witajcie,
trafiłam tutaj w poszukiwaniu info - jak podjąć decyzję i jak w niej
wytrwać?, czy warto, jak sobie radzić, a mowa oczywiście o rozwodzie..
mam 32 lata, syna 3 letniego, mężatką jestem od 7 lat - moj mąż ma też
dziecko ze swojego pierwszego małzeństwa
to w czym mam największy problem, to fakt, że ... mam dobrego męża. Pracuje,
doskonale zarabia, uwielbia nasze dziecko (o tak, moje dziecko ma dobrego
tatę), przystojny, miły człowiek, sadzi kwiaty na naszej działce, buduje nasz
dom, nie pije... No dobrze, jest konkretny, stanowczy, zawsze on ma rację,
ale w koncu musi mieć jakieś wady przy tych wszystkich zaletach?
tylko jak to, co napisałam powyżej pogodzić z tym, co ja znam z tej drugiej
strony? czasem w moim męzu odzywa się jakiś dr Jekyll, którego nie znam i nie
jestem w stanie sobie nawet wyobrazic, ze to jest jedna osoba - moj mąż i ten
osobnik, który mnie przedrzeźnia przy innych, przy swoim prawie dorosłym
dziecku każe mi "sp..", jak zwrócę uwagę i popycha mnie tak, ze upadam i z
tego impetu łamię drzwi? albo przytula mnie na siłę, a jak go odepchnęłam, to
dostałam w ramię, tak, że byłam pewna, ze rękę mam złamaną? Nie dzieje się
tak zawsze, zwykle to bardzo dobry człowiek... raz na jakiś czas tylko
przypomina mu się, że za rzadko z nim sypiam i wtedy słyszę, że jestem do
niczego, że w życiu byłoby mu lepiej, gdyby był sam, bo ja to tylko ciężar
dla niego.
Wiem, ze ma potrzeby, słowo daję, ze staram się - ale nie zawsze mam ochotę
powinnam codziennie, zresztą jak się postaram, to i męża mam wtedy dobrego
taka "wojna" trwa zwykle 4-5 dni, a potem - mam znowu na kilka dni ideał w
domu

no, poza tym, że kontroluje, o której chodzę spać, bo jak za późno, to
wtedy seks odpada. Tylko jak go kochać normalnie, jak siedzą we mnie urazy?
tłumaczy mi, ze on tak nie myśli, że to wszystko, żeby mi dokuczyc, ale chyba
wolałabym, gdyby to bylo w emocjach niechcący, a nie tak z premedytacją ważąc
słowo po słowie i doskonale wiedząc, że robi mi przykrość
dodam, że nie jestem szarą myszką - dbam o siebie, pracuję w dużej firmie,
zarabiam nieźle (choć przy zarobkach mojego męża to nie jest kwota ogromna).
Akceptuję jego dziecko, które jest z nami w każdy weekend, ferie i miesiąc
wakacji, pomagam w lekcjach, wożę na basen itd. Pomagam mężowi w jego firmie,
piszę pisma, prowadzę ksiegowość itd. Nie jestem ideałem, wiem - czasem
myślę, co jeszcze mogłabym zrobić? Pewnie mógłby mieć lepszą żonę, ale
pierwsza była tez "zła", bo choć doskonała gospodyni, nie miała ambicji
zawodowych. Ja w kuchni się nie wykazuję zbytnio, ale nie z braku chęci,
tylko dlatego, że mój mąż twierdzi, że sam sobie zrobi lepiej.
Przepraszam, ze tak chaotycznie, ja po prostu nie wim, co zrobić.
Teraz jest "wojna", a ja ... nie żyję, chciałabym zniknąć, bo nie wytrzymuję
psychicznie.
Wiem, że za 2-3 dni znowu bedzie dobrze i znowu uwierzę, ze to moja wina i on
tak musi, bo gdyby nie miał do mnie zastrzeżeń, to nie byłoby problemów.
Jak już jest dobrze, to próbuję z nim o tym rozmawiać - ale wtedy słyszę, że
powinniśmy się zająć istotnymi rzeczami w życiu, a nie gównami (czyli
rozpatrywaniem konfliktów). Staram się, staram, ale nie wiem ile jeszcze
jestem w stanie wytrzymać
A najgorsze jest to, że strasznie kocham tego dobrego człowieka i staram się
zrozumieć, te chwile, kiedy nie jest sobą, tylko jak to sobie wytłumaczyć?
czy ja mam szansę to zmienić?