                                  wyborow. Bedzie kompletnie inne, zreszta na szczescie dla Ciebie, bo ja zawsze
                                  powtarzam, ze jestem niezle trzepnieta, wiec sam rozumiesz.
                                  Wracajac do tematu - ja opowiadam sie po stronie szczerych emocji (tu juz
                                  pewnie moglabym epopeje napisac co to dla mnie znaczy) a nie trwania w
                                  ukladzie, w ktorym ich nie ma. Co nie znaczy, ze malzenstwo traktuje lekko i
                                  niepowaznie i jak mi sie znudzi to sobie uciekam. To nie jest zabawa, ale to
                                  nie jest tez pokuta i klatka, w ktorej mam sie kisic zeby nie wiem co. Szanuje
                                  ludzi, ktorzy potrafia dochowac przysiegi - czesto 'za wszelka cene'. Dla mnie
                                  ta cena jest moje zycie TU i TERAZ i to zbyt wysoka stawka, zeby ja placic za
                                  letnia herbate serwowana przez dziesiat lat.
                                  I tak naprawde to jest zasadnicza roznica w naszych osadach. Ja nie rozumiem
                                  (choc podziwiam) ludzi, ktorzy zeby odzyc czekaja na 'zycie po zyciu'. To jest
                                  kwestia wiary i nie zamierzam na ten temat dyskutowac. Osobiscie wiem, ze to
                                  zycie - w takim wcieleniu (zreszta bardzo je lubie) drugi raz sie nie powtorzy.
                                  Dlatego staram sie je przezyc, a nie przetrwac. Co jednak wcale nie oznacza, ze
                                  skrajnie hedonistycznie, raczej humanitarnie... ale nie ofiarnie. No w kazdym
                                  razie nie jako ofiara losu, a nawet jesli to nie dozywotnia.
                                  Jesli zas chodzi o wybory - to kazdy ma prawo korzystac z wolnej woli JAK UWAZA
                                  - rozliczac sie bedziemy indywidualnie. Jak z PIT-a.
                                  • tricolour A co zrobiłabyś... 26.04.06, 19:34
                                    ... w sytuacji z tego wątku gdyby okazało się, że mąz Cie kocha. Ty jesteś
                                    zauroczona nowym mężczyzną, a mąż - nic o tym nie wiedząc - po prostu żyje w
                                    nieświadomości i kocha.

                                    Też opowiedziałabyś sie po stronie swoich szczerych uczuć?
                                    • phokara Re: A co zrobi?abys´... 27.04.06, 10:42
                                      Wiesz, tu juz wchodzimy w czysto teoretyczne dywagacje, chyba bez sensu. Trudno mi sobie
                                      wyobrazic siebie w sytuacji z tego watku, bo jak pisalam nie bardzo sobie wyobrazam, ze sie z
                                      kims wiaze bez calkowitego zaangazowania - to wazny skladnik tej historii a byc moze nawet
                                      kluczowy (moim zdaniem).
                                      W ogole trudno mi sobie wyobrazic, ze kobieta, ktora kocha meza sie tak latwo 'zaurocza'
                                      nowym mezczyzna i to zauroczenie (fatalne?) rozciaga sie w czasie. Taka sytuacja pokazuje, ze
                                      emocjonalne zaangazowanie tej kobiety w zwiazek jest srednie. Tyle.

                                      Jesli chodzi o pytanie... to ja sie zawsze opowiadam po stronie szczerych uczuc - nie tylko
                                      swoich zreszta. Wiec druga czesc Twojego pytania nie ma niejako racji bytu - bo maz NIE zyje
                                      w nieswiadomosci. Moim zdaniem, jak sie chce angazowac uczuciowo w nowego mezczyzne
                                      (wolny wybor) to trzeba miec odwage to jasno powiedziec mezowi, a nie sie bujac w prawo i w
                                      lewo szacujac potencjalne zyski i straty. To nie fair. Druga strona ma prawo wiedziec, bo wtedy
                                      moze jakkolwiek zareagowac i zawalczyc. Jak maz nie chce wiedziec (jak wyczytalam ponizej)
                                      to moim (podkreslam MOIM) zdaniem jest cieniasem nie facetem, co tylko potwierdza, ze mi
                                      jest sie naprawde trudno odnalezc w sytuacji z tego watku, bo ja bym za taka sierote w zyciu nie
                                      wyszla.

                                      I jeszcze cos. To juz do bohaterki watku. Zastanow sie dziewczyno, co jestes w stanie dac
                                      swojemu mezowi, jesli z nim zostaniesz. Czy potrafisz wypelnic ten zwiazek czyms
                                      prawdziwym, czy poczucie zalu (ze cos stracilas - i to pewnie poczucie narastajace, bo nastapi
                                      klasyczna idealizacja kochanka) Cie przytloczy i jak bumerang bedzie walic w Twojego meza
                                      dzien po dniu?
                                      A tak z doswiadczenia... nie zakladaj, ze nowy mezczyzna bedzie Twoim ksieciem z bajki, na
                                      wieki wiekow. Juz lepiej, jak zalozysz, ze nic z tego nie bedzie. Nie traktuj nowego pana jak
                                      szalupy ratunkowej... bo sie cholera utopisz.


                                      • to.ja.kas Re: A co zrobi?abys´... 27.04.06, 10:54
                                        UFFFFF ŚWIĘTE SŁOWA. i TY PISZESZ ŻE TO JA MĄDRA BABKA???? Nie to TY mądra
                                        babka!
                                        • phokara Re: A co zrobi?abys´... 27.04.06, 11:14
                                          No wiesz... jest jeszcze opcja, ze obie jestesmy dwie glupie baby. haha.
                                          • to.ja.kas Re: A co zrobi?abys´... 27.04.06, 11:42
                                            podoba mi sie taka głupota smile
                                          • tricolour Lubię szerokie horyzonty... 27.04.06, 23:17
                                            ... śmiałość w wyrażaniu opinii i dystans do siebie.

                                            tongue_outP
    • anja_pl Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 08:38
      weno, ja bym została z mężem,a z tamtym zerwała wszelkie kontakty, łacznie z
      ewntualna zmianą pracy i nr telefonów
      • brzoza75 Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 09:23
        do tytułowego pytania tylko...
        weno, czasem w życiu bywa tak że docenia się to co ma się obok siebie dopiero
        po utracie bliskiej osoby,w tym wypadku męża, a co jeśli za parę miesięcy od
        odejścia ona zapragnie do niego wrócić? nie jesteśmy w stanie przewidzieć ani
        doradzić takie jest moje zdanie, najgorsze w tym wszystkim jest to że wokół
        słysze sporo takich historii i wiesz 80% przypadków kobiet zostaje z mężami,
        dlaczego?
        • 1madzia Re: pytanie retoryczne 26.04.06, 11:57
          Dlaczego wartościowy, wierny...facet spotyka kobietę, której niestabilna dusza
          nie jest gwarancją trwałości związku, jaki tworzy z wybranym przez siebie
          (sic!) mężczyzną.
          Dlaczego wartościowa, wierna... kobieta spotyka faceta, lubiącego skoki na
          boki...
          Czy to siła przeciwieństw ? Czy to prawo równowagi biologicznej?

          A gdyby ich tak wymieszać, połączyć...
          • crazysoma Re: pytanie retoryczne 26.04.06, 13:53
            A ja mysle ze pytanie co kolezanka powinna zrobic nie jest takie czysto
            retoryczne. Cos sie stalo w Jej zyciu, stalo, zadzialo i dzieje i juz nie da
            sie tego odkrecic. Miala pecha czy wielkie szczescie ze Ja to spotkalo? To sie
            okaze. Mnie tez sie cos takiego przytrafilo w zupelnie idiotycznym miejscu,
            najmniej spodziewanym by spotkac swoja druga polowe. Szok, olsnienie, itd. nie
            wnikajac w szczegoly wiem ile kosztuje zwalczenie tego obezwladniajacego
            uczucia i poczucia (nie wiadomo skad) ze z tym kims poszloby sie boso na koniec
            swiata i byloby sie obrzydliwie szczesliwym. Ale ja nie poszlam bo byl maz
            dziecko, zreszta ten ktos tez nie byl sam. Podjelam decyzje ze nie wchodze w
            to. Przeplakalam milion bezsennych nocy, chcialam kochac meza ale wciaz przed
            oczami stawal mi ktos inny. Przysiegam ze ze swej strony zrobilam wszystko zeby
            zwalczyc to uczucie i zeby nie wyrzadzic mezowi krzywdy (co najwyzej sobie
            samej). I co stalo dalej, jakies 8 lat pozniej? moj maz spotkal pewna "kobiete"
            kiedy ja bylam z nim w ciazy zaplanowanej na ktora sie cieszyl, kiedy bylo
            miedzy nami tak dobrze ze tylko nam pozazdroscic (to jego slowa). Owa "kobieta"
            ktora spotkal nie miala takich skrupolow jak ja (ba, patrzac na jej poczynania
            byla i jest bezwzgledna, dbajaca o wlasny tylek osobka) zrobila wszystko
            (wlacznie z szantazem, urojonymi depresjami, blaganiem o milosc, "odbieraniem"
            sobie zycia itp) zeby byc z moim "szczesliwym" mezem. ona zrobila wszystko, on
            nawet palcem nie kiwnal zeby zawalczyc o nasze malzenstwo. mysle ze od ich
            pierwszej wspolnej nocy postanowil nas zostawic. Przed ludzmi udawal (bo co
            powiedza) ze jestesmy razem, de facto bywal w domu uprac skarpetki bo biedaczka
            pralki nie miala... kiedy juz sobie poszedl tyle razy zastanawialam sie
            dlaczego zwalczylam szanse na szczescie u boku czlowieka ktory oddalby za mnie
            zycie dla kogos takiego jak on. Kogos kto nigdy tak naprawde mnie nie kochal.
            czy zaluje? i tak i nie. tak - bo moze (MOZE) druga taka szansa sie nie
            powtorzy, nie - bo moge sobie spojrzec w twarz i nie czuc obrzydzenia nawet
            jesli tylko ja mam z tego satysfakcje i jeszcze dlatego ze moja corka przez te
            8 lat miala "rodzine".
            Ale balabym sie powiedziec Twojej Znajomej co powinna zrobic. Kazdy ma swoje
            zycie i kazdy sam podejmuje decyzje. Dla mnie w calej tej sytuacji duuuuuze
            znaczenie ma fakt ze maz Ja kocha.
            Tri i Anja nie osadzajcie kogos tak stanowczo. Zycie (jak sam Tri wiesz) nie
            jest tylko dwukolorowe i bywa w nim roznie. Dojrzalosc polega na codziennym
            dokonywaniu wyborow ale sa sily i rzeczy na ktore mamy minimalny wplyw. Ja wiem
            ze gdyby moj maz byl zupelnie innym czlowiekiem, w zyciu nie zalowalabym ze
            zostalam z nim ale nie byl i nie jest.
            Tak sobie mysle ze Twoja znajoma powinna porozmawiac z Mezem nawet jesli bedzie
            bolalo. Jesli jest Jej przyjacielem a Ona mimo wszystko jest jednak wobec Niego
            w porzadku powinien postarac sie zrozumiec co czuje. I wcale nie jest
            powiedziane ze taka rozmowa skresla wszystko.
            Pozdrawiam.
    • karrolina1 Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 14:23
      Zostalabym z mezem.
    • bellima Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 14:52
      > Ale kości zostały rzucone. Jej życie już się zmieniło i nic nie będzie takie
      > same...
      > Dziewczyna płacze, pytając: "Dlaczego mnie to spotkało?", jakby stało się
      > jakieś straszne nieszczęście.
      > No własnie? Stało się czy nie???


      Nikt jej nie doradzi właściwie, bo cokolwiek zrobi bedzie musiala SAMA wziac
      odpowiedzialnosc za to co bedzie potem.
      A przede wszystkim- nikogo ona nie uszczesliwi sama bedac nieszczesliwą.
      Jesli zostajac z mężem będzie tesknic za kochankiem,.. jesli odchodzac do
      kochanka nie bedzie umiec pozbyc sie pogrązajacych wyrzutow sumienia wobec
      porzuconego męza, ... itd - to z żadnym z nich nie bedzie szczesliwa.
      Dlaczego ją to spotkało?
      Coz, nierozsądnie wychodzi się za mąz "z rozsądku"... potem miłosć traktuje się
      jak nieszczęście. Problem w jej głowie i akceptacji siebie, wiedzy, czego sama
      chce od życia. Obecnością bez miłości, ani miłoscią bez obecności, zadnego z
      nich nie uszcześliwi, siebie też nie. Pytanie czy kocha, i kogo.



      • wena10 Wielkie dzięki! 26.04.06, 16:10
        Kochani, bardzo wszystkim dziękuję za wyrażenie opiniii. Całosć wydrukowałam
        mojej koleżance, bo idealnie bym jej tego nie przekazała. Z wielką ciekawością
        przeczytała wczorajsze rozważania, jutro dam jej ciąg dalszy.

        Wiecie, ja bym pewnie dobrego męża nie zostawiła. Ale mówię tak, bo mój był
        Piotrusiem Panem i niebieskim ptakiem, przy którym czułam się jak w zwariowanej
        karuzeli. Gdy się go pozbyłam, odetchnęłam. Dlatego mój punkt widzenia jest
        uwarunkowany moim doświadczeniem.
        Na chwilę obecną moja koleżanka nie ma ochoty wracać do domu, atmosfera się
        bowiem zagęszcza coraz bardziej...

        Powiem Wam jeszcze tylko, jakie jest aktualne stanowisko jej męża. Widząc, że
        coś się dzieje z jego żoną, że jest nieobecna duchem i nie pozwala się dotknąć,
        poprosił ją, by NIE MÓWIŁA MU PRAWDY (przedtem ona wyraziła mu swoje obawy, co
        do swoich uczuć do niego, bez opowiadania o nowej znajomości). On się jej boi
        (prawdy) i woli żyć w nieświadomości.Tak bardzo kocha żonę.
        Mój obecny M. stwierdził, że to wyjątkowy objaw niedojrzałości, by nie rzec
        głupoty.
        Co sądzicie na ten temat? Bardzo proszę o opinię...
        • bellima Re: Wielkie dzięki! 26.04.06, 16:36
          Hm.. Miłosc i stnieje tylko w prawdzie.
          osobiscie, nie znosze gdy komus "zalezy na mnie" ale juz niekoniecznie na
          prawdziwym zwiazku ze mną(porozumienie,wspolnota uczuc). nawet jesli nazywa to
          miloscia do mnie.
        • tricolour Może facet potrzebuje czasu... 26.04.06, 19:38
          ... by jakos oswoić się z myślą, że coś złego sie dzieje...

          A jak chcesz sprawdzić swojego M. to powiedz mu, że z Wami koniec - wtedy
          zobaczysz czy Twój facet jest przeciwieństwem "niedojrzałości, by nie rzec
          głupoty". Jakos łatwo przyszła mu skrajna ocena na podstawie skąpego materiału,
          co w moim rozumieniu może być objawem "niedojrzałości, by nie rzec głupoty".

          tongue_outPP
    • maheda Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 18:28
      Nieodpowiedzialność rodzi cierpienie.
      Związanie się węzłem małżeńskim z drugim człowiekiem to olbrzymia
      odpowiedzialność, a Twoja koleżanka w momencie wychodzenia za mąż - zdaje się -
      kompletnie tego nie brała pod uwagę. Potraktowała swojego męża jak maskotkę,
      zapewniającą poczucie bezpieczeństwa i "puchatość" życia.
      Skrzywdziła Go potwornie, wychodząc za Niego. Nie wiem, czy lepszym wyjściem
      jest trzymanie się przysięgi, czy może zerwanie tego małżeństwa. To już musi
      ocenić ta koleżanka sama.
      Co mnie jednak najbardziej uderza w tej całej sytuacji - to potworny egoizm
      Twojej koleżanki. Myślę, że nie bardzo liczą się dla Niej uczucia jednego czy
      drugiego pana. Wygląda to tak, jakby najważniejsze były dla Niej jej własne
      uczucia i odczucia, i właśnie wokół tego koncentruje się wszystko. Nie wokół
      odpowiedzialności. Nie wokół moralności. Nie wokół zasad i nie wokół realiów.
      Wydaje się, że dla Niej liczy się to, czy czuje się dobrze, czy nie.

      Człowiek to istota, która potrafi opanować do pewnego stopnia swoje popędy,
      instynkty. Czyli - bardzo chcę zobaczyć tego faceta, którego poznałam w zeszłym
      tygodniu, bo jest wyjątkowy - ALE - nie zobaczę się z nim, i wymazałam go już ze
      swoich kontaktów, bo mam męża, który kocha mnie, któremu przyrzekłam wierność i
      miłość do końca życia, a ten nowy facet może stanowić zagrożenie. Nie jest to
      oczywiście proste, ale im wcześniej się podejmie taką decyzję, tym łatwiej.
      Czy ta Twoja koleżanka to Człowiek? Z zasadami, jak mówisz, i moralna w pełni
      tego słowa znaczeniu?!

      Mówisz, że Twoja koleżanka nie podejmowała żadnych decyzji, że "samo jakoś tak
      wyszło". Otóż - przepraszam - absolutnie w to nie wierzę. Podjęła szereg
      decyzji, umniejszając każdorazowo znaczenie owych mikro-decyzji, rzędu "spotkać
      się czy nie", "odebrać telefon czy nie", "rozmawiać bardzo osobiście, czy w
      miarę oficjalnie". Teraz jest w sytuacji, którą spowodowały JEJ WŁASNE DECYZJE.
      Jest taka fantastyczna książka Brandena "Sztuka świadomego życia". On właśnie w
      tej książce napisał m.in. to, że ludzie zbyt często wyłączają świadomość tego,
      co robią, lub co się wokół nich dzieje, i potem ze zdziwieniem mówią "to
      naprawdę JA uderzyłem żonę?... nie wiem, co mnie opętało!", "to naprawdę JA
      zdradziłam męża?... zupełnie nie wiem, jak do tego doszło", itd.
      Ręce opadają... Pomijam tutaj oczywiście postawę męża koleżanki oraz kochanka
      koleżanki. To są odrębne tematy, i nie o tym była mowa w pierwszym poście -
      niech się ta Twoja koleżanka zajmie samą sobą, w miejsce analizy postawy męża
      czy kochanka.

      Co do już konkretnej odpowiedzi na pytanie - uważam, że nie powinno zaczynać się
      niczego nowego, bez zakończenia starego. Ciągnięcie dwóch srok za ogon uważam za
      zwyczajnie nieuczciwe.

      Pamiętasz "Małego Księcia"? Zdania o oswojeniu i o odpowiedzialności? Jakoś tak
      mi się nasuwają...
      • wena10 Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 19:14
        Mahedo, z tą nieodpowiedzialnością - zgoda, niech będzie, ale nie potworny
        egoizm. Ona szczerze cierpi, czuje się winna jak cholera, uważa się za tą złą i
        za krzywdzicielkę. Wie, że jest niuczciwa. Gdyby była bezwzględna czy wyłącznie
        myślała o sobie, poszłaby w diabły do tego nowego faceta. Mówię, że ma zasady i
        jest moralna, bo ją znam nie od dzisiaj.
        TO SIĘ PO PROSTU STAŁO.Jak wiele rzeczy w życiu. Gdybyśmy nad wszystkim
        potrafili zapanować, świat byłby idealny, a już na pewno relacje międzyludzkie.
        • wena10 Tricolour... 26.04.06, 19:54
          Zapytałam naturalnie mojego M., co zrobiłby gdyby usłyszał ode mnie tatkie
          słowa. Może odgrywał gieroja, ale powiedział, że wolałby najgorszą prawdę niż
          życie w kłamstwie. Nawet mnie lekko ukłuło, gdy dodał, że uszanowałby moją
          decyzję i na pewno się do mnie nie przykuł (ech, nadziejo)...

          Pewnie każdy z nas, ludzi po przejściach, miał taki moment, gdy przymykał oczy
          na prawdę (czasem okrutną) w naszych związkach (tych rozpadniętych-patrz tytuł
          forum)...Tylko pokażcie mi choć jedną osobę, która dobrze na tym wyszła...
          • tricolour Ja też wolę najgorszą prawdę... 26.04.06, 20:14
            ... ale najchętniej wolałbym nie mieć okazji do słuchania "najgorszych prawd".

            smile)
        • maheda Re: Moż coś doradzicie... 26.04.06, 20:56
          Owszem, w życiu wiele rzeczy się PO PROSTU DZIEJE - po prostu uderza piorun, po
          prostu wylewa rzeka po dużej ilości opadów, po prostu ktoś choruje na raka - to
          wszystko są poważne kataklizmy i nie mamy na nie wpływu, póki co.
          Niemniej jednak - można zainstalować sobie piorunochron, można zbudować dom tam,
          gdzie rzeka nie wyleje, można też robić sobie badania genetyczne.

          W tym wypadku - jak już mówiłam - absolutnie nie wierzę, że TO SIĘ STAŁO i nie
          dało się temu zapobiec, i wątpię, że pomogą tutaj jakiekolwiek Twoje argumenty.

          Miłość nie pojawia się nagle. Owszem, zdarza się każdemu, że spotykamy na swojej
          drodze kogoś, do kogo żywiej uderza nam serce - ale jeśli jestem z kimś
          związana, to elementarna uczciwość i zasady moralne właśnie, o których tak
          szeroko piszesz, nakazują albo zerwanie kontaktów z takim człowiekiem, albo ich
          radykalne ochłodzenie, jeśli nie można ich całkowicie uniknąć - ze względu na
          uczciwość małżeńską.

          Twoja koleżanka przypomina dziecko bawiące się zapałkami, żałujące poniewczasie,
          że pali się Jej dom, las i biedulka nie wie, co z tym zrobić. Twoja koleżanka
          nie jest jednak już dzieckiem (przynajmniej metrykalnie) i powinna była się
          zastanowić PRZED zacieśnianiem kontaktów z tym nowym panem, a nie teraz żałować
          palących się lasów.
          • berek_76 Re: Moż coś doradzicie... 27.04.06, 21:39
            Maheda - ja się pod Tobą podpisuję, czym mogę.

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
      • hela74 Lepiej nie mogłaś tego ująć 26.04.06, 20:09
        całkowicie się z tą wypowiedzią zgadzam. Przecież nie zakochujemy sie od razu,
        możemy być zauroczeni, ale do miłości potrzeba dużo więcej. Takie drobiazgi
        właśnie, jak np. czy podać mu/jej swój numer telefonu, czy rozmawiać bardziej
        prywatnie czy oficjanie itd. Facet ma sam rozchodzące się małżeństwo i zamiast
        ratować je albo przynajmniej spróbować, po krótkiej znajomości z nową kobietą
        stwierdza, że nie wyobraża sobie życia bez niej, a gdzie tutaj jakakolwiek jej
        lub jego uczciwość wobez jej męża?! Ona przed poznaniem go nie była przecież w
        separacji.To wygląda mniej więcej tak:
        Facet, który sam ma jeszcze żonę w taki czy inny sposób podrywa kobietę,
        wcześniej czy później dowiaduje się, że ona jest mężatką i co robi? Brnie w to
        dalej, żadnych hamulców- egoizm w czystej postaci, przy czym egoistyczni są
        oboje, a bohaterka dodatkowo skrajnie nieodpowiedzialna. Jak się tak głębiej
        zastanowić, to na miejscu jej męża chyba nie chciałabym jej za żonę, bo wydaje
        się, że facet wart jest dużo więcej niż ona sobą oferuje. Jedno jest pewne, że
        skrzywdziła go bardzo.
      • tricolour Maheda ma rację... 26.04.06, 20:16
        ... a te małe decyzje wiodące do "niechcianego" celu nazywają sie fachowo
        decyzjami pozornie nieistotnymi.
        • wena10 Okej, okej, okej :-) 26.04.06, 20:34
          Ale, ale, ale...
          Moja koleżanka brnąc w tę nową znajomość, zapełniła nią sobie pustkę, której
          nie umiał/nie chciał zapełnić jej mąż. Dwa lata prosiła go i tłumaczyła mu,
          czego potrzebuje i na czym jej zależy w związku między dwojgiem. Ale wiecie,
          jak to jest: teoria sobie, a praktyka sobie. Ona go prosiła: Zrób dla mnie coś
          miłego, a on jej mył samochód smile (To oczywiście metafora.)
          Więc żyła sobie i myślała: Cóż, mężczyźni pewnie tacy są po prostu (mąż jest
          jej pierwszym partnerem, nie miała żadnego doświadczenia). I cieszyła się tym,
          co miała.
          Aż do momentu, który wywołał tu tak burzliwą dyskusję.
          • tricolour I teraz musi wybrać... 26.04.06, 20:40
            ... i bardzo dobrze. Skończyło się dzieciństwo.
          • maheda No nie... 26.04.06, 20:43
            a nie mogła Mu powiedzieć "miłą rzeczą dla mnie by było nie [umycie samochodu],
            wolałabym, gdybyś: a) zrobił mi niespodziankę, kupując kwiaty albo bilety do
            kina; b) zrobił mi masaż i nie chciał potem niczego więcej; c) przytulił czasem
            przy swojej rodzinie; d) kupił coś z biżuterii; e)... - wybierz, co Ci
            najbardziej odpowiada i zrób to jak najszybciej, bo mi tego strasznie brakuje"?...
            Najpierw mówi "zrób coś miłego", a potem ma pretensje, że facet robi to, co sam
            uważa za miłe?
            Wybacz, weno, ale to był akurat słaby argument.
            • tricolour A ja czasem sie zastanawiam... 26.04.06, 20:45
              ... czy to aby nie Wena jest tą koleżanką z kłopotami....

              tongue_outP
              • to.ja.kas Re: A ja czasem sie zastanawiam... 26.04.06, 20:50
                Tri...a jesli nawet to guzik Ciebie i nas powinno to obchodzić. Będzie chciała
                sama powie.
                • tricolour Mów za siebie... 26.04.06, 20:53
                  ... bo mnie czasem obchodzą różne rzeczy i niekoniecznie zgadzam sie ze zdaniem
                  wiekszości.

                  smile
                  • to.ja.kas Re: Mów za siebie... 26.04.06, 20:54
                    To wiem. szkoda, ze wtykasz czasem nos w nie swoje sprawy.
                    Jedno mamy wspolne. Mnie tez mało interesuje zdanie wiekszosci.
                    • tricolour A w czyją sprawę wetknąłem nos... 26.04.06, 20:57
                      ... bez pozwolenia drugiej strony? Kto napisał na publicznym forum o swoich
                      sprawach i zażądał milczenia od innych uzytkowników?

                      Proszę o odpowiedź.
                      • to.ja.kas Re: A w czyją sprawę wetknąłem nos... 26.04.06, 21:00
                        Wena ppisze wyraznie, ze sprawa tyczy sie jej kolezzanki. A Ty zaczynasz
                        prowadzic sledztwo czy to aby prawda, bo moze to nie koleżanka tylko Wena.
                        Prosił Cie ktos o krzewienie takich niesprawdzonych informacji?????
                        • tricolour Tak się zacietrzewiłaś... 26.04.06, 21:02
                          ... że nawet nie wyczuwasz żartu...
                          • to.ja.kas Re: Tak się zacietrzewiłaś... 26.04.06, 21:04
                            Mowisz????? Ale gapa ze mnie.b
            • to.ja.kas Re: No nie... 26.04.06, 20:49
              Maheda wszystko piękne co piszesz. Wspaniałe. Ale wiesz co jest jedna z rzeczy
              które zachwycają mnie w mooi związku? Empatia. I zrozumienie
              On wie, że mycie samochodu sprawi mi przyjemnosc bo dla mnie jezda do myjni to
              gehenna. Ale wie, że "coś miłego" naprawdę to mus byc kolacja, wyjazd, spacer,
              teatr. I nie musze mu ani o tym mowic, ani przypominać, ani pisac na kartce i
              przyczepiać do lodowki by miał w zasięgu wzroku. I nie dziwię sie
              kobietom/mężczyznom, że za takim porozumieniem tęsknią.
              Jakby mi ktos kiedys powiedział, że moze byc tak idealnie to bym nie uwierzyła.
              Podejrzewam, że koleżanka weny właśnie sie przekonała, że idealnie byc moze. A
              z tego trudno zrezygnowac.
              • tricolour Bardzo bronisz koleżanki Weny... 26.04.06, 20:56
                ... bo sama wypatrujesz analogii do swojego związku. Twój związek jest
                nielegalny prawnie więc podobna sytauacja jest Ci bardzo na rękę... w kupie siła.

                tongue_out
                • to.ja.kas Re: Bardzo bronisz koleżanki Weny... 26.04.06, 20:59
                  Nie Tri...staram sie byc przeciwwagą. Poza tym, pewnie rzeczywiscie jakieś
                  analogie są. Tylko takie, że On byl formalnie związany, a ja byłam formalnie
                  wolna. W kupie sila??? Tri.... jakbym moje siły miala czerpać z aprobaty tego
                  czy innego forum musiałabym miec chyba nierowno pod sufitem !!! smile)))
                  Ale rozbawiłeś mniesmile
                  Bez odbioru smile)))))
                  • tricolour Mnie by nie bawiło... 26.04.06, 21:04
                    ... gdyby moja kobieta miała męża, a tym mężem byłby inny facet.

                    Widać mamy różne poczucie humoru.

                    smile
                    • to.ja.kas Re: Mnie by nie bawiło... 26.04.06, 21:08
                      Ty mne bawisz Tri...nie Jego Żona. Do niej mam wiele uczuć od szacunku po brak
                      zrozumienia, czasem złość, czesto obojętność, ale nie śmieje się z niej.
                      Z Ciebie Tri...jak czytam co piszesz smieje sie często.
                      Ale to dobrze Tri.... świat od smiechu robi się piękniejszy smile)))

                      Padam z nóg

                      Dobranoc.
                      • tricolour To dobrze... 26.04.06, 21:09
                        ... bo juz myślałem, że jestem za poważny na swój wiek...

                        Miłej nocy.
                  • likusia1 Re: Bardzo bronisz koleżanki Weny... 26.04.06, 21:12
                    bez sensu są te wzajemne oskarżenia i przepychanki.
                    W zyciu trzeba dokonywać wyborów i być cholernie odpowiedzialnym i
                    konsekwentym.
                    Mi się nie udało z małżeństwem, zostawiłam wzór cnót, chodzący ideał czyli
                    mojego męża dla kogoś kogo za chwilę odtrąciłam i nigdy nie kochałam.
                    Ale nie piszę tego po to, żeby się nad sobą użalać, bo tak naprawdę ta lekcja w
                    życiu wyszła mi na dobre - mi samej. W to wierzę



                    • tricolour A jak może nie być przepychanek... 26.04.06, 21:18
                      ... kiedy moja rozmówczyni twierdzi, że nalezy kierować sie emocjami i jak
                      zawieje z lewej, to sie męża rzuca, bo drugi facet taki idealny...

                      Fakt - mogę nie polemizowac z takim sądem.
                • wena10 Tricolour (II)... 26.04.06, 21:05
                  No co Ty... Nie opisuję swojej historii, bynajmniej. Skąd ten pomysł?
                  Zbyt żarliwie ją usprawiedliwiam? Nie, pytam Was o opinię, bo lubię słuchać.I
                  szanuję cudze zdanie.
                  Poza tym dlatego, że to ja jestem przy niej i widzę, jak dziewczyna się miota.
                  Ma 26 lat, życie przed nią...
                  • tricolour No żartowałem... 26.04.06, 21:06
                    ... mnie czasem tez naprawdę zdarza się zażartować, ale widzę nieumiejętnie...

                    tongue_out
                  • wena10 Re: Tricolour (III)... 26.04.06, 21:08
                    A jeśli mi nie wierzysz, poszukaj innych moich wypowiedzi na tym
                    forum...Bardziej udzielałam się zaraz po założeniu go przez Jarkoniego smile
              • maheda Re: No nie... 26.04.06, 21:11
                Wszystko piękne, co piszesz, to.ja.kas.
                Widzisz, ja również poznałam Drugiego, gdy byłam jeszcze mężatką. I również
                gdzieś tam zawirowało, było wiadome, że jest to ktoś dla mnie bardzo wyjątkowy.
                Z tego też powodu - jak długo byłam mężatką - NIGDY nasze kontakty nie wysunęły
                się poza granice zwykłego koleżeństwa. On mnie wręcz wspierał w moim byciu z
                Eksem, gdyby nie On, to rozwiodłabym się półtora roku wcześniej, do dwóch.
                Uwierz, że naprawdę jestem dumna, że nie oszukiwałam swojego ówczesnego męża,
                który świetnie wiedział o istnieniu tego, który obecnie jest moim Drugim,
                wiedział, że może mi ufać, w sensie, że jeśli będę chciała, to odejdę, ale na
                pewno nie będę swojego męża zdradzać czy oszukiwać.
                Wierz - albo nie - nie było między moim wtedy Przyjacielem a mną niczego
                nagannego - znaliśmy się i rozumieliśmy, natomiast nie działo się między nami
                nic, czego nie mógłby zobaczyć/usłyszeć mój ówczesny mąż.
                Potem była moja wyprowadzka od męża - ale - zaznaczam - nie Drugi był powodem...
                Drugiego poznałam, gdy zaczynałam życie na własną rękę, bez męża, i to On
                również przekonał mnie, że warto do męża wrócić i spróbować jeszcze raz
                wspólnego życia, próbując odbudować to, co się pogubiło w międzyczasie.
                Po mojej wyprowadzce od męża, dopiero po roku zaczęliśmy ze sobą być - w sensie
                miłości już, w sensie bycia parą.
                I jest to coś, co zachwyca mnie w moim związku - że nie muszę się go wstydzić,
                wiedząc, że nigdy ani jednego, ani drugiego nie oszukałam.
                Idealnie być nie może - przekonaliśmy się oboje z Drugim o tym boleśnie jakiś
                rok temu z okładem - było kilkumiesięczne nieporozumienie, oddzielenie, spięcie.
                Ale wróciliśmy do siebie wzajemnie, decydując się na zbudowanie czegoś, czego
                podwaliny - Miłość - zostały nam dane, a o co wcale nie prosiliśmy - niemniej
                jednak - co sami zbudowaliśmy, dzień po dniu wznosząc malutkie cegiełki - na
                początku koleżeństwa i przyjaźni, potem miłości. Potwornym marnotrawstwem wg nas
                byłoby to odrzucić w imię wygody czy egocentryzmu, w imię tego, że nie jest
                idealnie.
                Staramy się być odpowiedzialni - za siebie, za drugiego człowieka. Nie zawsze
                jest to łatwe, ale zawsze jest to piękne, kiedy się udaje.
                Dla mnie to o wiele bardziej cenne, niż przemijający zachwyt konkretnymi cechami
                drugiego człowieka, który jest wszak zmienny i tych cech może za czas jakiś nie
                posiadać.
                Ale się rozpisałam uncertain
                • likusia1 Re: No nie... 26.04.06, 21:16
                  Maheda... dobrze się rozpisałaś
                  smile
                  • likusia1 Re: No nie... 26.04.06, 21:19
                    przepraszam, poprzednio chciałam napisać, że dobrze sie stało, że sie tak
                    rozpisałaś
                    • wena10 Do Likusi 26.04.06, 21:29
                      Likusia, przepraszam za wścibstwo, ale w jakim sensie ta lekcja wyszła Ci na
                      dobre?
                      • likusia1 Re: Do Likusi 26.04.06, 21:52
                        na początek zacytuje kogoś z tego forum: bo nic nie dzieje sie przypadkiem.
                        Nietrafione wybory też nie są dziełem
                        przypadku...
                        Zyskałam szacunek do siebie samej, w końcu nikogo ale przede wszystkim samej
                        siebie już nie oszukuje... nie uciekam
                        uwierzyła w siebie (tu się kłaniają moje kompleksy, które zamiast rozpoznawać
                        przez te lata pogłębiałam ze świadomym i nieświadomym udziałem i wsparciem
                        mojego męża) uwierzyłam w swoje zasady, które jednak mam i staram się o
                        równowagę każdego dnia, chociaz jak pewnie wiesz, nie jest to łatwe.
                        Za kilkanaście dni mam pierwszą sprawę rozwodową, psychicznie bardzo się do
                        tego przygotowuje... bardzo, bo to co łączyło i nadal łączy mnie z moim mężem
                        to tzw. toksyczna miłość. Kiedyś jak będziesz chciala napiszę więcej, na razie
                        nie czuje się na siłach.
                        Pozdrawiam
    • tk_s Re: Moż coś doradzicie... 27.04.06, 00:02
      Wreszcie ciekawy wątek, ale się naczytałemsmile
      Moje zdanie jest takie: koleżanka wyszła za szybko za mąż, wiele kobiet (i
      mężczyzn) popełnia ten błąd, bo wydaje się im, że już sobie nikogo nie znajdą,
      albo, że to chyba ten, albo, bo już czas, albo rodzice naciskają, że chcieliby
      wnuczki, albo bo chodzicie już ze sobą 5 lat itd. A prawdziwe życie zaczyna się
      w momencie, kiedy wiemy do czego w życiu dążymy, czego oczekujemy od partnera
      itd. Dlatego, mimo zastrzeżeń wielu osób, uważam, że powinna zostawić męża
      (możliwie jak najmniej boleśnie dla niego). Jeśli zostanie z nim, jej
      frustracja tylko wzrośnie i będzie owocować patologiami typu depresja, odstawka
      etc. Myślę, że z szacunku dla tego człowieka (a wydaje się, że na to zasługuje)
      należy powiedzieć mu prawdę. Sam byłem w odrobinę podobnej sytuacji i jestem
      zadowolony, że skończyło się a nie ciągnęło...
      Jestem gotów bronić tej opinii, no, ale oczywiście decyzja i odpowiedzialność
      za nią spada na przyjaciółkę.
      --------------------------------------------------------
      Wszyscy jesteśmy trochę odchyleni. Bać się należy tych normalnych... (Jack
      Carter)
      --------------------------------------------------------
      • to.ja.kas Re: Moż coś doradzicie... 27.04.06, 09:13
        Właśnie. Szacunek to nie tylko pozostanie z kimś kogo się nie kocha. To nie
        litość. To nie zatruwanie życia tej osobie z którą się zostało, bo frustracje
        będą rosnąć. Szacunek to powiedzenie PRAZWDY i postąpienie zgodnie z nią.
        Ja NIGDZIE nie powiedziałam, że zmiana partnera powinna być podyktowana
        lekkomyślnością i zauroczeniem kimś nieznajomym. Nie wiem skąd co niektórzy
        wyciągnęli takie wnioski?
        Skąd ta opinia, że kochać to można tylko ślubnego, a kochanka/kochanek to już
        co najwyżej zauroczyć potrafi? A to przecież minie!
        Maheda podziwiam Ciebie i to co napisałaś bardzo mi imponuje. Ja jednak swoje
        życie widzę trochę inaczej.
        Ja kocham właśnie za te cudowne porozumienie dusz, za empatię, za wsparcie, za
        ta wielką przyjaźń jaką od Niego otrzymała. Bo chyba nie potrafiłabym pokochać
        go gdybym najpierw się z nim tak bardzo nie zaprzyjaźniła, nie poznała, nie
        zrozumiała.
        Bycie z kochankiem/kochanką NIE WYKLUCZA PRZYJAŹNI, a przyjaźń nie wyklucza
        miłości, nawet dobrze jak w parze idą. Wiesz często obserwuję, że ludzie mają
        na swoim punkcie tzw kota, kochają się , ale się nie lubią. Ona liczy, że go
        zmieni, on, że zmieni ja. Ją denerwują drobiazgi typu nie opuszczona deska
        klozetowa. Eks mojego faceta denerwowała min. Jego troska o matkę staruszkę,
        zaznaczam, ze ona ma tylko jego, a sama jest już starowinką. To prawda
        upierdliwą momentami, ale w wieku prawie 80 lat trudno wymagać jasności
        myślenia.
        Ja w Nim nie zmieniłabym niczego, chociaż widzę jego wady np bałaganiarstwo,
        On, nie próbuje zmieniać mnie. Lubimy nasze przywary i nasze wady i kochamy
        nasze zalety i tolerujemy się. I tu jest ta róznica.
        Koleżance Weny tez radziłabym się zastanowić, czy poza miłością do tego kogoś
        czuje jeszcze sypatię, jak ocenia i na ile przeszkadzają wady i radziłabym
        DOBRZE SIĘ ZASTANOWIĆ, NICZEGO NIE SUGERUJĄC !!!!!
        • berek_76 Re: Moż coś doradzicie... 27.04.06, 21:53
          Kas, wybacz, ale co innego odejście od męża, bo się go nie kocha i nie jest się
          w stanie go oszukiwać (patrz Okudżawa "tak niekochaną twarz i log gładzi się,
          patrząc w ścianę..."). A co innego odejść, bo poznało się kogoś fajniejszego, a
          potem dorobić do tego teoryjkę o tym, jak to z szacunku do męża, do samej siebie...

          To jest pójście na łatwiznę, a nie szacunek!

          Wiem, co piszę! Walczę ze sobą prawie do krwi, żeby nie pójść na łatwiznę, żeby
          mojemu mężowi - który nie jest ideałem, który zdradził mnie, zostawił z dziećmi,
          a teraz chce wracać - nie powiedzieć "spadaj, już cię nie kocham". A nie kocham.
          jak można kogoś kochać po tym, kiedy było sie potraktowanym jak szmata, kiedy
          spał w moim własnym łóżku z inną kobietą i kiedy uparcie twierdzi że TAK WYSZŁO!

          Nie kocham... Ale miłośc to nie jest chemia. Miłość to jest trwanie, bycie razem
          dlatego, że dokonało się takiego wyboru i tam, po drugiej stronie, jest drugi
          człowiek. Nie idealny, który mnie skrzywdził, ale to jemu przysięgałam, że go
          nie opuszczę aż do śmierci. I w tej przysiędze nie było, że "pod warunkiem, że
          mi się nie zmieni".

          Więc teraz, żeby mieć szacunek do samej siebie, nie mogę sobie ot tak
          powiedzieć, że byłoby mi łatwiej i milej bez niego. Życie nie na tym polega, że
          ma być łatwiej. A prawdziwe szczęście polega nie na tym, że jest milutko i nic
          nie boli, tylko na tym, że cżłowiek wie, ze zrobił dobrze. Więc ja cały czas
          szukam drogi, co do której miałabym pewność, że jest dobra.

          Do nieba wiedzie najwęższa brama. (to zdaje się Pismo Święte)

          I cóż za dobrem świadczy bardziej niż to, że zło ma więcej czaru? (to Staff)

          Moja wolnośc kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiego człowieka (nie
          mam pojęcia, czyje to). I dlatego moja wolność wyboru szczęścia kończy się tam,
          gdzie zaczynam krzywdzić innych. Jak można być szczęśliwym mając świadomość, że
          dzieje się to kosztem czyjejś krzywdy? To jest jak... jak rośnięcie na padlinie
          uncertain Same pokrzywy i inne badziewie...

          I prędzej czy później to, co się odepchnęło, żeby tego nie widzieć - to, co
          dobre, słuszne, mądre i ludzkie - wróci rykoszetem i tak przywali między
          łopatki, że do końca życia się już nosa z błota nie wyciągnie. Co damy innym,
          kiedyś do nas wróci.

          Wiem, ze to strasznie chaotyczne, ale nie jest mi łatwo o tym pisać. Wiem, jak
          strasznie trudno jest pozostać przyzwoitym człowiekiem. Tylko że zawsze warto!
          -----------------------
          Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • 374.4w Re: Moż coś doradzicie... 27.04.06, 22:31
            To jest pytanie o granice naszego bycia sobą, kiedy zaczyna się rezygnacja z
            siebie do tego stopnia,że przestajemy istnieć. Ja w pewnej chwili stwierdziłam
            że mnie juz nie ma. Wtedy zdecydowałam sie rozwieść.
            • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 09:38
              to ja może z drugiej strony...z żoną jesteśmy 14 lat, 8 rok po ślubie. 6-letnie
              dziecko. od jakiegoś czasu małżeństwo się psuło. nastąpiło odwrócenie ról. i to
              zaczęło mnie w pewnej chwili boleć. brak seksu, brak czułości powodował że
              czułem się coraz mniej atrakcyjny i pewny swojej męskości. I wtedy poznałem
              kogoś. Kogoś, kto pozwolił inaczej spojrzeć na siebie, na miłość. Cudowne
              porozumienie, empatia, zauroczenie, potem miłość. praktycznie byłem gotów odejść
              od żony, bo czułem się niekochany. I wtedy żona dowiedziała się o wszystkim. I
              okazało się, że mnie kocha i chce być ze mną. Problem polega na tym, że chyba
              jej już nie kocham, ale nie umiem odejść, myślę że ze względu na dziecko. Poza
              tym uważam że powinienem spróbować naprawić małżeństwo, że jestem to w jakiś
              sposób winien. Tylko że nie umiem starać się naprawiać. Cały czas myślę o tej
              drugiej, nie potrafię bez niej żyć...
              • tricolour Moim zdaniem sformułowanie... 28.04.06, 09:45
                ... "nie umiem starać się" jest równoznaczne z "nie chcę".
                • groszek_73 Re: Moim zdaniem sformułowanie... 28.04.06, 10:06
                  tricolour napisał:
                  > ... "nie umiem starać się" jest równoznaczne z "nie chcę".

                  być może dotknąłeś sedna. może już nie chcę, może jest za późno...
              • phokara Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 10:11
                Prosze Pana, wydaje mi sie, ze jednak jakos Pan potrafi zyc bez tej drugiej,
                skoro tutaj pisze, znaczy sie funkcje zyciowe nie ustaly. Zawal serca mozna
                przetrwac. Oczywiscie nie wszystkim sie to udaje, prosze sie nad tym
                zastanowic, bo Pan wlasnie doprowadza do arytmii serca dwie kobiety, z powodu
                cyt: "ze sie czulem niekochany". Teraz, jak rozumiem czuje sie Pan kochany
                podwojnie... i co? I tez niedobrze? Cholera. Mam nadzieje, ze chociaz "czuje
                sie Pan atrakcyjny" i "pewny swej meskosci".
                Wiec teraz po mesku prosze sie na cos zdecydowac, a nie czekac, az samo sie cos
                naprawi, albo samo sie cos rozwali do konca.
                • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 10:35
                  phokara napisała:
                  > Prosze Pana, wydaje mi sie, ze jednak jakos Pan potrafi zyc bez tej drugiej,
                  > skoro tutaj pisze, znaczy sie funkcje zyciowe nie ustaly.

                  tamten związek się nie skończył

                  Zawal serca mozna
                  > przetrwac. Oczywiscie nie wszystkim sie to udaje, prosze sie nad tym
                  > zastanowic, bo Pan wlasnie doprowadza do arytmii serca dwie kobiety, z powodu
                  > cyt: "ze sie czulem niekochany". Teraz, jak rozumiem czuje sie Pan kochany
                  > podwojnie... i co? I tez niedobrze? Cholera. Mam nadzieje, ze chociaz "czuje
                  > sie Pan atrakcyjny" i "pewny swej meskosci".

                  proszę bez uszczypliwości. Naprawdę nie jest mi z tym dobrze.


                  > Wiec teraz po mesku prosze sie na cos zdecydowac, a nie czekac, az samo sie
                  cos naprawi, albo samo sie cos rozwali do konca.

                  wezmę to pod uwagę. dziękuję

                  • phokara Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 11:42
                    > proszę bez uszczypliwości. Naprawdę nie jest mi z tym dobrze.

                    Wiesz, wydaje mi sie, ze jesli masz przetrwac sytuacje, w ktorej tkwisz, to
                    uszczypliwosc (jak na mnie doprawdy subtelna) nie powinna Cie raczej dobic.

                    Tak sie sklada, ze ja ta sytuacje swietnie znam - tyle, ze z innej strony. I
                    tez moge napisac "naprawde nie bylo mi z tym dobrze". I wiem, jak rozwala BRAK
                    decyzji ze strony faceta. Po prostu.
                    • sinsi Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 11:55
                      zgadzam sie z tym. brakiem dacyzji pogrywa na uczuciach obu kobiet o ile gra
                      chodzi o uczucia.
                      a te masochistyczno- cierpietnicze hasla: "jestem nieszczesliwy/a bo mam
                      zone/meza i kochanke/ka, obie mnie kochają, i nie wiem ja-biedny misaczek, co z
                      tym zrobic, wiec w tym tkwię, jęcze jak mi żle, i czekam na cud" ....(do czasu
                      az któraś z nich, zraniona, z poczuciem wykorzystania, wygoni go ze swojego
                      zycia) -te hasla są... obrzydliwe i egoistyczne. za chwile bede mu/jej
                      wspolczuc ze zyje z zona/mezem a musi utrzymywac nadal kontaktu z
                      kochanka/kiem.... wrrr. boze chroń od takich miałkich partnerow.
                      • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 12:31
                        nie znasz całej historii, więc naprawdę nie oceniaj aż tak ostro...jeśli jesteś
                        przekonana, że twój partner cię nie kocha, a potem okazuje się nagle że kocha,
                        to nie jest tak łatwo przekreślić kilkanaście wspólnych lat. nie chodzi tu o
                        miałkość, tylko nie zawsze wszystko jest czarno-białe. Staram się podjąć decyzję
                        zgodną ze swoim sumieniem.
                        • sinsi Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 12:59
                          nie ma okolicznosci łagodzących dla tkwienia w małżeństwie i w konkubinacie
                          równocześnie. to co napisałeś tylko potwierdza- nie wiesz czego chcesz, jesteś
                          miałki.
                          nie wiesz co czujesz do każdej z tych kobiet?
                          ("żona mnie chyba nie kochała więc ja się zakochałem w kochance, ale w związku
                          z tym, że zona powiedziała, że mnie kocha to ja juz nie wiem czy kocham kochankę
                          czy zonę, więc póki co, pobędę sobie z obydwoma na raz, każdej powiem, że mi na
                          niej zależy, kochance żeby czekała aż się rozwiode, żonie że skończę z kochanką,
                          i się zobaczy: jak żona okaże się jednak znowu niemiła, to mam zaklepane miejsce
                          u kochanki którą trzymam w odwodzie. ach jakiż ja biedny i rozdarty jestem!" )
                          kalkuluj dalej, kalkuluj.

                          • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 13:10
                            sinsi: niestety nie umiem kalkulować. mylisz się po raz kolejny. ale rozumiem
                            twój punkt widzenia.
                            • sinsi Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 13:20
                              powiem ci tyle: nie marnuj zycia kobietom z ktorymi sie wiążesz, nie zwodz ich
                              dawaniem obu nadziei.
                              zyjac tak jak żyjesz - czujesz się tym dobrym, lojalnym i uczciwym. który "chce
                              dobrze" i "nie umie kalkulowac"? - tak nie jest.

                              przeczytaj to co napisala maheda
                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=40829982&a=40893268
                              da się? więc litości, nie jęcz, jaki to biedny nieszczęsliwie rozdarty jesteś...
                              • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 13:22
                                sinsi napisała:

                                może masz rację, może chcąc być w porządku, paradoksalnie robię dokładnie
                                odwrotnie ? dzięki sinsi smile
                    • groszek_73 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 12:29
                      phokara napisała:
                      > Wiesz, wydaje mi sie, ze jesli masz przetrwac sytuacje, w ktorej tkwisz, to
                      > uszczypliwosc (jak na mnie doprawdy subtelna) nie powinna Cie raczej dobic.

                      touche smile

                      > Tak sie sklada, ze ja ta sytuacje swietnie znam - tyle, ze z innej strony. I
                      > tez moge napisac "naprawde nie bylo mi z tym dobrze". I wiem, jak rozwala BRAK
                      > decyzji ze strony faceta. Po prostu.

                      dziękuję ci za to. to naprawdę pomaga. mówię serio smile
                      • gossamer2 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 14:47
                        pewnie przemawia przeze mnie żal czy gorycz po moich własnych przejściach, ale
                        dla mnie ci tkwiący pomiędzy niechcianą żoną/mężem a fantastycznym
                        kockankiem/kochanką są jak ci, co chcą zjeść ciastko i mieć ciastko - czyli
                        zachować dobre zdanie o sobie - jaka/i to jestem wspaniały człowiek,
                        odpowiedzialny i wzór cnót - czyli zostaje przy tym niechcianym (czerpiąc
                        jednoczesnie profity ze stabilizacji układu) i swobodnie cieszyć się nową osobą
                        nie patrząc na koszty (ponoszone przez nową osobę i poprzedniego partnera i
                        dzieci, jeśli je mają) - i do tego jeszcze chcą usprawiedliwić się we własnych
                        oczach i całemu światu, robiąć z siebie bezwolną ofiarę przypadków losowych -
                        no zdarzyło mi się - tak się panie sędzio niechcący i nienaumyślnie
                        znalazłam/łem się na stronie randkowej i tak mi się klawisz enter przypadkowo
                        nacisnął - na przykład, szkoda gadać. popieram zdanie Mahedy - skończ jedno i
                        dopiero zacznij drugie i nie czaruj wielce rozdartym sumieniem - przede
                        wszystkim siebie samego
                        • agash4 Re: Moż coś doradzicie... 28.04.06, 16:46
                          Jasne moze jeszcze ze 100 kolek doradztwa Panie groszek... Co by sie nie
                          dzialo, fakty sa takie ze to wasc masz kochanke i nieczyste sumienie. Pana
                          dylematy i wzdychanie to dowod, jaki mialki jednak Pan jest. A te pochwaly
                          typu "ojej dziekuje za porade to doprawdy pomaga", sa zalosne!!!! Brrrr.. co za
                          typ... jak najdalej od takiego czlowieka ...Obluda, mydlenie oczu (wszystkim
                          wkolo i sobie samemu z wygody) i "robienie na biedactwo", poznalam skutki na
                          wlasnej skorze ... Brzydze sie takimi jak Pan.
                          • wena10 To ja, założycielka wątku :-) 29.04.06, 11:18
                            Jeszcze raz serdecznie Wam dziękuję za tak liczne wypowiedzi w sprawie.
                            Przedrukowałam je mojej koleżance, a ona połknęła jednym tchem. Myślę, że
                            trochę ochłonęła, ale przede wszystkim ja nabrałam dystansu do sprawy i obecnie
                            szczerze odwodzę ją od wiązania się z tym drugim. Bo:
                            - spokój i stabilizacja są w życiu ważne, a nie wie tego ten, kto nie żył w
                            związku z niefajnym partnerem (a ja właśnie żyłam), na którego nigdy nie można
                            liczyć (a mąż mojej koleżanki to opoka),
                            - nie można zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu (cierpiałyby tu dwie
                            conajmniej osoby: mąż mojej koleżanki i żona tego drugiego)
                            - związek, w który wdarła się nuuuda można zawsze reanimować z dobrym skutkiem
                            (a jakże cieszy przywrócenie komuś lub czemuś życia)
                            - nic nie jest i nie ma być w życiu łatwe, bo to niczego nie uczy (nie wie tego
                            ten, kto nie chodził do szkoły smile).
    • emde74 Re: Moż coś doradzicie... 05.05.06, 09:17
      moja historia. nieciekawe małżeństwo, ale z kochającym mężem. poznałam kogoś.
      poszłam za głosem serca. najpierw po 2 tygodniach zostawił mnie ten "z którym
      się tak rozumiałam", a potem mąż znalazł inną. "ten, z którym się tak
      rozumiałam" (uważam, że naprawdę tak było) też ma inną. zostałam sama. jednak
      nie do końca twierdzę, że koleżanka robi źle. to, że oba małżeństwa są w
      rozsypce (ludzie nie zakochują się w innych, jak w ich związkach jest dobrze!),
      brak dzieci, jest pewnym znakiem, by być może iść w tym kierunku. po pierwsze:
      nie musi się skończyć jak u mnie, po drugie: iść, ale tylko jeśli oboje są
      przeświadczeni, że chcą budować ten związek bez oglądania się na bok i w
      przeszłość. pomimo moich przejść jestem "za" nowym związkiem. życie w wytartym
      schemacie nie ma sensu, mimo że wiem, że zapłacę kiedyś za to co zrobiłam, nie
      tylko tu na ziemi, gdzie już płacę tę cenę ponad rok. M.
      • agash4 Re: Moż coś doradzicie... 05.05.06, 15:39
        ach te rady... emde ma racje... dlaczego? Poniewaz opiera sie na wlasnym
        systemie wartosci. Najwazniejsze jest miec wlasny kodeks wartosci, wlasna
        klarowna misje w zyciu. Zapewniam was, ze w kazdej "watpliwej" sytuacji
        wystarczy odwolac sie do nich i jest bardzo latwo podjac decyzje. W momencie,
        gdy pytasz o zdanie forumowiczow - oznacza ze masz pustke, nie wiesz co jest
        dobre dla Ciebie. Zastanow sie, wypisz je sobie i obserwuj swoje odczucia.
        Wyobraz sobie co bedzie jutro, za piec, dziesiec lat gdy postapisz tak lub
        inaczej. Co wtedy poczujesz? Odpowiedz masz w swoim sercu, poszukaj jej
        spokojnie, zaufaj sobie.
        • tricolour Tak właśnie jest jak mówisz... 05.05.06, 15:53
          ... ale problem pojawia się wtedy, kiedy nie wiadomo co zrobić. Wtedy pytamy
          forumowiczów i prosimy o radę.
          • sunraise Niestety... 05.05.06, 22:28
            Znów jestem w kropce. Nie chciałam Wam przunudzać, ale skoro wątek ożył, to już
            powiem, co dalej.
            Otóż moja koleżanka przyznała mi się, że jej małżeństwo od dawna jej nie
            satysfakcjonuje. Nie ma namiętności, nie chce od męża czułości, nie mają za
            bardzo o czym gadać, różne filmy ich kręcą itd....
            Słowem - zwyczajnie się pomyliła w wyborze męża, tak po ludzku, myślała, że
            będzie dobrze, a nie jest. I to abstrahując od nowego faceta. On tylko pomógł
            jej zwerbalizować te rozterki.
            Napisałam powyżej, że będę ją odżegnywać od odejścia od kochajcego ją męża, ale
            jak mam to zrobić, skoro to jej małżeństwo to kicha? Mimo że nikt nie pije, nie
            bije, nie trwoni majątku...
            Jakoś nie mogę jej powiedzieć: brnij w to dajej, bo przysięga,
            odpowiedzialność, cierpienie i te inne wszystkie imponderabilia, o których tu
            mówiliśmy...
            Nie mogę, bo dziewczyna ma 26 lat, życie przed sobą. Ok, pomyliła się, brzydko,
            fuj, nieładnie, nu-nu, ale czy małżeństwo to jakaś pokuta, włosienica, która ma
            uwierać?
            Jeszcze raz podkreślam: odradzałam jej odejście od męża, ale wtedy ona
            dopowiedziała mi całą resztę o ich gnuśnym życiu. I ma się na to skazać, bo mąż
            ją tak bardzo KOCHA (nota bene obskakuje ją coraz bardziej, widząc, co się z
            nią dzieje, a ona się skręca z wyrzutów sumienia, ale honorowo twierdzi, że
            dobrze jej tak, bo to ona nakaszaniła).

            Odradzałam, ale już nie odradzam. Czy polecą kamienie?
            • sunraise Re: Niestety... 05.05.06, 22:29
              Przepraszam za zmianę nicka, ale nie chciało mi się przelogowywać. To nick z
              forum dziecięcego.
              • tricolour Niestety... 05.05.06, 22:33
                ... temat przestał być zajmujący. Ileż można gadać do obrazu?

                Poza tym nie za bardzo rozumiem wytłumaczenia "nie chciało mi sie przelogować".
                A chciało Ci się tyle pisać na darmo?
                • wena10 Tri, już się poprawiam :-) 06.05.06, 10:03
                  Bingo! Wczoraj zamknęłam komputer, bo dłużej nie mogłam już przy nim pozostać,
                  ale obstawiłam sobie: Tricolour przyczepi się do zmiany nicka. Ha!
                  I tak to jest: dla jednych liczy się problem, dla innych brak przecinka.
                  Dlatego ludzie generalnie się mijają. Ot i cała odpowiedź. Na wszystkie
                  postawione tu pytania.
                  Pozdrawiam smile
                  • tricolour Można oczywiście spłycić sprawę więc... 06.05.06, 11:47
                    ... dopowiem swoje:

                    Zmiana nicka nie jest zmianą przecinka. Nie rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy
                    na różnych forach mają różne nicki. Chęć zmiany wizerunku kojarzy mi sie z
                    jakimś brakiem odwagi, wstydem, że mnie rozpoznają tu, co napisałem tam.
                    A może pod różnymi nickami pisze się różne i sprzeczne ze sobą rzeczy? Nie wiem
                    i dlatego wytykam posiadanie różnych nicków, bo nie chcę pamiętać, że Wena, to
                    też Sunrise, a może i Plathess, czy banda innych trolli, która tutaj bywała. Bo
                    dlaczego nie? Jak się ma dwie twarze, to może jeszcze i ze trzy maski...

                    Poza tym napisałaś, że Ci się NIE CHCIAŁO przelogować. Leni też jakoś nie lubię.

                    Pozdrawiam słonecznie.
                    smile)
                    • wena10 Można oczywiście zrobić z igły widły, więc... 06.05.06, 19:09
                      powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, czyś Ty jest tricolour, nitrocolour czy
                      inny wyraz. Masz problem na forum, to na tym się skupiam. I nie zabawiam się w
                      Poirot.
                      Nie wszystkich ludzi musisz poza tym rozumieć, to chyba niemożliwe smile
                      I szkodliwe.
                      Może i jestem leniem, a może człowiekiem, który skonany wrócił z pracy, obrobił
                      dziecko i chałupę i zasiadł na sekundę pogadać na innym forum, pod innym
                      nickiem (to moje niezbywalne prawo). A gdy zajrzał i popisał i tu, byłby tę
                      pisaninę zapewne utracił, gdyby się przelogował post factum a przed wysłaniem.
                      Szkoda mi było czasu na ponowne odtwarzanie myśli. Zresztą po co? Co za różnica
                      dla Ciebie i mojego problemu jakim jestem wyrazem?
                      A za włączenie mnie do bandy (choćnie wiem jakiej, bo jak nadmieniłam, nie
                      śledzę niczyich losów forumowych)dziękuję.
                      I tak oto my tu sobie jadzik sączymy, aleś to Ty zaczął.
                      Ps. Proszę, nie odpowiadaj mi już. Z góry dziękuję.
                      • tricolour Masz prawo prosić... 06.05.06, 19:36
                        ... a ja mam prawo odmówić Twoim prośbom. I dalej zastanawiam się dlaczego
                        ludzie używają kilku nicków. Najzwyczajniej nie rozumiem tego, a chiałbym
                        dowiedzieć się co nimi kieruje.
                        Dla mnie ważne jest, że nazywam się tak, a nie inaczej, a bardzo ważne, że
                        nazywam się cały czas tak samo. Ważne jest, że tworzę swój spójny wizerunek i
                        nie rozdrabniam się na kilka części. Nie muszę dbać o właściwe logowanie i nie
                        muszę tłumaczyć, że ten drugi to też ja tylko inaczej zalogowany.

                        Sprawa bandy jest tylko konsekwencją częstych zmian twarzy, wizerunków.
                        • berek_76 Re: Masz prawo prosić... 07.05.06, 09:18
                          Tri, wydaje mi się, że wiele ośób nie za bardzo lubi ujawniać w necie swoją
                          tożsamość. Znam mnóstwo osób, które tworzą sobie ileś tam wirtualnych bytów - tu
                          jestem mamą, na innym forum rozwódką, na jeszcze innym - miłosnikiem kotów. I
                          tak dalej.

                          W pewnym sensie to rozumiem, chociaż sama bym tak nie potrafiła. To można dostać
                          rozsypania jaźni (ja widać zresztą na przykładzie różnych wielonickowych osób,
                          które w końcu zaczynają się mylić). Ja - podobnie jak Ty - to ja, niezaleznie od
                          tego, czy chodzi o moje dzieci, moją pracę czy moje hobby (no, to się zasadniczo
                          pokrywa tongue_out ).

                          Ale nie demonizowałabym tego, że ktoś występuje pod róznymi nickami. Wydaje mi
                          się, że nie zawsze kryją się pod tym brudne intencje. Czasem obawa - może i
                          słuszna - przed nadmiernym odsłanianiem się w necie.

                          -----------------------
                          Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka