Dodaj do ulubionych

Przyczyny bezpośrednie...

29.03.07, 07:43
Przyczyny bezpośrednie: dwa sny (noc po nocy), jedno agresywne spojrzenie i
niespełniona prośba, alkoholowy oddech przy śniadaniu i 11 godzin za
kierownicą, podczas których nastąpiła wewnętrzna projekcja 30 letniego, lekko
podmarnowanego życia z narzucającą się nachalnie wizją przyszłości.
Nawet ciężko nazwać ten moment otwarciem oczu, bardziej kojarzy mi się to z
kopniakiem w twarz. To tak jakbym od lat żyła na prochach, na dodatek w
autystycznym świecie, skoncentrowana na dążeniu do pełni szczęścia, bez
względu na otoczenie...
Egoistka pieprzona!
Skąd więc ten prezent od losu, skąd ten kopniak? I dlaczego odbieram go
właśnie jako prezent, rozczulając się nad tym drugim rzeczownikiem? Dlaczego
tak łatwo przyszło mi zdecydować o przekreśleniu ostatnich kilku długich lat
małżeństwa... czy to mi gdzieś ktoś tak zapisał?
W pośpiechu odsuwam w myślach na bok „przyczyny bezpośrednie”, wchodzę
głębiej, bo cóż to za banały do cholery!?
Nie muszę długo grzebać w tej szufladzie, wszystko układa się jak w kolorowej
zabawce, którą w dzieciństwie przykładało się do oka i spoglądało przez nią
pod światło, pamiętacie te kolorowe kamyczki?

Pamiętam pierwsze wyzwisko i pierwszy siniak (cóż za bzdura, przecież nie
pozostawałaś dłużna!).
Pamiętam pierwszą scenę zazdrości o wyimaginowaną zdradę (ale przecież
kretynko atrakcyjna jesteś, więc nie jest powiedziane, że nikt cię nie
przeleciał!).
Pamiętam pierwsze nocne powroty, wzbudzające niepokój i pierwszy rzucony
telefon (idiotka! Przecież odwdzięczałaś się tym samym!).
Pamiętam też pierwszy wstyd przed ludźmi za wypowiedziane słowa czy wątpliwy
uczynek (widziały gały co brały!).

Ze strachu odczuwam silną chęć tłumaczenia się samej przed sobą, cóż za
nonsens?!
Przecież miałam ciągłe problemy z okazywaniem tak zwanej miłości!
Przecież stroniłam od łóżka bynajmniej nie z powodu chęci przyłożenia głowy
do poduszki!
Przecież unikałam jak ognia rozmów i chwil, które można by spędzić wspólnie!
Przecież byłam złośliwa, opryskliwa, cyniczna i niemiła!
Przecież obrażałam, zrzędziłam, wytykałam, poniżałam i robiłam awantury!
Co czuję tak w ogóle, oprócz złości i bezsilności...?
Nic! Jestem już pusta jak dzwon! I to bynajmniej nie z powodu braku dukatów,
tych mam całą masę, przynajmniej na tyle dużo, żeby stały się powodem do
plotek: „mieli wszystko i tak to na zmarnowanie poszło!”.

Brakowało nam do pełni tamtego „szczęścia” tylko dzieci. On nie mógł mi ich
dać, tak się z nami los obszedł niestety. Ale skoro przysięgłam przed Bogiem,
że „w zdrowiu i chorobie” to zwykłam być kawałkiem mięsa na ginekologicznej
leżance w klinice od probówek – PUDŁO! – potem hodowałam w sobie ziarenko
pragnienia zaopiekowania się nie rodzonymi przez siebie dziećmi – YES, YES,
YES! – dojrzałam ku jego uciesze i wpadłam w trans.
Wszystko pojaśniało no i ta wiosna za niedługo przecież! Spotkanie za
spotkaniem, pełen optymizm, radosna ślepota na niemiłe przyziemności.
A ty nagle – PUDŁO!
Przyczyny bezpośrednie: dwa sny (noc po nocy), jedno agresywne spojrzenie i
niespełniona prośba, alkoholowy oddech przy śniadaniu i 11 godzin za
kierownicą, podczas których nastąpiła wewnętrzna projekcja 30 letniego, lekko
podmarnowanego życia z narzucającą się nachalnie wizją przyszłości.
Przecież ja nie chcę takiego domu dla „moich, nowych dzieci”!!
Niby nic a jednak....

Nigdy wcześniej nie byłam sama, czuję więc, że pękam i mięknę jak skrapiana
lignina. Dużo łatwiej byłoby odwołać ten krzyk rozpaczy i ulec namowom tego
miłego, obcego pana, który niedługo się wyprowadzi – mam nadzieję....
Ten pan niby nie chce mnie stracić ale gdy wyłuszczono mu wszystkie z
przyczyn, obrażony fuka tylko i upiera się, że te przyczyny, to żadne
przyczyny to tylko skutki, bo on ma swoje własne przyczyny i to dlatego
właśnie te niby moje przyczyny-skutki mogłam sobie w ogóle wymyślić, no i...
że głupia jestem!
Cóż za pouczająca konwersacja.
Cyniczna i opryskliwa wieczorem, tak bardzo pewna swego i przekonana o
nieszkodliwości swojego brudu za pazurami i konieczności dokończenia procesu
rozpadu łamię się w pół z rana i wyrywam sobie kamień z żołądka, który nie
wiadomo skąd się tam wziął – przecież to było tylko kilka godzin snu!
Egoistka pieprzona!
Nie mam już za wiele czasu na życie, wpadam w panikę!
Jestem bezwolnym świadkiem permanentnej walki pomiędzy wielkim wyrzutem
sumienia i strachem przed faktem spalenia za sobą wszystkich mostów a silną
niechęcią do codzienności i do współuczestniczenia w tej farsie.
Gdyby tak móc zawinąć się w kokon i przeczekać, nie mieć rąk ani nóg ani
nawet strzępów mózgu, stać się szklaną kulką w rękach dziecka i zdać się
tylko na jego dłonie...

Życie podeptało moją wyobraźnię...
Boże, co ja robię?
Obserwuj wątek
    • z_mazur Re: Przyczyny bezpośrednie... 29.03.07, 08:13
      Wypisałaś się i pewnie trochę pomogło.
      To co opisujesz bardzo barwnie przeżywa chyba każdy z nas w chwili podejmowania
      ostatecznej decyzji. Też pamiętam te targające mną sprzeczne uczucia. I zawsze
      jest tak, że ostateczną decyzją są jakieś drobne kamyczki, które przeważają
      szalę i już potem czujemy, że przekroczyliśmy cienką granicę. Czasem potem
      przychodzą jeszcze wątpliwości i wracają nieraz zadawane sobie pytania "czy
      napewno postępuję słusznie?". Trzymaj się, pisz jeśli masz potrzebę, w sumie po
      to jest to forum.
    • akacjax Re: Przyczyny bezpośrednie... 29.03.07, 08:25
      Narastało, narastało i pękło. Trudno uwierzyć, ale te rany czasi goi świetnie. Tylko trzeba dać czasowi czas...
      I wytrwać, choć wszystko traci kolory.
    • e07 Re: Przyczyny bezpośrednie... 29.03.07, 08:59
      To,ze nie masz dzieci, to dobrze dla tych dzieci. Posiadanie ich w związku, w
      którym druga strona nie słucha, nie dba, lekceważy mogłoby nie być dobre także
      dla Ciebie. Tego nie żałuj. Ja kocham swoje dzieci ponad wszystko, ale nie mogę
      sobie wybaczyć, że nie mają pełnego domu i nie maja skąd czerpać wzorców zycia
      w rodzinie.
      Pewnie to nie ma dla Ciebie w tej chwili znaczenia, ale moim zdaniem masz spory
      talent poetycki.
    • misbaskerwill fajne... 29.03.07, 21:59
      Jak będę miał czas doczytam do końca to artystyczne dzieło.
      Ciekawe, czy to całkiem z życia wzięte, czy tylko z głowy (czyli z niczego)? smile
      Załóż bloga, lub jakiś kącik literacki.
      Powodzeniawink

      P.S. Nie wiedzieć czemu, w sądzie ja również użyłem zwrotu "przyczyna
      bezpośrednia". I zamiast wyżalić się, podać 1000 powodów dla których chciałem
      się rozwieść, ledwo wydukałem tę jedną przyczynę.
      Cóż...było-minęło.
      • marek_gazeta Re: fajne... 29.03.07, 23:32
        Bo prosty chłopiec jesteś. Nie masz w sobie tego czegoś, co wywyższa, a jednak poniża, osłabia, ale i daje wewnętrzną siłę, niepokoi, ale jest jednocześnie źródłem stabilizacji.
    • angoisse Re: Przyczyny bezpośrednie... 30.03.07, 09:03
      Dobre... Jeden z niewielu długich tekstów które przeczytałam w całości od
      początku do końca.

      a wiesz , ze fizyka i chemia juz dawno określiły podobne "przyczyny bezpośrednie"?

      Np w "materiałówce" jest pojęcie "granicy spręzystości"- po przekroczeniu której
      (na skutek działania różnych sił) materiał sprężysty odkształca się trwale i nie
      wraca do poprzedniej formy.
      A w materiałach kruchych dzieje się tak:
      "W elementach konstrukcyjnych mogą zaistnieć defekty metalurgiczne lub
      technologiczne w postaci ostrych szczelin (cienkich karbów),wokół których
      następuje spiętrzenienaprężeń. W ostateczności prowadzi to do obniżenia granicy
      wytrzymałości. W takim przypadku,w elementach wykonanych z kruchych materiałów
      konstrukcyjnych, może wystąpić zjawisko zwane kruchym pękaniem.
      Oceny teoretycznej wytrzymałości kruchych ciał stałych zawierających defekty
      dokonuje się na podstawie hipotezy energetycznej Griffitha. Całkowita energia
      rozwoju pęknięcia jest sumą energii powierzchniowej * i energii odkształcenia
      sprężystego u.

      Po osiągnięciu tego maksimum dalszy rozwój pęknięcia określa energia potencjalna
      odkształcenia sprężystego,a więc nie zachodzi potrzeba doprowadzania energii z
      zewnątrz.

      Wtedy szczelina o długości krytycznej 2lkr jest w stanie metastabilnym
      i rozwija się samoistnie z prędkością porównywalną z prędkością dźwięku,
      powodując kruche pękanie.

      Krytycznej długości pęknięcia odpowiada naprężenie krytyczne
      Rozwój pęknięcia następuje wówczas,gdy wartość * osiąga wartość
      krytyczną.zachodzi to w chwili,gdy wartość krytyczną osiągnie czynnik *l*2.
      Irwin wprowadził oznaczenie które nosi nazwę współczynnika intensywności
      naprężeń. Współczynnik K osiągający wartość krytyczną w chwili nieustalonego,
      samoistnego wzrostu pęknięć oznacza się Kc i nazywa wytrzymałością na pękanie
      lub odpornością na rozwój pękania i jest charakterystyczną wielkością materiałową."

      I wszystko jasne...
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 30.03.07, 14:47
      Ten obcy pan w moim domu jest ostatnio bardzo miły i uczynny oraz przestał
      robić mi na złość swoim nieróbstwem domowym. Zaczął nawet wrzucać po sobie
      szklanki do zmywarki! Wprawdzie pranie nadal robię sama i znoszę je w kółko tam
      i z powrotem kłapiąc niezdarnie przy ograniczonej widoczności po schodach –
      sztuk 44 - ale dziś nawet mężnie się zaoferował, że „jakby co, to on może to
      czyste z dołu przynieść”. O rozwieszaniu mowy już nie było, ale jakież to
      szczęście, że nie musiałabym kłapać... gdybym tylko wcześniej sama go już nie
      wniosła, bo chyba nikt nie lubi oblekać się w podgniłe tekstylia.

      Ostatnio myłam okna – w niedzielę – jakoś tak wypadło...
      Na oknach się nie skończyło, wpadłam w cug i gdyby było co porąbać to bym nie
      omieszkała.
      Dobrze, że za niedługo święta to sobie to niechrześcijańskie zachowanie okazją
      wytłumaczyłam.
      I jakież urocze zaskoczenie! Miły pan najpierw usuwał swoje nogi z pola ataku
      miotły, następnie wynosił się kolejno ze sprzątanych pomieszczeń aby w końcu...
      bez proszenia PÓJŚĆ ZMIENIĆ POŚCIEL! Wprawdzie tylko swoją ale jednak.

      Ja też się poprawiam! I piszę to z nieukrywaną satysfakcją i egoistycznym
      podziwem dla samej siebie! Z przedmiotu „małżeńska kultura osobista” z czystym
      sumieniem przyjęłabym ocenę dostateczną, a nawet o plusa bym się upomniała.
      Jakoś tak dziwnie, intuicyjnie jednak wyczuwam, że ta sielanka nie ma prawa
      permanentnego bytu, albowiem nasze wzorowe zachowanie zakłóci niedługo fakt, że
      zbliża się czas załatwiania formalności. Miły pan zaczął narzekać na mój brak
      zaangażowania w tę sprawę („skoro się już zdecydowałam”wink a ja, żeby wyrwać się
      z fizycznej niemocy, która jest tu główną przeszkodą, musiałabym zażyć ok. 200
      ton specyfiku o nazwie Deprim, namiętnie reklamowanego ostatnio przez śliczną
      panią o ziemistej cerze.

      Zobaczymy.

      Aha i jeszcze jedno miłe doświadczenie:
      Nie rzuca mi już słuchawką (czyt. rozłącza moje połączenie na telefonie
      komórkowym)...
      ...bo przecież już do niego nie dzwonię.
      • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 31.03.07, 16:14
        Bożesz ty mój (jak to zwykła mawiać pani Stanislawa), ileż nienawiści musi być
        w tym człowieku! Jakim wodewilem musiało być nasze życie i jaką obłudą
        zatchnęło od jego najbliższych przyjaciół. On tak ochoczo przystąpił do
        poszukiwania mieszkania, że udzieliło się to połowie środowiska naturalnego. Ci
        co bywali u nas z wizytą z przyklejonym uśmiechem do twarzy, korzystający z
        dobrodziejstw naszej gościnności, teraz ślą sms’y „pilnie zadzwoń, jest
        mieszkanie!”

        Mam ochotę wypluć z siebie jadowite pytanie, jak to jest, że tym najbliższym
        miłego pana tak bardzo jest na rękę to co się teraz dzieje i dlaczego nikt
        nawet nie próbował sprowokować go do walki o mnie skoro spieprzył, bez względu
        na fakt jak miałaby ona się zakończyć.
        Wstydzę się tego pytania, bo to nie ich wina więc go nie wycedzę, jednocześnie
        dziękuję Temu na Górze, że mam ją blisko i jest inna…
        Ona od początku uważała, że to tylko jakieś moje fanaberie i znowu mnie ponosi.
        Powtarza w kółko, że i tak w to nie wierzy bo to jakaś totalna głupota. Z
        przekąsem zaznacza, że już wiele naszych gorszych grand przeżyła to i to się
        jakoś po kościach rozejdzie – bo nie ma mowy, żeby było inaczej. Wyraża też
        nadzieję, że taka sytuacja może obojgiem z nas potrząśnie i to nam tylko na
        dobre wyjdzie.

        Jej podejście z jednej strony mocno mnie irytuje, ponieważ podważa powagę moich
        zwierzeń a z drugiej wprowadza mój umysł w błogi stan pozytywnych przemyśleń.
        Nie ma znaczenia w sumie czy ona ma rację, czy nie ma jej za grosz. Znaczenie
        ma fakt, że ona nie czuje dzikiej satysfakcji, że wali mi się cały świat (bo
        niby czemu ma być mi lepiej niż innym), ona nie ma ochoty patrzeć na mnie kiedy
        rwę ostatnie kłaki z głowy i słuchać o moich precyzyjnie obmyślonych planach
        samobójczych, widzę jak lojalnie pęka jej serce jakby było bliźniacze z moim i
        podnosi mnie z podłogi nawet kiedy sama nie ma już nawet garstki sił.
        Ona bez skrępowania, jak zawsze wchodzi do naszego domu, wita się jak zwykle z
        miłym panem i rozmawia z nim bez urazy w głosie, ona rozumie, że ten kryzys nie
        jest błahy ale z całych sił próbuje pielęgnować ostatnie ziarna normalności w
        otoczeniu...
        Ona niewiele mówi, ale jest, nie bywa bardziej rozrywkowa niż zwykle, bo
        brzydzi się fałszem, dziś wyciągnie mnie z domu, będzie wlewać we mnie różne
        paskudztwa i powtarzać „zobaczysz, wszystko będzie dobrze”.
        Jeśli to nawet puste słowa to i tak są balsamem na moją duszę…

        Za to Ci moja droga całuję rączki…

        • jarkoni Re: Przyczyny bezpośrednie... 31.03.07, 23:22
          Ależ artystyczne i przemyślane pisarstwo..Nie myślałaś o wydaniu książki?
          Nie umiałbym tak wyważać zdań i aż tak dobierać słów gdyby mnie trafiało.Ale
          może masz albo dar, albo wyjątkowo zimną krew..
          A tak prawdę mówiąc zazdroszczę Ci, że tak szybko to się wydarza, a nie po np
          15-20 latach małżeństwa
    • pszczolkalodz Re: Przyczyny bezpośrednie... 31.03.07, 22:53
      placze, opisalas moje zycie. Zawsze bedzie bolalo, jeszcze dlugo beda lzy, ale
      wierz mi to byla najlepsza decyzja w moim zyciu. To nie jest Twoja wina, ani ze
      jestes atrakcyjna, ani ze reagowlas na jego reakcje. To nie Twoja wina! Wez
      oddech, głeboki.... jeszcze tyle dobrego jest przed nami. A wiesz jesli chodzi
      o dzieci to ja i w Tobie i w sobie widze palec bozy (?) tak mialo byc, moze
      kolejne dziecko mialby nieszczesliwy dom? Nie wiem co Ci powiedziec, ale prosze
      nie zamykaj sie, kokon moze stac sie bardzo hermetyczny, Twoj swiat to nie tylo
      on. Sa ludzie wokol, dobrzy ludzie, normalni. Trzymaj sie!
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 01.04.07, 15:14
      Czasem mam melancholijny nastrój i jest mi bardzo przykro – nie płaczę, bo
      wyciskacz łez już dawno zaczął u mnie szwankować, ale ewidentnie odczuwam
      smutek.
      Czasem jednak wybucha we mnie taka złość, że jedyną obroną na jaką mnie stać
      jest atak. Budzą się we mnie mordercze instynkty, krew szybciej zaczyna płynąć
      w żyłach, zauważam u siebie lekkie drżenie dłoni, żeby je powstrzymać zaciskam
      mocno pięści, na twarzy prócz wypieków pojawia się ten ohydny cwaniacki
      uśmiech. Wydobywam wtedy najostrzejszą amunicję: złośliwość i cynizm. Ich siła
      rażenia jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, do czasu...

      Dziś już wiem, że miły pan ma rację, zniszczyłam swoją bronią wszystko, nawet
      to czego niszczyć nie miałam zamiaru. A skoro nie ma już co rujnować to i broń
      staje się bezużyteczna a nie da się jej złożyć, oddać ani zakopać. Niby można
      jej nie używać ale ciąży na plecach tak czy owak...

      Moja ostatnia „złośliwostka” była głupsza niż ustawa przewiduje,
      przepraszam.
      • crazyrabbit Re: Przyczyny bezpośrednie... 01.04.07, 19:30
        Cwaniacki uśmiech , zmrużenie uczu , które nagle robią się zimne ,
        stalowoszare ; złosliwość , cynizm... zawsze wiem , jak uderzyć tak żeby
        zabolało najbardziej...
        Witaj w klubie...
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 02.04.07, 19:57
      Zdaje się, że zawsze we mnie to siedziało ale w świetle zaistniałych
      okoliczności, nasila się i zmusza do kontrowersyjnych przemyśleń.
      Siła moich pragnień i wszechogarniających chęci wszelakich, narasta wprost
      proporcjonalnie do intensywności wydarzeń, które oddalają mnie od możliwości
      ich spełnienia.
      Objawia się to absurdalnością niektórych moich zachowań a skutkuje permanentną
      frustracją, w którą irracjonalnie sama się wpędzam.
      Weźmy tak na ten przykład zły humor miłego pana…

      Kiedy to miły pan ma zły humor a głowę nabitą dobrymi radami
      swoich „przyjaciół” staje się bojowo nastawionym kawałem chama pierwszej maści.
      Odzywki jego wołają o pomstę do nieba a nieróbstwo domowe przybiera
      niespotykane rozmiary. Jest delikatnie mówiąc mało przyjemny i wzbudza we mnie
      cierpiącej odruchy wymiotne a także refleksje nad tym, jak to możliwe, że
      natura pozwala na pasożytowanie takich jednostek.
      W takich chwilach podkulam kolana, znoszę z pokorą te męki i użalam się nad
      sobą bardzo - tudzież korzystam z dobrodziejstw niewyparzonej mordy mojej i
      wchodzę z przyjemnością w wulgarną polemikę – to tak w zależności od pory
      dnia, pogody czy innych mogących mieć wpływ na mój nastrój elementów.

      Ale!

      Ale wtedy i tylko wtedy – no może nie dokładnie w tym momencie, ale niedługo
      potem – czuję niemal patologiczną chęć udowodnienia jemu, sobie, psu i rybkom,
      których nie mam, że to tylko taki primaaprilisowy żart i że jesteśmy sobie
      nawzajem bardzo potrzebni, a ta przymusowa separacja naszych układów
      oddechowych, trawiennych, nerwowych i płciowych jeśli dłużej potrwa będzie
      katastroficzna w skutkach dla całej ludzkości!

      Ta chęć ma jednak charakter chorobowy, dlatego, że jak dotąd bez względu na
      wszystko była przeze mnie skrzętnie skrywana (co przy okazji uświadomiło mi
      niegdyś moje talenta aktorskie). Mało egzotyczna mieszanka strachu, wstydu,
      zażenowania i frustracji nigdy nie pozwoliła mi pierwszej wyciągnąć ręki,
      przyznać się do błędu, czy nawet wydusić słowa przepraszam.
      Trudna jestem? Nie! Ze mną się zwyczajnie nie da żyć, to zrozumiałe.

      Wracając do tematu… im bardziej miły pan jest oporny, tym bardziej mam ochotę
      za nim gonić i tym goręcej za nim tęsknię! Katuję się patrząc jak śpi,
      zbliżając przez długie minuty dłoń do jego ramienia, licząc na to, że jak
      będzie przewracał się na drugi bok to niechcący mnie dotknie – żeby potem
      szybko w panice odskoczyć na swoją stronę łóżka kiedy jego ciało drgnie w
      naturalnym odruchu sennym. Myjąc zęby czy goląc nogi staram się wyglądać
      najpiękniej jak potrafię, a nuż wejdzie i spojrzy – muszę być „gotowa na
      wszystko”. Odpowiadając na pytania ściszam głos tak aby w pełni oddał bezmiar
      mojego cierpienia i podkreślił skalę moich boleści, niewykluczone, że się nade
      mną zlituje…

      Bywa jednak, że usłyszę: „co my robimy? po co dalej to psuć? powiedz co mam
      zrobić, żeby cię odzyskać?” wtedy odwracam się na pięcie, wydymam wargi i fukam.
      Jaka ja wtedy twarda jestem, tylko pozazdrościć. Tak zwana zimna… ryba, co to
      sobie poradzi pod krą każdej grubości - patrzeć tylko jak mi się skrzela
      uformują.

      Mnie już nawet leczyć nie ma sensu…
      • panda_zielona Re: Przyczyny bezpośrednie... 02.04.07, 21:41
        Mnie już nawet leczyć nie ma sensu…
        A może jednak jest sens,gdybyś psychologowi to wszystko wywaliła.Ale być może
        pomaga Ci samo wypisanie swoich przemyśleń



    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 02.04.07, 21:52
      Mam sklerozę. Tak. Nawet słynę z tego wśród najbliżej mi żyjących. Ja nazywam
      to pamięcią dobrą ale krótką lub też umiejętnością selekcji spraw istotnych i
      mniej ważnych w celu nie zaśmiecania sobie jakże otwartego umysłu - tak dla
      pocieszenia. A dla zobrazowania tego, nazwijmy to, drobnego problemu – zdarzało
      mi się wielokrotnie zapominać ile mam lat pomiędzy rokiem 1997 a 2007 kiedy to
      liczby te są ewidentnie okrągłe i upokarzające byłoby tego nie wiedzieć.
      W związku z powyższym po tym jak zostałam po raz około trzysetny poproszona o
      pożyczenie obiecanej płyty przez jednego z kolegów z pracy, ogarnął mnie taki
      wstyd i poczucie niespełnionego obowiązku (w końcu szefem moim jest), że bez
      wahania wyciągnęłam z torebki telefon komórkowy i postanowiłam wreszcie
      skorzystać z ratującej mi wielokrotnie życie, funkcji przypominacza.

      A że desperacja moja była wielka nakazałam sprytnej maszynie upominać się o
      wspomnianą płytę wielokrotnie po godzinie 21 (aż do własnoręcznego wyłączenia
      sygnału) przez kolejne 14 dni – tak na wszelki wypadek, gdybym nie daj Bóg
      właśnie nie mogła po nią sięgnąć, lub gdybym na tyle siły nie miała, by tego
      bardzo trudnego zadania wykonać.
      Tym sposobem od kilku dni telefon wyje mi niemiłosiernie o rzeczonej godzinie,
      a mnie się owszem przypomina nawet jak go tylko słyszę z kuchni, ale jakoś
      lenistwo mnie ogarnia, gdy mam go wyłączyć i tak wyje sobie radośnie do czasu
      aż mnie szlag nie trafia.
      Płytę zaniosłam ale jak sygnał wyłączyć to już się nie kłopoczę, w końcu to
      tylko jeszcze jakieś 10 dni, wytrzymam...

      *

      Miły pan poprosił mnie abym do czasu, kiedy to oficjalnie nie nastąpi rozwód,
      do czasu kiedy jeszcze mieszkamy razem i do czasu kiedy jeszcze nie wszyscy o
      tym wiedzą, żebym się zachowywała. Gdy zapytałam co ma na myśli, odpowiedział,
      że chodzi o moje nowe znajomości, o telefony od nowych kolegów i o to że mu
      przykro, że tak szybko układam sobie nowe życie z kimś innym, żebym się jeszcze
      trochę powstrzymała. Moją minę po tym stwierdzeniu doskonale obrazuje drugi od
      lewej emotikon w dziewiętnastym rzędzie gadu-gadu w wersji 7.6.0. Lekka
      konsternacja i burza jednego mózgu zawładnęły mną bez reszty – czyżbym znowu o
      czymś zapomniała? Potem lekki niepokój o własne zdrowie psychiczne, następnie
      ukojenie nerwów standardowym stwierdzeniem „znów film sobie wkręcił”, no cóż,
      żadna nowość...

      Może z pamięcią u mnie nie tęgo, ale fakty to ja znakomicie umiem kojarzyć,
      sprytna ze mnie dziewucha, wpadłam na wyjaśnienie gdy znów po 21 zadryndolił
      ten cholerny telefon...
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 04.04.07, 20:35
      Nie jestem przesądna, chyba..
      Nie, nie jestem, zdecydowanie!
      Nie mam obsesji na punkcie czarnych kotów (choć dreszcz mnie przechodzi gdy mi
      taki przebiegnie przed maską samochodu), ani kominiarzy (choć w panice
      poszukuję guzika w bluzce z suwakiem, za każdym razem gdy jakiegoś zobaczę),
      ani takich piątków jaki będzie za tydzień (mimo, iż już zastanawiam się na
      kierunkiem wiatru w ten dzień, żeby móc splunąć siarczyście aż rozbolą płuca),
      ani też tłuczonych luster (do dziś dnia dbam o ich ograniczoną ilość w
      mieszkaniu, tak na wszelki wypadek).
      U wróżki byłam raz w życiu, wyszłam przejęta i podekscytowana, do roku czasu
      miałam urodzić dziecko, mieć dozgonnie szczęśliwe małżeństwo i wyjątkowo
      lojalnych przyjaciół.
      No cóż…

      Nie, obsesji nie mam, ale przyznaję, że podświadomie wyznaczam sobie ciekawe
      zadania oczekując z niecierpliwością na efekt, który w zależności od swojego
      wcześniej oznaczonego przeze mnie charakteru daje mi odpowiedź na dręczące mnie
      pytania (nawet te najbanalniejsze) i staje się dla mnie swoistym znakiem z
      niebios. Mechanizm prosty jak budowa cepa, a raczej jak wyrywanie kolejno
      płatków biednej stokrotce i beznamiętne klepanie „kocha, nie kocha…”.

      Przyczyną jakże interesujących zachowań stał się fakt, że niegdyś przekonana o
      słuszności twierdzenia, że na jakość własnego żywota ma się bezpośredni i
      decydujący wpływ, po tym jak to przekonanie w jednej chwili gdzieś
      zawieruszyłam, zmuszona byłam na pomoc wezwać „moce nadprzyrodzone”.
      Fakt jest faktem, że jedno z niewielu ciasnych miejsc mojego umysłu, nabrało
      tym razem pewności co do sensu, wiarygodności i skuteczności tychże poczynań w
      ślad za odwieczną prawdą „tonący brzytwy się trzyma” czy „jak trwoga to do
      Boga” - raczej.
      Najprostszy przykład: układam pasjansa, zadaje pytanie, jak wyjdzie - odpowiedź
      brzmi tak, jak nie wyjdzie - nie – proste!
      Przykład z cyklu „kretyńskie”: liczę poszczególne części garderoby wrzucane do
      pralki, stawiam tezę, zmieści się parzysta ilość – prawda, nieparzysta – fałsz
      (miałby ktoś niezły ubaw, gdyby zobaczył jak po kryjomu upycham czasem
      dodatkową skarpetkę).
      Przykład niebezpieczny: zdążę na zielonym czy…
      Długoterminowy (z przeznaczeniem dla problemów złożonych): wyznaczam krytyczną
      datę zaistnienia niezależnego ode mnie zjawiska (np. naturalnego) i czekam...

      Do całej tej grupy podobnie idiotycznych zachowań zaliczam również
      nieoczekiwane zwroty akcji, które zdają się być na tyle niecodzienne, że
      przykuwają bez reszty moją uwagę i zmuszają do gorączkowych refleksji.
      Ostatnio znalazłam na ulicy kolczyki, niby nic, ale były oba (znak!), to nic,
      że nie potrafię ich teraz znaleźć w torebce, do której z pewnością je włożyłam
      (znak!) do dziś zachodzę w głowę „ale o so chosi?”.
      Pocieszam się jednak, że skoro sama przed sobą przyznaję się do żenady jaką
      charakteryzuje się uprawiany przez mnie proceder, to nie jest ze mną jeszcze
      może tak najgorzej.

      A dziś wpada mi w ręce jakaś szmatława gazeta a wzrok (jak nigdy) przykuwa ten
      cholerny horoskop:

      „Trzymaj się faktów, a zakończysz swoje dzieła lub zaległe sprawy urzędowe.
      Znajdziesz rozwiązania, jakich Ci potrzeba. Miesiąc sprzyja finalizowaniu
      spraw, które wymagają dużo cierpliwości, perfekcji oraz doświadczenia. Liczy
      się teraz to, co jest rzeczywiste. Możesz wykorzystać całą ogromną wiedzę, jaką
      posiadasz, odpowiednio ją porządkując. [...]. Zmiany wprowadzi dopiero następny
      rok. [...] W miłości masz stosunkowo trudny czas, bo żadnego błędu ukochanej
      osoby nie przeoczysz. Przyjrzyj się staraniom i trudnościom tej osoby, a wtedy
      docenisz, to co robi dla zachowania więzi. Nie ma przecież ludzi doskonałych!
      Nową miłość przyciągasz teraz swoją inteligencją i wiedzą. Jednak możesz ją
      zarazem odpychać, bo masz w sobie opór, który przez racjonalizm zabrania Ci
      angażowania się uczuciowego w związek wymagający przełamywania stereotypów.
      Ten, kto ten okres przetrwa cierpliwie, już niebawem uczyni Cię w pełni
      szczęśliwym.”

      No i jak tu się nie nakręcać?
    • li89 Re: Przyczyny bezpośrednie... 04.04.07, 23:40
      Wydaje mi się, że wiele końców zaczyna się podobnie, a jednak inaczej. U mnie
      był sen, rozmowa i odgłos spadających klapek z oczu po nastu wspólnych
      latach.Trochę boli i cały czas samotnie budząc się rano uświadamiam sobie, że
      to się dzieje na prawdę. Po miesiącu nie muszę się już nawet uszczypnąć, aby to
      potwierdzić. Jestem na pierwszym etapie złożenia sprawy i pojawiają się już
      trudności i "prześladowania".
      Czytam forum i zaskakuje mnie to, że myślałam, że jestem sama w tym swoim
      smutku.Zadziwiające jak trudno na tym etapie uwierzyć, że czas goi rany...
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 09.04.07, 21:20
      Miłego pana wypuszczono z domu w przysłowiowych skarpetkach a właściwie to
      dziurawych onucach nie wymagających tak częstego prania jak skarpety, gdyby już
      się tak ściśle rzeczywistości przytrzymać. Gdy wynosiliśmy się ochoczo na
      swoje, a raczej na „mojo rodzicielskie” mieszkanie, które tatko mój przez lata
      trzymał dla córeczki, aby posiadła wiano jak przystało na jedną z dwojga
      prawowitych spadkobierców części jego krwawicy, miły pan wsunął radośnie pod
      pachę supeł niedużego zawiniątka pełnego (do połowy) odzieży własnej. Zwracając
      honor, przyznać jednakowoż muszę, że dodatkiem do jego wyprawki na życie stała
      się również sławetna szafka pod telewizor oraz krępla – kwiat hodowany domowo
      potocznie nazywany juką – skądinąd podarek od swojej ukochanej babci.

      Nadmienić należy, że wracając owego wieczora, po wyżej wymienione do mieszkania
      teściów, pokój w którym miły pan zwykł spędzać czas za młodu miał już
      perfekcyjnie wyczyszczoną wykładzinę, ponieważ ku uciesze pozostających tam
      domowników nareszcie można było zaadoptować go na bardzo przecież przez lata
      potrzebne pomieszczenie sypialniane rodzicieli. Nie jest więc zaskakującym, że
      poproszono nas o wstrzymanie się od wchodzenia tamże w obuwiu wyjściowym.

      Tak jak miłemu panu było wówczas przykro tak tylko jeden Bóg raczy wiedzieć,
      ponieważ ja będąc wyjątkowo podekscytowana pójściem na „mojo rodzicielskie” nie
      byłam w stanie zastanawiać się nad ogromem jego cierpienia a już tym bardziej
      nie podjęłabym się go mierzyć - z uwagi na fakt, w jakim błogim stanie
      szczęśliwości się znajdowałam.
      Jednak gdy radosne emocje już opadły a z natury jakoś dużo zastanawiam się nad
      tym co mnie otacza a szczególnie na tym co mnie bez- lub pośrednio dotyczy – po
      raz drugi (i nie ostatni!!!) w życiu znienawidziłam „tamtą” rodzinę. O
      pierwszym razie nie wspomnę (choć z pewnością jest to fascynująca historia)
      ponieważ nawet dziś zmuszona byłabym używać słów powszechnie uznawanych za
      obelżywe, a że na co dzień używam ich wystarczająco sporo, to się powstrzymam.

      Zdarzenie to nie miało dla mnie jednak większego znaczenia, ponieważ tak gorąco
      kochałam miłego pana, że za punkt honoru postawiłam sobie wspieranie go bez
      względu na wszystko oraz podnoszenie go z gleby zawsze kiedy coś lub ktoś
      będzie go o nią rzucał.

      Miły pan pracował bardzo ciężko, miał sporo braków emocjonalnych z tytułu
      niskiego poczucia wartości ale radził sobie doskonale, trzeba to przyznać.
      Imponował mi upartością w dążeniem do celu, operatywnością i odwagą życiową.
      Otrzymał też ogromny kredyt zaufania od mojej rodziny a także wykorzystywał
      szanse, które moi najbliżsi rzucali nam pod nogi, co by nam się lepiej wiodło.
      Wzrosło jego (wspomniane już) poczucie wartości a to przełożyło się na jakość
      naszego wspólnego życia, między innymi oczywiście….

      *

      W te święta po raz pierwszy stanowczo odmówił zajęcia miejsca przy wspólnym
      stole z moją rodziną. Na moje sugestie, aby jednak wzniósł się ponad podziały
      chociaż w ten dzień, „rzucił mięsem” i stanowczo stwierdził, że udawanie jest
      nie w jego stylu i ma to w tak zwanej głębokiej dupie, że czeka na niego
      nakrycie, jak zawsze... Bóg mi świadkiem, że rozczuliłby mnie do łez gdyby
      jednak udowodnił, że ma jaja (bynajmniej nie wielkanocne) i chociaż tego dnia
      okazał jeśli nie mnie, to przynajmniej tym, którzy oddaliby mu szpik kostny –
      odrobinę szacunku. Głupio gadam? Być może. Jestem jednak wciąż pod wpływem jego
      rzewnego monologu sprzed dni paru, w którym to stał się ucieleśnieniem
      desperacji w dążeniu do naprawy swoich błędów w celu przywrócenia poprzedniego,
      szczęśliwego stanu rzeczy…

      Naiwna jestem? A do tego egoistka? Tak, to prawda. Wciąż podświadomie mam
      nadzieję, że te teorie, które teraz wygłasza (nie przytoczę!) po spędzonych
      przy wódce świętach z tymi, którzy wypuścili go niegdyś od siebie w nieświeżych
      onucach, to tylko efekt rozpaczliwych poszukiwań swojego miejsca na ziemi, bez
      względu na efekt cieplarniany i dziurę ozonową…

      Ale chyba na szczęście tracę już cierpliwość.
      Jaki to fart, że do Bożego Narodzenia jeszcze cała kupa lat świetlnych!
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 17.04.07, 18:24
      Minione dni stały się modelowym przykładem permanentnej stagnacji w życiu
      codziennym, przy jednoczesnych, wyczuwalnych cyklicznie zmianach ciężaru
      powietrza - ot taki rozwodowy paradoks. Miły pan cierpi ostatnio na częste,
      nieprzewidywalne nijak zmiany nastrojów. Tak częste, że zaczynam się martwić o
      niego z takiej czystej, ludzkiej życzliwości (...żartowałam!). Jednym razem
      uderza w płacz zapewniając o swojej dozgonnej miłości oraz zdecydowanej chęci w
      dążeniu do poprawy spapranego stanu rzeczy za wszelką cenę - innym zaś budzi
      się w nim Conan Barbarzyńca i rzuca mięsem z prawa na lewo gruzując
      emocjonalnie najbliższe otoczenie, czyli mnie.

      Tempo i charakter tych zmian głównie mnie bawi i rozczula, jednak zdarza się,
      że wprawia w silne przygnębienie, szczególnie wtedy, gdy sama próbuję wyleźć z
      jakiegoś osobistego doła.
      Systematycznie ogarnia mnie też bezradność i niemoc, ponieważ ataki Conana
      wiążą się z wypluwaniem zgryźliwych zarzutów wobec mojej osoby - precyzyjnie
      dobieranych z całego wachlarza wyimaginowanych wad, postępków i zachowań, które
      to jakoby są moją własnością - a że jest jeden na jednego to udowadnianie
      czegokolwiek traci sens.
      Conan nie omieszka wyciągnąć na światło dzienne najbardziej zadawnionych
      historii mojego życia, które swego (przedwojennego) czasu miał sposobność
      wysłuchiwać, kiedy to ufna jego zaangażowaniu w nasze pozytywne relacje,
      wypłakiwałam powyższe na podówczas przyjaznym jeszcze ramieniu.
      Wykorzystuje perfidnie wszystko, na co jeszcze mu jego krótka pamięć pozwala i
      choć nie ma tego za wiele, na całe moje zakichane szczęście, to i tak
      przywołuje niemiłe wspomnienia, które bynajmniej go nigdy nie dotyczyły –
      chcieć to ująć jednym słowem należałoby się pokusić o słowo nieco mocniejsze
      niż „zwykłe świństwo”.

      Abstrahując już od zaprzeszłości, Conan miota się jak gówno w przerębli
      zarzucając mi niestosowność mojego zachowania w czasach jak najbardziej
      współczesnych. Najpierw grzecznie prosi, żeby „dopóki jeszcze żoną jego jestem”
      zachowywała się adekwatnie do statusu, jakim mnie obdarzył los, [czyt. nie
      uskuteczniać towarzyskich wypraw w sobotnie wieczory wracając do domu nad ranem
      z rogalem na twarzy (przyganiał kocioł garnkowi, dobre sobie)]. Następnie ja
      tłumaczę, że „żoną się już nie poczuwam” a „oficjalne rozwiązanie więzi potrwa
      jeszcze całą kupę czasu” i to z przyczyn niezależnych ani ode mnie ani od niego
      oraz, że nie widzę powodu, żeby do tego czasu „przyspawać się do rury
      kanalizacyjnej przed domem i co rusz analizować tragedię, która mnie spotkała”
      puszy się jak kurz na panelach i zaczyna straszyć!

      Straszy na przeróżne sposoby, a że mało skutecznie (bo jakoś się nie trzęsę)
      posuwa się do czynów jeszcze bardziej żenujących. Słynie on mianowicie ze
      spektakularnych aktów złośliwości (które to zresztą i mnie wytyka przy każdej
      sposobności). Jest w tym tak zapamiętale nieustępliwy, że nie tylko ręce
      opadają ale i żyć się odechciewa.
      Wyczuwam, że po moim sobotnim wypadzie jego umysł wpadł w przedziwny stan
      przypominający delirium pod wpływem zazdrości lub też raczej zawiści wybełtanej
      z niechęcią, odrobiną odrazy i przemożnym pragnieniem zemsty. Ten stan umysłu
      utrzymywał się mu od momentu mojego pojawienia się w domu aż do 9 rano, kiedy
      to z dziką radością wstał, otrzepał się, zrobił przedziałek i załączył swoją
      niedawną zdobycz – zestaw kolumn grających w ilości sztuk chyba 9 Ze
      wspomnianego sprzętu zaczęła płynąć nienajgorsza muzyka, obdarzona jednak
      sowicie całą masą niskich tonów poruszających rytmicznie „jego sufit” a „moją
      podłogę” (equalizerowi na więcej nie starczyło umiejętności).

      Jako, że mój nocny wypad zakończył się dość późno (a raczej wcześnie, jak kto
      woli) i nie stroniłam pół nocy od mocnych drinków, mózg całkowicie odmówił mi
      posłuszeństwa i pulsował sobie niekontrolowanie w rytm dobiegającej z dołu
      muzyki. Próbowałam zwlec się z łóżka, jednak nogami też wbrew pozorom steruje
      ten strzęp w mojej czaszce, który podpowiadał mi stanowczo, żebym dała sobie na
      wstrzymanie, bo i tak nie dam rady, więc zmuszona byłam odpuścić. Po chwili
      pulsowało mi już całe ciało, w związku z powyższym opadłam całkowicie z sił, co
      potem okazało się jednak dla mnie zbawienne. Po dłuższym braku reakcji z mojej
      strony DJ Conan zaprzestał swego procederu - widocznie samemu nie wytrzymując
      tego harmidru, jednak nie poddał się bez walki i wpadł na dużo doskonalszy
      pomysł. Postanowił osobiście pofatygować się w miejsce, w którym dogorywało me
      zbezczeszczone ciało i...
      ...odświeżyć powietrze.

      Z cierpliwością godną samego żuka gnojaka toczącego swą kulę z końskich
      odchodów, wchodził bezustannie podciągając rolety i otwierając mi okno -
      katując mnie koniecznością mojego zwlekania się z leżanki i odwracania skutków
      tej działalności, gdyż oczy moje tęskniły teraz za pulsowaniem mózgu, które
      okazało się być właściwie przyjemnością, jakich w życiu niewiele.
      No istne domowe przedszkole!

      Jak widać Conan ma w sobie nieograniczone pokłady negatywnej energii i jest to
      jakby zrozumiałe, jednak dokumentnie nie jestem w stanie pojąć jego autoślepoty!
      Conan do dziś nie zauważył, że pierwszy miesiąc po głośnym wyartykułowaniu
      podjętej decyzji o rozstaniu ja właściwie tylko biernie czekałam. Na co? No
      sama nie wiem, na jakiś cud może? Na to, że się opamięta? Że się coś odmieni?
      Chryste Panie, czy ja naprawdę mam obowiązek dozgonnego użalania się nad sobą i
      dbania o uczucia miłego pana, choćby tylko po to, żeby powietrze nie bywało już
      tak ciężkie?
      Uprzejmie informuję, że niniejszym poświęcam lekkość atmosfery na rzecz dbania
      wyłącznie o własny tyłek!
      Najwyżej głowa będzie mnie częściej bolała, chrzanić to!
    • ol_ka2 Re: Przyczyny bezpośrednie... 20.04.07, 13:58
      Leżę sobie na mojej nowej ulubionej kanapie pod moją ulubioną ścianą i rozmyślam
      sobie nad moim ulubionym życiem ... Nie! Stop! .. nie ulubionym przecież.
      Do dupy z tym wszystkim!
      Tak na dobrą sprawę burzę zasiał ... ten problem, który wciąż nazywa się tak
      samo ... rozwód.
      Małżeństwo rozpadło się na dwa niezależne byty i te byty rozeszły się w dwie
      różne strony tego samego świata

      Miałam na niego [męża, nie_męża] podobno zły wpływ.
      W odwecie, On pokazał mi jęzor, otoczywszy smrodliwym dymem pomówień
      o kolaborację z samym diabłem, o konszachty.
      W oczach moich można wyczytać zdumienie, co już zbliża mnie raczej do idiotek.
      Wbrew pozorom to zbliżenie jest istotne, bardzo, jak teraz widać.
      Natomiast, Jego złe imię przykrył ogonem - zapewne ten sam diabeł.
      Małżonek ten i kilku innych wspólnie produkują w nim bohatera, że tylko
      siadłszy, i płacz.
      Zawsze znajdzie się gdzieś bohaterska rodzina, wpakuje Go na wysoki stołek,
      ponumeruje mu wszystkie kartki scenariusza i zacznie od zera. Bez dzieci.
      Ja nie porzuciłam nikogo z dzieckiem, a jeśli kogoś zapłodniłam, to co najwyżej
      ideą.
      Fajnie jest być mężczyzną, i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.
      Może więc Szanowny małżonek mówić o tak zwanym szczęściu, bo w moim przypadku
      nie ma o czym mówić.
      Na razie jeszcze jestem, myślę i ‘huśtam się w hamaku’. Huśtam się, więc jestem.
      Stawiam przed sobą orzeszki i uśmiecham się z lekką wyższością tym rodzajem
      uśmiechu, który znają tylko kobiety. Cicha muzyka, jakaś oszroniona butelka.
      W końcu po latach nawet wojna wydaje się zabawna, nieprawdaż ? Liczę na to!
      Z utęsknieniem czekam na koniec złych emocji.

      Rewiduję swoją powierzchowną ocenę mojej osoby.
      Jestem całkiem zwyczajna, zbyt energiczna i emocjonalna.
      Pędzę do przodu bez zastanowienia i nie dostrzegam, że ktoś może za mną
      nie nadążyć.
      Prawdopodobnie jestem silna, ponieważ siła człowieka polega na tym, że się
      podnosi, a ja to umiem.
      Pojadę może do Katmandu. Natchnę się, odpocznę, uduchowię, może wymyślę,
      co dalej ... bo jak na razie, małżeństwo stało się bardziej niebezpieczne
      od rosyjskiej ruletki.
      .. bo kiedy tylko Go zobaczę, mam mordercze skłonności i rozumiem nagłówki
      z gazet, którymi niegdyś byłam zdziwiona:
      „Morderca bez widocznych powodów rzucił się na ofiarę i zadał jej kilkadziesiąt
      ciosów nożem. Schwytany przez policję, nie potrafił wytłumaczyć racjonalnie
      swojego zachowania” ... zatem powstrzymuję się, tłumacząc praktycznie,
      że nawet jeśli zostanie to uznane za zbrodnię w afekcie, to i tak wyjdę z kicia,
      dopiero kiedy dzieci pójdą na studia.
      Pieprzona furiatka ze mnie. Może hormony mają inne poziomy ..
      (czegoś za mało albo za dużo?) w każdym razie obudzoną żądzę zamordowania
      postanowiłam uciszyć w przysłowiowych wiosennych porządkach. Ale żeby chciało
      mi się tak, jak mi się nie chce. Chociaż ostatnio podczas napadów pobudliwości
      posprzątałam większość szaf i szafek. Dokumentów i dyrdymałów.
      Posadzone mam już kwiatki. Jak na razie zdechły mi tylko tulipany.
      Aby do lata!
      • maheda ups? ;) n/t 20.04.07, 14:11

        • panda_zielona Re: ups? ;) n/t 20.04.07, 14:26
          No i zrobił się wątek tragikomiczny.Smutny,a jednak wywołujący uśmiech na
          twarzy,przynajmniej u mnie.
    • ol_ka2 zaćmienie ... 25.04.07, 12:15
      Głucha złość mną siepie, jeszcze czuję podskórne lodowate dreszcze, po tym,
      co mnie spotkało. Zapomniałam o rozwodzie – własnym!
      To było jakieś wariactwo!
      Sądny dzień nastał ..a ja mdłym z rozespania głosem - witam się z porankiem ,
      śniadaniowe kanapki już czekają - jestem w pracy i z pomocą kilku periodyków
      wypełniłam kalendarz na następny dzień . W oszołomieniu patrzę na wezwanie ..
      dzisiejsza data! NIE!
      .. może to złudzenie! Nie - moż -li -we !!! {skanduję przerażona}.
      Czy ratuje mnie jakakolwiek niedyspozycja ?
      Dokonuję dogłębnej analizy ... 10:08 – godzina zero – 11:30 ... zdążę ... uffff
      Wpadam do sądu dość późno. Bardzo mi się chce do łazienki.
      Ale to będzie musiało poczekać. W podwiniętych jeansach, t-shircie wyglądałam
      jak uczennica, która urwała się z lekcji ..
      Myśli dryfują jak chmury po niebie, z każdą chwilą kręcę się szybciej, szybciej
      - jak barwna karuzela.
      Czuję się tak, jakbym zawisła w powietrzu na niewidzialnej nitce...
      Co jest ważne dla człowieka ? Jasne, że rodzina., zwłaszcza najbliższa.
      [wybaczcie!] Mam odmienne wrażenie! To kłębowisko żmij! Wiem, to nie przelewki!
      ..ale prawo osobowości mówi, że ‘ludzie som różne’ – zatem, ‘moja’ rodzina
      - jest różna !
      Gdy pojawili się na sądowym korytarzu, przestałam oddychać wink ale nie zmieniłam
      miejsca, z którego oglądałam sądowy świat. I tu ..muszę podziękować
      [nie wiem komu?] za wsparcie sądowych korytarzy, za ich nieskrępowaną
      przestronność!
      ..zdałam sobie sprawę z tego, że jestem „z nimi niekoniecznie”, tym samym,
      utwierdziłam ich w przekonaniu, że jestem nadętą krową, która odcina się
      od rodziny wink [jakiś czas temu potraktowali mnie gilotyną]
      Spojrzenie teściowej wyżarło mi dziurę.
      Módlcie się za mnie, także przyjaciele grzesznicy!
      Czy to już koniec świata, czy tylko mnie ? Jestem w potrzebie.
      W oczekiwaniu, śledząc ich losy z daleka... wykrzykuję szeptem swój strach
      do słuchawki.
      Jak to zrobić, żeby człowiek sam dla siebie pozostał niewybuchem ?
      Sytuacja nadal napięta i niepewna jak w Iraku. Po pierwsze żaden mur obronny
      tu nie pomoże, bo wróg zdesperowany każdy mur przeskoczy. Poza tym ile da się
      wymyślić powodów do utrzymania rozejmu: głowa może boleć najwyżej dwa razy
      w tygodniu, praca do późna działa tylko po ciemku, a wróg lub zaczaić się bladym
      świtem.
      Nagle ..spektakularnie otwierają się drzwi, wychodzą po nas ..prawdziwe
      niebezpieczeństwo czyhało wewnątrz - z pozoru cichy małżonek okazał się,
      za przeproszeniem, koniem trojańskim.
      Z takiego konia wyszło nagle szydło z worka. Nadawał On komunikaty, które mogły
      zabić na miejscu.
      ...cdn
      • reddy_to_go czy ten wątek to konkurs 25.04.07, 23:39
        na wodolejstwo?
        • tricolour Dokładnie tak... 25.04.07, 23:40
          ... i Sznorufka czeka na oznaki uwielbienia dla umiejętności literackich...
          • bazyliada Re: Dokładnie tak... 26.04.07, 00:01
            W różny sposób można radzic sobie z traumatycznymi przeżyciami,
            opisując je w ironiczny sposób także.
            Ja tak nie potrafię- u innych szanuję.
            A nawet podoba mi się smile
    • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 02.05.07, 09:30
      Sznorufka weszła tu dziś po dłuższej przerwie wylać kolejną porcję breji
      leczących jej odleżyny na umyśle i oczom wiary nie daje!
      Miał sobie wątek 19 postów, które w większości sama ona wybazgrała, bo jej się
      lżej na skopanej duszy robiło, nikt się Sznorufce w wątek nie mieszał, niewielu
      go czytało bo i zadbała o to robiąc trzy błędy ortograficzne we własnym nick’u,
      miała Sznorufka swój własny kawałek wirtualnego areału a tu masz ci los!

      Sznorufka ma w dupie wszelkie oznaki uwielbienia, bo umiejętności Bozia dała
      jej niewiele, a te które ma, przy literackich nawet nie stały. Sznorufka ówdzie
      ma również opinie na swój temat, bo nikt jej tu nie zna i niech się z tego
      cieszy - tylko by żałował. Sznorufka jest chroniczną egoistką i ma w tej samej
      dupie to co dalej nastąpi w życiu tej, co jej się w jej terytorium z buciorami
      wtrąbiła. A poszła-ty na swoje hektary!

      Chryste Panie, daj mi więcej siły, abym znosić z godnością mogła tą
      nieskończoną masę efekciarzy, która mnie otacza.
      • panda_zielona Re: Przyczyny bezpośrednie... 07.05.07, 23:49
        Skoro Sznorufka jest chroniczną egoistką to moze niech się nie dziwuje,ze miły
        Pan chce s......ć
    • fankaaa Re: Przyczyny bezpośrednie... 08.05.07, 11:24
      Jeśli Ci tak kompletnie nie zależy na a) opinii innych forumowiczów b)tym,co
      się w ich życiu wydarzy lub nie wydarzy, to po co w ogóle akurat tutaj
      postanowiłaś się zaprezentować ? Pisz sobie pamiętnik, albo bloga ( co juz ktoś
      wcześniej zasugerował). Wszyscy juz wiedzą, że jesteś egoistką i doprawdy nie
      musisz tego powtarzać po raz kolejny. A i chwalić się też nie ma czym ....
      • sznorufka Re: Przyczyny bezpośrednie... 09.05.07, 17:36
        > Jeśli Ci tak kompletnie nie zależy na a) opinii innych forumowiczów b)tym,co
        > się w ich życiu wydarzy lub nie wydarzy, to po co w ogóle akurat tutaj
        > postanowiłaś się zaprezentować ?

        Odp. Bo łatwo mógł moją spowiedź tutaj odnaleźć, kobieto pusta jak dzwon!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka