Majkelu, napisałeś w wątku pokopanki „jak to najlepiej rozegrac?”: „jesli
się sami nie dogadacie to sąd przy rozwodzie nawet nie ruszy (na 99%)
wniosku o podział majątku. (…

Sąd nie może nikogo zmusić do pozbycia się
majątku. Przy rozwodzie w zasadzie majątek dzielony jest jedynie w przypadku
zgodnego wniosku, bowiem jest przepis który zezwala na oddalenie wniosku o
podział majątku w przypadku gdyby miało to przedłużyć postępowanie. A w
przypadku braku zgodnego wniosku praktycznie zawsze
to następuje.”
Ale napisałeś, że to „przy rozwodzie”…
a jak jest z tym po rozwodzie, podczas sprawy o podział?
Czy sąd może „zmusić”, jak się wyraziłeś, wnioskodawcę ?
Na co dzień, nie mam z exem kontaktu, jedynie podczas rozpraw,
brak współpracy, złośliwość, agresja słowna, przepychanki...żądania…
Podział majątku dotyczy sprawy o podział prawa i wkładu mieszkania
spółdzielczego lokatorskiego, otrzymanego w trakcie trwania małżeństwa,
kredyt w spółdzielni spłacony wspólnie,
(były już dwie sprawy, podczas drugiej decyzja sądu o zawieszeniu – bez
terminu, obecnie wznowiona na skutek pisma mecenasa exa, termin tuż tuż!)
Ja wnosiłam o podział, ponieważ zostałam do tego zobligowana przez
spółdzielnię. W momencie wyprowadzki exa - mieszkanie bardzo zadłużone z
tytułu czynszu, dług w całości spłacony przeze mnie po rozwodzie.
Nie mamy dokąd się wyprowadzić, jeśli wyrażę zgodę na oddanie mieszkania do
spółdzielni, a następnie na podział po połowie odzyskanej ze spółdzielni kasy
na pół.
Nie mam możliwości spłacenia żądanej przez exa kwoty 75 tys, (to połowa kwoty
wartości rynkowej, wycena przez rzeczoznawcę powołanego przez sąd).
W chwili obecnej stać mnie jedynie na czynsz. Wiem, że do momentu podziału, wg
prawa koszty czynszu powinny być dzielone na połowę, ale ja nawet nie marzę,
że odzyskam połowę spłaconego przeze mnie długu, który powstał do momentu
wspólnego zamieszkania (samo wymeldowanie administracyjne trwało rok i osiem
miesięcy!).
Prawda jest taka, że gdybym nie spłaciła tego długu, mieszkania już dawno by
nie było, ponieważ przygotowany był już pozew do sądu (główny najemca – ex)
przez spółdzielnię.
Spółdzielnia nie zajmuje się zamianą mieszkań na mniejsze. Wykup mieszkania
(koszt ok. 10 tys.) i spłata exa, nie wchodzą w rachubę, ponieważ jeśli nawet
udałoby się wykupić i potem sprzedać mieszkanie, to za pozostałą kwotę nie uda
mi się nic kupić (najmniejsze mieszkanie to ok. 145 tys.).
Jestem osobą 50+, chorą i od jakiegoś czasu bezrobotną (niewielkie
miasteczko), szanse na znalezienie pracy praktycznie znikome. Żyję z pomocy
siostry i znajomych. Mieszkam z dwójką pełnoletnich, studiujących dzieci.
Jedno z nich otrzymuje 250 zł alimentów. Drugiemu z dzieci alimenty zostały
odebrane, ponieważ dorabiało podczas wakacji, zmuszone przenieść się na
studia zaoczne aby przeżyć, nie wnosiło apelacji, nie chce oglądać ojca na oczy.
Mam radcę prawnego – z urzędu, który poza obecnością podczas rozpraw, nie robi
zupełnie nic…
Wiem, że nie ma eksmisji na bruk, ale… Co nas czeka? Pod most?
Mnie nie chodzi o kasę, jak exowi, lecz o dach nad głową dla mnie i dzieci.
Proszę o pomoc.