chcę zadać to pytanie. Właśnie Wam, bo macie dobrze poukładane w głowach,
uśmiecham się, ale tak, przecież to prawda. Przez coś przeszliście. Nie byłam
nigdy w formalnym związku, ale mimo to...Dobra, do rzeczy. Otworzyłam jeden z
niedawnych wątków i tam o ukrywanej chorobie psychicznej jednego z partnerów
jako przyczynie rozpadu związku. Wobec ludzi, z którymi mi po drodze nie
ukrywam, że cierpię (?) na zaburzenia nastroju (choroba afektywna
dwubiegunowa; leczę się). Ten aspekt więc odpada. Zastanawiam się jednak
głęboko, czy...tak, czy można kochać kogoś, komu raz jak na roller-costerze,
kolorowo, gadatliwie, fruwająco; innym zaś razem świat się za chwileczkę
kończy i umieramy panie. Depresja to spokój, hypomania daje mi radość, ale
wiem już, że może dać gwałtowność. Nie uszkadzam ludzi fizycznie, nie, ale
prowokowana słownie oddaję (też słownie) z siłą zwielokrotnioną. Czasem myślę,
że potrzeba dużej dojrzałości, siły, aby ze mną być. Mądrości też... Rozumie
mnie tak naprawdę matka - paradoksalnie

- może dlatego, że nie wchodzi w
moje nastroje, tylko trzeźwym oglądem świata pionizuje. Wlewa optymizm, gdy
jestem załamana. I już chyba tylko ona rozumie mój taniec radości, gdy coś
mnie cieszy

Ale do diabła. Chcę być z facetem. Nie z matką przecież. Dwa
poważne związki. Nie wdając się w szczegóły, rozleciały się. Moje pytanie nie
ma na celu mnie pogrążyć. Rozstania zwykle mają splot przyczyn, nie obwiniam
wyłącznie siebie; ale jestem po ludzku ciekawa, czy ktoś z uroczo/gwałtownie
rozhuśtanymi nastrojami może być kochany. Zależałoby mi szczególnie na
odpowiedzi ludzi, którzy mają jakieś doświadczenia w byciu ze "świrusami"

Albo sami nimi są. I tego...raczej nie piszcie, że to kwestia indywidualna

Obrazek z filmu tylko jeden, ale tragiczny. Wirginia Woolf w "Godzinach", jej
mąż (też pisarz?), tonujący ją, ogromnie kochający. Dobra, finał nieważny.
Wiem tylko o jednym przypadku kochających się ludzi.
--
follow Your dreams