blue_a1
22.01.07, 00:05
Kupiłam tę książkę, gdy miałam 16 lat. Gdzieś tam sobie jest.
Decyduję się napisać tu - nie daję rady. Możliwe, że demony na światło dzienne
wyciągnął film "Wilbur chce się zabić" (kończę go właśnie oglądać). Jeszcze
jakiś czas temu wierzyłam - w Boga, w zmianę sytuacji, w której jestem, w miłość.
Dziś nie wierzę w nic.
Szukam, rozpaczliwie, jakiegoś ukojenia. Dziś na chwilę pomogło mocne
zanurzenie się w marzenia, potem przyszedł sen.
Ideały sięgnęły sobie bruku. Człowiek, którego kochałam okazał się tchórzem.
Zawiódł. Wiem, wiele osób może powiedzieć podobnie. Chcecie jednak żyć.
Wierzycie, że zamknięty jeden rozdział życia - książki otwiera następny, może
bardziej optymistyczny. Nie wierzę już w nic. Nikogo.
Przez chwilę koi muzyka, ale za moment o tym zapomnę i wróci ból.
Jak? Cały arsenał leków, które przyjmuję. Jak bardzo nie chcę, abyście
myśleli, że robię tu jakieś przedstawienie. Cholera, płacz.
Jutro praca, pójdę tylko dlatego, że szybko wrócę do siebie. Jeszcze usiłuję
ratować się książką, filmem. Telefon zaufania przerabiałam kiedyś, nudne.
"Potrzebuje pani terapii". To już było. Kiedyś. Długo.
Jeśli nie znajdę wystarczająco mocnych lin, to kurwa, spadnę.
Rodzina? Nie wierzy, że mówię poważnie.