01.06.09, 11:32
Rok temu dowiedziałam się, że mój mąż ma romans z kobietą z którą spotykał się 13 lat temu. Wtedy chciałam się rozwieść. Prosił żebym dała mu szansę i obiecał to zakończyć. Niestety okazuje się że przez te 13 lat byłam oszukiwana. Byłam głupia i naiwna, że mu uwierzyłam i nie miałam żadnych podejrzeń. W tamtym roku dostał kolejną szansę. Niestety nie skorzystał z niej. Potrzeba było chyba tych kilku miesięcy żeby dojrzeć do decyzji o rozwodzie. Teraz chcę tego. Czuję się upokorzona, a chcę mieć szacunek do samej siebie. Jest we mnie tak dużo żalu i bólu, że nie wiem jak zdołam to wszystko udźwignąć.
Obserwuj wątek
    • plujeczka Re: koniec 01.06.09, 14:34
      DANIUSU!-UDŹWIGNIESZ TEN CIEŻAR-skoro poprzednio potrafiłaś wybaczyć a to
      nie udaje się każdej( każdemu ) to teraz bedziesz umiała przez to przejśĆ.
      Tak naprawdę siły biorą się W nas nie wiadomo skąd , może drzemią w nas
      ukryte ?..moze dostajemy je w nagrodę po to abyt właśnie w takich
      sytuacjach radzić sobie z problemem.
      sKORO JESTEŚ PEWNA SWOJEJ DECYZJI O ZAKOŃCZENIU MAŁŻEŃSTWA nie czekaj -
      złóz pozew, ze zswojego doświadczenia wiem ,że lepiej atakowac niż być
      atakowanym.Pozdrawiam
      • elvisobecny Re: koniec 01.06.09, 14:56
        ja też trzymam kciuki !!!
        • danuska_w_65 re elvis 02.06.09, 07:42
          Dzięki, każde dobre słowo i trzymanie kciuków przyda mi się teraz kiedy nadchodzą trudne dla mnie chwile.
          Pozdrawiam
      • danuska_w_65 re plujeczka 02.06.09, 07:40
        Dzięki za słowa wsparcia. Są mi one bardzo potrzebne. Tym bardziej, że nadal miotam się w swoich postanowieniach. Z jednej strony wolałabym uratować to małżeństwo, z drugiej nie widzę sensu, aby to dalej ciągnąć i dalej się poniżać. Zwłaszcza, że ze strony męża nie widać odrobiny skruchy czy żalu, że tak postąpił. Z tego co widzę nie ma zamiaru zakończyć tej znajomości, więc chyba najrozsądniej będzie samej podjąć kroki aby dać sobie wolność i uratować resztki dumy.
        Pozdrawiam
        • super.anczysko Re: re plujeczka 02.06.09, 07:54
          Po co ratować coś, co nie istnieje? Dla tego, żeby na zewnątrz było
          widać, że nadal jestem żoną, on jest mężem, jesteśmy małżeństwem? W
          życiu, daj spokój, odejdź od notorycznego kłamcy i faceta, na którym
          nie możesz polegać. Dobrze mówisz - to jest upokorzenie. On sobie
          pewnie myśli - jest ze mną, mimo że o wszystkim wie, ale jest ze mną
          bo pewnie nie może beze mnie żyć. A co, Ty jesteś jakiś bluszcz,
          żebyś się musiała koniecznie na kimś opierać? Bo co, nie dasz rady
          stać sama?
          Skoro sama mówisz, że masz resztki dumy, to je ratuj. Wysieś je na
          sztandar i odejdź, niech powiewają na wietrze.
          Ja tak zrobiłam, wprawdzie w moim przypadku zdrady nie było, ale
          wytrzymać dłużej też się nie dało. Dlaczego miałam być męczennicą???
          Pozdrawiam, życzę siły, trzymam kciuki.
          • danuska_w_65 re super.anczysko 02.06.09, 08:35
            Dzięki. Masz rację wbrew wszelkim pozorom to małżeństwo nie istnieje od dawna. Nie chcę być bluszczem, chociaż w tej chwili nie wyobrażam sobie życia w samotności. Najtrudniejsze dopiero przede mną. I ta nieznośna świadomość, że ona wygrała. Trudno pogodzić się z faktem, że ona ma satysfakcję z mojej porażki.
            Pozdrawiam
    • anka42_pl Re: koniec 02.06.09, 08:54
      My mieliśmy 22 dwa lata po ślubie.Exowi zachciało sie amorów po
      czterdziestce (ponoć częsty przypadek).Podobnie jak u ciebie: nie
      chciał rozwodu,zależało mu na opinii.A od tych miłostek w głowie mu
      się poprzewracało.Zaczęły sie awantury,poniżanie,upokarzanie i bicie
      przy synach.Na niczym mu nie zależało,tylko na tym,żeby mnie
      wykończyć psychicznie,jednocześnie z zachowaniem pozorów na
      zewnątrz.Teraz (miesiąc po rozwodzie) ma młodszą,wdówkę z dwójką
      dzieci,gdzie siedzi całymi dniami.Miłość kwitnie.Podobno byli
      teściowie nie sa zadowoleni.On zakochany,ale nie wygląda
      dobrze.Nerwy go zżerają,bo ukochana mamusia musiała mu nieźle
      nagadać.Ja wiem,że wychowywanie obcych dzieci też mu sie kiedyś
      zbrzydnie,tym bardziej,że przy swoich palcem nie kiwnął.Więc ja
      sobie spokojnie na to poczekam.Ciągle czuję żal i smutek po
      rozpieprzonym zwiazku,ale nie ma sensu ciagnąć czegoś,co można tylko
      nazwać przyzwyczajeniem.Miłość jest potrzebna do życia,a jak pieskom
      brakuje atrakcji w łóżku,to niech ganiają za suczkami,one też sie im
      kiedyś znudza.Może na starość przyjdzie im chwila refleksji i
      pomyślą głową,a nie ...... tylko,ze bedzie juz za późno.
      • rura11 Re: koniec 02.06.09, 09:12
        Mój m przez całe nasze małżeństwo się znęcał psychicznie,a w ubiegłym roku
        powiedział mi,że nie chce ze mną żyć i mam coś z tym zrobić.Bolało jak
        diabli.Wyprowadziłam się z dorosłymi dziećmi z domu.Prosił i wróciłam.W marcu
        tego roku na 25 tą rocznicę ślubu wyzwał mnie strasznie-nie wytrzymałam wniosłam
        pozew i czekam na rozprawę.Wniosłam bez orzekania o winie,ale dzieci(24 i 22
        lata)chcą zeznawać na jego niekorzyść.Jest mi ciężko,wyprowadzam się z własnego
        mieszkania teraz na wynajem ,myślę,że za 2 lata do własnego.Zamiast pomóc
        dzieciom w starcie życiowym sama jestem na starcie.Poradzimy sobie we
        trójkę,zwłaszcza,że starszy już się w tym miesiącu broni i za chwilę pójdzie do
        pracy.
        • danuska_w_65 re rura11 02.06.09, 09:50
          Wiem co czujesz, mnie chyba czeka to samo. Start od nowa, poszukiwanie mieszkania itp. Na rozwód bez orzekania o jego winie nie zgodzę się. Musi ponieść konsekwencje. Cieszę się, że znalazłam to forum. Wszyscy, którzy do mnie piszecie wzmacniacie mnie psychicznie. Wiem, że nie jestem beznadziejnym przypadkiem, że są kobiety, które przeżywają to samo co ja. Musimy się wspierać choćby dobrym słowem. Wierzyć w to, że zaświeci dla nas słoneczko i wszystko dobrze się skończy. Myślisz, że łatwo mi tak mówić? Nie. Mój koszmar dopiero przede mną.
      • danuska_w_65 re anka42 02.06.09, 09:18
        Czytam co napisałaś i czuję jakbym czytała o sobie. Choć u mnie obyło się bez
        bicia. Masz rację, nie ma sensu ciągnąć czegoś co nie istnieje. W tej chwili to
        tylko pozory dla ludzi i czyste wygodnictwo z jego strony. W domu ma uprane,
        uprasowane, posprzątane. Ona zapewne ma tylko ładnie wyglądać i dostarczać mu
        przyjemności. Prawdziwy piesek i suczka. Przykre to ale życzę mu aby bardzo
        gorzko kiedyś tego pożałował.
        Pozdrawiam
        • anka42_pl Re: re anka42 02.06.09, 09:29
          Myślę,że pożałują,tym bardziej,ze nasze zwiazki nie trwały 2-3 lata.
          Człowiek ma swoje przyzwyczajenia i jakiś obrany rytm życia.Czy
          można to zmienić w wieku 45 lat? Nie wiem,ale ja sie na jego
          wygodnictwo nie zgodziłam,dlatego wniosłam pozew.Teraz żyje w
          wielkim zauroczeniu,ale to minie z czasem.A potem????? Chyba,że sie
          mylę i to ja jestem do kitu,a jemu sie naprawdę życie ułoży przy
          boku innej z małymi jeszcze dziećmi (6 i 9 lat).W co ja nie
          wierzę smile.
          • danuska_w_65 re anka42 02.06.09, 09:40
            Pół mojego małżeństwa to było jedno wielkie kłamstwo. Ale chyba warto było
            spróbować ratować je chociażby po to żeby przekonać się, że nie warto. Decyzja o
            rozwodzie jest dla mnie wielkim przeżyciem, ale pomimo wielkiego żalu tłumaczę
            sobie, że robię to dla własnego dobra. To sobie daję wolność. Wreszcie
            przejrzałam na oczy i zobaczyłam z kim tak naprawdę żyłam tyle lat. I nie myśl,
            że jesteś do kitu. Ja staram się myśleć o sobie jak najlepiej. I tak naprawdę to
            nie mam sobie wiele do zarzucenia. Kochanką być o wiele łatwiej niż żoną.
            • anka42_pl Re: re anka42 02.06.09, 10:04
              Widzę,że nasze przypadki sa podobne.Juz przerabiałam nie raz
              temat "z kim ja żyłam" i nie widziałam tego,co teraz widzę,bo albo
              on sie tak bardzo zmienił,albo ukrywał to,co w końcu wylazło.I tego
              nie potrafię zrozumieć. Ostatnio powiedział ,że nie kocha mnie od 15
              lat!Co nie przeszkadzało mu żyć "normalnie" przy boku żony (która go
              naprawdę kochała) i dzieci.Jak można być tak perfidnym oszustem?Jak
              mozna żyć z taką świadomością i udawać,że wszystko jest ok przez
              tyle lat? Nie wiem,czy jest jakieś wytłumaczenie takiego
              zachowania,ale mnie to przerasta.Chyba rzeczywiscie tylko
              wygodnictwo i przystanek,gdzie zawsze mozna wrócić na ciepły obiadek.
              • danuska_w_65 re anka42 02.06.09, 10:30
                Na pewno twoje małżeństwo tak jak i moje nie zawsze było takie okropne. Ja też
                nie potrafię do końca zrozumieć dlaczego stało się to co się stało. Tym bardziej
                że mój mąż nie chce ze mną rozmawiać i mówi "rób co chcesz". Żenada. Myślę, że
                chce żeby do końca wszyscy uważali go za niewinnego, pokrzywdzonego. Może do
                końca nie wierzy, że stać mnie na ostateczny krok.
                • anka42_pl Re: re anka42 02.06.09, 10:46
                  Moj też nie wierzył.Usłyszałam nawet zdanie "nie złożysz pozwu,bo ci
                  na mnie zależy",bo on dobrze wiedział,ze do końca go
                  kochałam.Dlatego jest mi teraz cieżko sie z tym pogodzić.Ale próbuję
                  przejść nad tym w obojętność.Nic nie zmienię złością,smutkiem,ani
                  żadnym innym zachowaniem.Boję sie tylko życia w samotności.

                  Co do ich niewinnosci : miesiac po rozwodzie ma wielka miłość,do
                  której planuje się szybciutko wprowadzić.O czym to świadczy? Wszyscy
                  znajomi kiwają głowami z politowaniem. I moze gadać,ze to ja
                  rozwaliłam zwiazek.Kto mnie zna nie uwierzy.

                  Wydaje mi sie,ze u Ciebie bedzie podobnie.Niech tylko wyjdzie z tym
                  oficjalnie na zewnątrz.I wierz mi,ze tacy ludzie,którzy chcą być
                  dobrze postrzegani przez innych,bardzo to przeżywają i tu juz nie da
                  się stwarzać pozorów.Widać to na jego twarzy.Kłębek nerwów.
                  • danuska_w_65 re anka42 02.06.09, 10:57
                    Ja też boję się samotności, ale może na mnie też czeka gdzieś jakiś prawdziwy król, a nie ktoś kto króla udaje. Mój jeszcze mąż cieszy się powszechnym szacunkiem z racji wykonywanego zawodu i przesympatycznego podejścia do obcych ludzi. Więc mam wątpliwości czy odczuje jakąś niechęć ze strony ogółu. To raczej ja będę odepchnięta. Poza tym cały czas twierdzi, że mu na opinii ludzi nie zależy i nie obchodzi go co ludzie mówią. Szkoda że nie myśli o mnie i dzieciach.
                  • rura11 Re: Jeszcze raz do anki42 02.06.09, 11:26
                    Co to znaczy,że boisz się życia w samotności?Też się bałam dopóki,dopóty nie
                    poszłam do psychologa,który mi doskonale wytłumaczył,że w małżeństwie byłam
                    bardziej samotna.Od momentu wniesienia pozwu robię co chcę.Wychodzę do znajomych
                    i przyjaciół(dziwne,ale chyba mam ich więcej jak kiedyś)nawet męża przyjaciele
                    zapraszają mnie na imprezy,a jego nie.Żyję na luzie(no od tygodnia mam złamaną
                    nogę i muszę siedzieć w domu i szlag mnie trafia jak od rana do wieczora muszę
                    na m patrzeć)Zobaczysz nie będzie żadnej samotności.Uwierz w to.
          • rura11 Re:Do anki 42 02.06.09, 11:15
            Jaka Ty jesteś do kitu?.Nawet nie waż się tak myśleć!!!!
            • anka42_pl Re:Do anki 42 02.06.09, 12:02
              Dzieki rura11.Boję się samotności i nie wiem,czy sie to kiedyś
              zmieni.Nie chcę sama jeździć na wycieczki,czy wczasy,nie chcę sama
              dźwigać trudow dnia codziennego,nie chcę jeśc posiłków przy pustym
              stole,ale nie chcę też nowego faceta.Bałabym sie znowu zaczynać z
              kimś życie.Chciałam żyć z mężem,ale niestety nie było mi dane,więc
              jestem teraz w totalnym dole.Rozmowa z psychologiem niewiele mi
              pomogła.Przyjaciól mam,ale w zwiazkach,źle się czuję wśród
              nich.Staram sie ich unikać,choć wiem,ze to źle.To co mi zrobił ex
              jest dla mnie niezrozumiałe i nie umiem o tym przestać
              myśleć.Próbuję- jest cholernie cieżko.Tyle siebie poswięciłam w tym
              małżeństwie i taką dostałam zaplatę.Wierzę tylko,że za krzywdy
              każdemu przyjdzie kiedyś zapłacić.
              • chalsia Re:Do anki 42 02.06.09, 14:03
                > zmieni.Nie chcę sama jeździć na wycieczki,czy wczasy,nie chcę
                sama
                > dźwigać trudow dnia codziennego,nie chcę jeśc posiłków przy
                pustym
                > stole,

                nie chcesz, boś nigdy nie poznała i nie poczuła jakie to może być
                fantastyczne uczucie robić co się chce, kiedy się chce i jak się
                chce.
                Nie ma się czego bać. No bo czego? Tak naprawdę - czego się boisz.
                I tylko od Ciebie zalezy czy się pogrzebiesz w domu sama za życia
                czy poznasz ponownie piekno zycia.

                > jestem teraz w totalnym dole.Rozmowa z psychologiem niewiele mi
                > pomogła.

                bo jedna romzowa jest psu na budę. Pomóc może sesja spotkań.
    • brunia27 Re: koniec 02.06.09, 11:10
      U mnie trwało to 3 lata zanim dojrzałam do decyzji o rozwodzie.
      I to był czas dla niego, żeby się opamiętał, żeby zmienił swój stosunek do mnie
      ,rodziny (przez ten cały czas nie wiedziałam jaki jest powód jego odpychających
      i poniżających mnie zachowań, o zdradzie dowiedziałam się po złożeniu pozwu,
      przez przypadek, tak więc nie miało to wpływu na moją decyzję ale za to mnie
      "rozgrzeszyło" z poczucia winy). On nie wykorzystał tego czasu, choć prosiłam,
      uprzedzałam i czekałam.
      Zawsze radzę wszystkim "rozdartym" - jest czas na zastanawianie się, rozmowy,
      kalkulowanie za i przeciw. I jest to zazwyczaj długi czas, trzeba go sobie dać
      tyle ile trzeba. Ale w momencie podjęcia decyzji o rozwodzie, trzeba założyć
      klapki na oczy i DZIAŁAĆ szybko, bez zastanawiania, bezlitośnie. Bo wtedy
      właśnie jesteśmy narażone najbardziej na manipulacje z drugiej strony.A one
      będą, na pewno, łącznie z obarczaniem winą za krzywdzenie dzieci.Niestety to
      reguła, że takim typom odpowiada układ - kochanka i żona+pozory wspaniałej
      rodziny.Nic dziwnego.

      Teraz z perspektywy czasu widzę, że łatwiej jest wybaczyć zdradę niż
      oszustwo.Warto było przejść przez ten ból,żeby właśnie szacunek do siebie zachować.
      • danuska_w_65 re brunia27 02.06.09, 11:41
        Dziękuję
        • sbelatka Re: re brunia27 02.06.09, 12:15
          hm...
          dawno juz nie zaglądam systematycznie na forum- rozwiodlam sie
          jakies 2 albo 3 lata temu ; i sam fakt klopotów z osadzeniem tego
          dokladnie w czasie pokazuje, jak nie ma to juz dzisiaj dla mnie
          wiekszego znaczenia
          a jestem z tej samej "kupki" - zdradzona po 20 latach.. i porzucona
          dla innej

          z jednego sie ciesze - nie rzucalam klątw, życzen złego - i nie
          dlatego żebym jakos im szczególnie dobrze życzyla - ale z prostego
          lęku, ze złe życzenia wracają...

          i dzisiaj bardzo sie cieszę, ze niczym nie rzucalam..

          nadzieja.. ze im sie nie uda..
          a owszem.. mialam... czemu nie...
          błąd...
          maja sie dobrze.. buduja dom..
          owszem, jakoś sobie mysle, ze moze juz, a moze za jakis czas to
          starci barwy... - ale CO Z TEGO DLA MNIE WYNIKA???

          ja to ja
          moje życie to moje życie
          to jak wygląda zycie exa - naprawde nie ma na nie wplywu..

          nie posuwam sie do jakiś życzen szczęscai i pomyslności (o, sorry..
          posunełam sie...raz smile )
          chodzi mi o to,ze jakoś tak nie mysle o tym żeby im bylo jak
          najlepeij..
          głownie daltego,ze w ogóle o nich nie mysle.. o nim, o niej...

          UWIELBIAM czuc, ze NIC nie czuję...
          w tej kwestii oczywiscie...smile

          wiem, ze gdy To jest śweiże - to cierpimy, boli jak diabli..
          ale - chpoc trochę musimy pojeździc "na nich" - my sle,ze
          ostatecznie warto zajmowac sie sobą...swoim światem, swoim życiem...

          nie tracić energii na cos - co JUZ dla nas - naszego życia - nie ma
          zanczenia


          powodzenia smile
        • brunia27 Re: re brunia27 02.06.09, 13:11
          i jeszcze jedno, jeżeli się zdecydujesz -odpuść sobie orzekanie o winie,
          szarpaninę ,złorzeczenia ,zemstę - osiągnij cel jak najmniejszym dla siebie
          kosztem , szkoda własnego bólu

          to naprawdę dobra rada,
          udowadnianie winy czy oczyszczanie siebie przed opinią innych jest moim zdaniem
          największym błędem ,jaki w tym momencie możemy popełnić
          • anka42_pl Re: re brunia27 02.06.09, 13:59
            zgadzam sie z tym w 100%.
    • danuska_w_65 Re: koniec 03.06.09, 14:27
      Oto cytat, który dziś przypadkowo znalazłam. jakże pasuje do sytuacji, o których tutaj piszemy. "Dlaczego wszystko, co sprawia nam radość, wszystko, czemu przypisujemy urok piękna, wszystko, co odziewamy w szatę ideału, kończy się czymś brudnym, głupim, nędznym lub śmierdzącym, dlaczego nietrwałość jest cechą absolutu, a wzniosłość i triumf nie są jego finałem? Miłość kona w znudzeniu, upodleniu lub zazdrości, dobroć w spektakularnych filantropiach, książka w składzie makulatury, poezja w ocenach szkolnych belfrów, konie wyścigowe w jatkach rzeźników, demokracja w tłumie, wolność w ZOO, sława w megalomanii, wiedza w pysze, cacka na śmietniku." W. Łysiak
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka