sznorufka
29.03.07, 07:43
Przyczyny bezpośrednie: dwa sny (noc po nocy), jedno agresywne spojrzenie i
niespełniona prośba, alkoholowy oddech przy śniadaniu i 11 godzin za
kierownicą, podczas których nastąpiła wewnętrzna projekcja 30 letniego, lekko
podmarnowanego życia z narzucającą się nachalnie wizją przyszłości.
Nawet ciężko nazwać ten moment otwarciem oczu, bardziej kojarzy mi się to z
kopniakiem w twarz. To tak jakbym od lat żyła na prochach, na dodatek w
autystycznym świecie, skoncentrowana na dążeniu do pełni szczęścia, bez
względu na otoczenie...
Egoistka pieprzona!
Skąd więc ten prezent od losu, skąd ten kopniak? I dlaczego odbieram go
właśnie jako prezent, rozczulając się nad tym drugim rzeczownikiem? Dlaczego
tak łatwo przyszło mi zdecydować o przekreśleniu ostatnich kilku długich lat
małżeństwa... czy to mi gdzieś ktoś tak zapisał?
W pośpiechu odsuwam w myślach na bok „przyczyny bezpośrednie”, wchodzę
głębiej, bo cóż to za banały do cholery!?
Nie muszę długo grzebać w tej szufladzie, wszystko układa się jak w kolorowej
zabawce, którą w dzieciństwie przykładało się do oka i spoglądało przez nią
pod światło, pamiętacie te kolorowe kamyczki?
Pamiętam pierwsze wyzwisko i pierwszy siniak (cóż za bzdura, przecież nie
pozostawałaś dłużna!).
Pamiętam pierwszą scenę zazdrości o wyimaginowaną zdradę (ale przecież
kretynko atrakcyjna jesteś, więc nie jest powiedziane, że nikt cię nie
przeleciał!).
Pamiętam pierwsze nocne powroty, wzbudzające niepokój i pierwszy rzucony
telefon (idiotka! Przecież odwdzięczałaś się tym samym!).
Pamiętam też pierwszy wstyd przed ludźmi za wypowiedziane słowa czy wątpliwy
uczynek (widziały gały co brały!).
Ze strachu odczuwam silną chęć tłumaczenia się samej przed sobą, cóż za
nonsens?!
Przecież miałam ciągłe problemy z okazywaniem tak zwanej miłości!
Przecież stroniłam od łóżka bynajmniej nie z powodu chęci przyłożenia głowy
do poduszki!
Przecież unikałam jak ognia rozmów i chwil, które można by spędzić wspólnie!
Przecież byłam złośliwa, opryskliwa, cyniczna i niemiła!
Przecież obrażałam, zrzędziłam, wytykałam, poniżałam i robiłam awantury!
Co czuję tak w ogóle, oprócz złości i bezsilności...?
Nic! Jestem już pusta jak dzwon! I to bynajmniej nie z powodu braku dukatów,
tych mam całą masę, przynajmniej na tyle dużo, żeby stały się powodem do
plotek: „mieli wszystko i tak to na zmarnowanie poszło!”.
Brakowało nam do pełni tamtego „szczęścia” tylko dzieci. On nie mógł mi ich
dać, tak się z nami los obszedł niestety. Ale skoro przysięgłam przed Bogiem,
że „w zdrowiu i chorobie” to zwykłam być kawałkiem mięsa na ginekologicznej
leżance w klinice od probówek – PUDŁO! – potem hodowałam w sobie ziarenko
pragnienia zaopiekowania się nie rodzonymi przez siebie dziećmi – YES, YES,
YES! – dojrzałam ku jego uciesze i wpadłam w trans.
Wszystko pojaśniało no i ta wiosna za niedługo przecież! Spotkanie za
spotkaniem, pełen optymizm, radosna ślepota na niemiłe przyziemności.
A ty nagle – PUDŁO!
Przyczyny bezpośrednie: dwa sny (noc po nocy), jedno agresywne spojrzenie i
niespełniona prośba, alkoholowy oddech przy śniadaniu i 11 godzin za
kierownicą, podczas których nastąpiła wewnętrzna projekcja 30 letniego, lekko
podmarnowanego życia z narzucającą się nachalnie wizją przyszłości.
Przecież ja nie chcę takiego domu dla „moich, nowych dzieci”!!
Niby nic a jednak....
Nigdy wcześniej nie byłam sama, czuję więc, że pękam i mięknę jak skrapiana
lignina. Dużo łatwiej byłoby odwołać ten krzyk rozpaczy i ulec namowom tego
miłego, obcego pana, który niedługo się wyprowadzi – mam nadzieję....
Ten pan niby nie chce mnie stracić ale gdy wyłuszczono mu wszystkie z
przyczyn, obrażony fuka tylko i upiera się, że te przyczyny, to żadne
przyczyny to tylko skutki, bo on ma swoje własne przyczyny i to dlatego
właśnie te niby moje przyczyny-skutki mogłam sobie w ogóle wymyślić, no i...
że głupia jestem!
Cóż za pouczająca konwersacja.
Cyniczna i opryskliwa wieczorem, tak bardzo pewna swego i przekonana o
nieszkodliwości swojego brudu za pazurami i konieczności dokończenia procesu
rozpadu łamię się w pół z rana i wyrywam sobie kamień z żołądka, który nie
wiadomo skąd się tam wziął – przecież to było tylko kilka godzin snu!
Egoistka pieprzona!
Nie mam już za wiele czasu na życie, wpadam w panikę!
Jestem bezwolnym świadkiem permanentnej walki pomiędzy wielkim wyrzutem
sumienia i strachem przed faktem spalenia za sobą wszystkich mostów a silną
niechęcią do codzienności i do współuczestniczenia w tej farsie.
Gdyby tak móc zawinąć się w kokon i przeczekać, nie mieć rąk ani nóg ani
nawet strzępów mózgu, stać się szklaną kulką w rękach dziecka i zdać się
tylko na jego dłonie...
Życie podeptało moją wyobraźnię...
Boże, co ja robię?