malwina331
06.10.07, 10:16
Dziwnie się czuję. Jestem ze swoim NM,mieszkamy razem, wychowujemy
wspólnie jego i mojego syna, mamy wspólne dziecko. Dotąd wydawało mi
się że nasz związek jest oparty na solidnych podstawach,że planujemy
wspólną przyszłość. W związku z tym że odczuwam niedogodność
spotykając się z nauczycielkami mojego pasierba, przedstawiając się
jako - no właśnie kto? Formalnie jestem dla niego osobą obcą. Głupio
mi też gdy mówię że mojego syna zabierze z przedszkola czy z jakiś
urodzin - no właśnie kto? Mówię mój partner, mój przyjaciel...
Zaczełam więc z moim NM rozmowę że może weźmiemy ślub. Ułatwi to
relacje zewnętrzne, poza tym dzieci poczują bardziej że jesteśmy
rodziną. Wydawało mi się to naturalne, w końcu jesteśmy ze sobą,
mamy dziecko, oboje przeżyliśmy rozpad rodzin i miałam wrażenie że
cenimy sobie swój związek, rodzinkę zrekonstrouwaną. I co
usłyszałam ? Tysiąc argumentów na nie, z których jakąkolwiek logikę
miał argument o samotnym rozliczaniu się z dzieckiem - dla obojgu
podatkowo korzystniejsze. Ale naczelnym powodem miałoby być to że
mój NM zniechęcił się do instytucji małżeństwa. Jakiej instytucji,
cholera?! Małzeństwo to zwiazek dwojga ludzi. Uświadomiłam sobie że
on po prostu nie chce się ze mną ożenić. A to oznacza że chce sobie
zachowac jakąś furtkę na wypadek gdyby nie wyszło. Jak moze wiec
wyjść jak od razu tak zakłada. Czy schizuję myśląc że gdyby mnie
kochał, chciał przeżyć ze mną życie - to też chciałby ze mną być ,
także formalnie? Jest mi z tym strasznie źle. Wydaje mi się że jak
facet kocha kobietę to chce by była jego żoną. Wnioski więc nasuwają
mi się same. Mam tysiac myśli w głowie. Kim ja dla niego jestem -
kucharką, opiekunką dzieci? Czy jest jakiś błąd w moim myśleniu, że
jak ludzie są ze sobą, kochają się, mają dzieko i stworzyli dom
dwojgu innym dzieciom, planują wspólnie przyszłość - to nie powinno
stanowić problemu pobranie się? A jeśli dla jednego z partnerów
stanowi to jest coś nie hallo w relacjach?