1madzia
14.05.06, 21:35
Kilka miesięcy temu powiadomiłam jeszcze-męża, że ze względu na to, że w
naszym małżeństwie dzieje się tak jak dzieje, zdecydowana jestem na rozwód
(właściwie seperację). Przyjął to z godnym podziwu spokojem, co utwierdziło
mnie, że jego stanowisko wobec tego problemu pokrywa się z moim, czyli
podjęłam słuszną decyzję. Gdy pozew złożyłam w sądzie, jeszcze-mąż poprosił
mnie o rozmowę, która odbyła się między kuchnią a przedpokojem i trwała nie
dłużej niż 5 min. Temat dyskursu: ratowanie naszego małżeństwa. Konkluzja:
seperacja.
Trochę dziwił mnie jego święty spokój, ale fakt, że spodziewałam się innej
reakcji z jego strony, tłumaczyłam własną próżnością. Żadnych deklaracji, że
nas kocha (dziecko i np. mnie), że...
Aż tu nagle od wczoraj histeria z jego strony... Zdziwiona podjęłam głęboką
refleksję, cóż to wydarzyło się w naszym układzie planetarnym takiego, że mąż
się rozkleił? No i wymyśliłam: od kilku dni chodzę na intesywne
dokształcanie (o czym mąż nie wie), więc popołudniami znikam, "zabierając"
samochód, aby szybciej dotrzeć na miejsce.
Wczoraj też wróciłam do domu z pięknym bukietem kwiatów...
No i wczoraj się zaczęło: "wiem, że się z kimś spotykasz (dowód - kwiaty),
ale czy naprawdę nie moglibyśmy zacząć od nowa.."
Że seperacja w planie - nic to, że pozew w sądzie - też bez znaczenia, że
dziecko na tym ucierpi - no trudno... To go nie wzrusza.
Dostał alergii na kwiaty? Czy fakt, że samochód znika z parkingu jest taki
bolesny dla faceta?
Ot, skomplikowane meandry psychiki męskiej...