rozwód a dzieci..

26.08.09, 18:02
ona poznała jego, on poznał ją..
każde ma rodzinę. w każdej rodzinie są dzieci.
no i ona i on chcieliby byc razem, bo w 'starych związkach' są
nieszczęśliwi, zagumieni, bo się pokochali, bo czują, ze są dla
siebie stworzeni, że sa szczęśliwi razem, itp.. itd..
no ale są (niczemu nie winne) dzieci.
co robić?
warto się rozwieść aby żyć szczęśliwie - unieszczęśliwiając innych
wokoło (exmałżonków, dzieci,..). czy z premedytacja trwac w
odrętwieniu w czymś co tylko kiedyś (daaaawno temu) można było
nazwać związkiem?
ciekaw jestem waszych opinii
    • takajuzpo Re: rozwód a dzieci.. 26.08.09, 18:24
      Warto ale tylko wtedy kiedy juz wiesz ze dluzej nie wytrzymasz mimo tego ze jest
      dziecko. Dziecko za jakis czas odejdzie w swoja droge a Wy zostaniecie razem
      obok siebie nieznosząc sie coraz bardziej. Czas ucieka i sie nie da cofnąć.
      • filipinka2009 Re: rozwód a dzieci.. 26.08.09, 19:13
        dokladnie tak bedzie, takajuzpo ma racje. ja zwiazalam sie z kims bedac jeszce
        mezatka, ale moje malzenstwo bylo jednym wielkim bagnem. czulam sie jak smiec. i
        tak przez co namniej 8 lat. i poszlam pewnego razu do bardzo madrej psycholog. i
        ona powiedziala cos, co mi dalo do myslenia. o tym, ze jak dziecko widzi
        sczescliwa mame, to samo jest szczesliwe. a ja bylam wiecznie w e lzachsad.
    • undeadly Re: rozwód a dzieci.. 26.08.09, 20:57
      Bez trupów się nie obejdzie,
      sam to zresztą napisałeś odejdziesz do....
      to z tego co piszesz zbudujesz szczęście
      z poczuciem winy za odejście.
      Zostaniesz ale jak długo można byc zombi ?
      Tak czy siak komuś świat zawali się na głowę
      Kto jest tutaj niewinny ?
      Odpowiedz sobie na to pytanie ono uwarunkuje resztę
      nawet jesli dłogo będziesz do tego dochodzić.
    • ravny Re: rozwód a dzieci.. 26.08.09, 21:00
      W nowym, z dziećmi po obu stronach, lepiej będzie tylko wtedy, gdy w starych
      było baaaaaaaaaaaaaaaardzo źle. A nie, gdy tylko była nuda bo sami się
      zapomnieliśmy starać.
    • kasper254 Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 07:43
      1. Tak ładnie napisane, przy takim słownictwie i figurach
      stylistycznych - od razu czytelnik, opiniodawca, jest po Twojej
      stronie. A jak miałoby być inaczej: nieszczęśliwi, zagubieni,
      stworzeni dla siebie, trwający z premedytacją w daaawnych związkach.
      Dawno już tak nie płakałem - ostatnio na mojej rozprawie rozwodowej.
      2. Tylko te dzieci, z tego, co można, tfu, nazwać związkiem. Te
      dzieci, odrosty, hamulcowi...
      3. Mogą mówić o bólu - można uciąć języki; mogą płakać - może maskę
      im przywdziać, aby nie wiedzieć grymasów, które będą kalać nowo-
      szczęśliwy związek; no, ale jeszcze będą, jak wyrzuty sumienia, jak
      kolce; i - nie daj boże - w dorosłości chcieć fundamentyów, dom
      rodzinny, miejsce, do którego się wraca, z którego czerpie się siły,
      dziadków... Co więc zrobić? Niestety, nie ma innego wyjścia: trzeba
      ich otruć, utopić, zastrzelić, aby z odrętwienia katapultą
      wystrzelić w nowy, piękny, świetlisty związek aż do końca świata, a
      może i jeden dzień dłużej.
      3. Nie czekaj,działaj. Ostatnio wyczytałem, że mądrzy psychologowie
      potrafią za innych podjąć decyzję, a nie tylko pomóc w ich
      podejmowaniu.
    • spanish_city_waltzer Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 09:34
      Tak tylko spytam...czy na początku swojego związku z żoną też przypadkiem nie
      czułeś, że byliście dla siebie stworzeni? Jeśli tak, to czy nie należałoby
      podejrzewać, że z Twoją obecną Miłością Największą i Najczystszą po jakimś
      czasie będzie podobnie? Proza życia każdego w pewnym momencie kopie w tyłek, a
      motylki wyfruną z brzucha. Pytanie, co się z tym zrobi.

      A Was ta codzienność dopadnie prędzej, niż później, bo jak to będzie wyglądało?
      Dni powszednie z jej dziećmi, weekendy z Twoimi? Przy okazji i Ty, i ona
      będziecie sobie pewnie w mniejszym lub większym stopniu walczyć ze swoimi ex.
      Wielka różnorodność doznań, nie ma co. Teraz jest super, bo jest tajemnica, bo
      widzicie się bez dzieci, bo widzisz tylko niewielki, 'sprzedający siebie'
      wycinek tej drugiej osoby.

      A moja opinia jest taka, że zdradzanie kogoś to zwykłe skur*.*. Pewnie za bardzo
      Ci nie pomogłem, ale jestem uczulony na zaczynanie czegoś, zanim skończyło się coś.
    • iwona.ana1 Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 10:05
      a czy te dzieci to na pewno są teraz szczęśliwe?

      ja mam wrażenie, że mój syn jest bardziej szczęśliwy teraz... niż
      przed rozwodem
      ale fakt mama jest szczęsliwsza smile

      recepty tu nie znajdziesz
      usparwiedliwienia na to co się dzieje też tongue_out

      jestem zwolenniczką kończenia związków i wchodzenia w następny
      to zdrowa kolejność

      poznałam ostatnio pewnego Pana na gg, dokladnie pisał jak Ty
      po co rozwalać dwie rodziny jak można mieć kogoś na boku?
      każdy się usparwiedliwa jak potrafi smile byle uciec od rzeczywistości
      i prawdy smile
    • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 11:30
      Jeśli związek jest potrzebny dla dobra dzieci, to należy go utrzymać. To wina
      rodziców, jeśli nie potrafią stworzyć szczęśliwego związku i sami powinni
      ponieść konsekwencje, nie powinni konsekwencji swojej nieodpowiedzialności
      przerzucac na dzieci. Do obowiązków rodziców należy zapewnienie prawidłowo
      funkcjonującego domu i rodziny swoim dzieciom. Przy okazji mogą szukać okazji do
      spełnienia się w odpowiedniej roli członka rodziny i znaleźć w tym szczęście.
      Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że wszyscy maja być szczęśliwi.
      Nieszczęśliwi ludzie też mogą stworzyć dzieciom prawidłowe warunki rozwoju.
      O rozwodzie i budowie innych związków można ewentualnie myśleć kiedy dzieci się
      usamodzielnią, do tego czasu należy wypełniać prawidłowo obowiązki rodzica i
      członka rodziny dziecka, a także małżonka. Dopiero, jak wypełnione są obowiązki,
      można się zastanawiać nad realizacją swoich praw, w przeciwnym wypadku jest to
      zwykła postawa roszczeniowa.
      • iwona.ana1 Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 11:37
        scriptus napisał:

        > Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że wszyscy maja być
        szczęśliwi.
        > Nieszczęśliwi ludzie też mogą stworzyć dzieciom prawidłowe warunki
        rozwoju.

        pięknie smile

        jest tak powiedzenie "z pustego i Salomon nie naleje"
        jakim cudem mozemy wychować dzieci na szczęśliwych ludzi skoro sami
        nie wiemy co to szczęśćie?
        naturalną potrzebą człowieka jast dążenie do szczęścia
        rezygnacja z tego to zwykłe tchórzostwo

        nie mniej jednak nie można do szczęścia dążyć poprzez nieszczęścia
        innych
        jednak zapewniam nieszczęśliwi rodzice = nieszczęśliwe dzieci

        • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 15:17
          iwona.ana1 napisała:

          > scriptus napisał:
          >
          > > Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że wszyscy maja być
          > szczęśliwi.
          > > Nieszczęśliwi ludzie też mogą stworzyć dzieciom prawidłowe warunki
          > rozwoju.
          >
          > pięknie smile
          >
          > jest tak powiedzenie "z pustego i Salomon nie naleje"
          > jakim cudem mozemy wychować dzieci na szczęśliwych ludzi skoro sami
          > nie wiemy co to szczęśćie?

          Kto powiedział, że nie wiemy? Czy z faktu, że nie jesteśmy szczęśliwi, wynika,
          że nie wiemy, co to jest szczęście? Czy jeśli jesteśmy głodni, nie znamy uczucia
          sytości? Czy jeśli z braku warunków materialnych z głodu zjemy same kartofle, to
          znaczy, że nie znamy smaku mięsa?


          > naturalną potrzebą człowieka jast dążenie do szczęścia
          > rezygnacja z tego to zwykłe tchórzostwo

          Naturalną potrzebą człowieka jest dążenie do szczęścia, podobnie, jak chodzenie
          w wygodnych butach. Bez butów też jednak można uciekać przed niebezpieczeństwem.
          Tchórzostwem jest dążenie do szczęścia kosztem czyjegoś szczęścia. O ile
          poświęcimy coś własnego dla szczęścia dzieci, to nie tchórzostwo, tylko rodzaj
          altruizmu.


          > nie mniej jednak nie można do szczęścia dążyć poprzez nieszczęścia
          > innych
          > jednak zapewniam nieszczęśliwi rodzice = nieszczęśliwe dzieci

          Nie zgadzam się, stworzenie warunków do szczęścia innych nie zależy od własnego
          stanu ducha. Rozwiedziony samotny rodzic wychowujący dziecko na pewno nie jest
          szczęśliwy, zatem, w czym jest lepszy od nierozwiedzinego nieszczęśliwego, w
          dawaniu szczęścia dziecku?

          Tłumaczenie, że trzeba się rozwieść, by być szczęśliwym, żeby dziecko było
          szczęśliwe, jest dla mnie po prostu pokrętne. A może odwrotnie, sprawmy by
          dziecko było szczęśliwe, a potem zastanawiajmy sie nad własnym szczęściem?

          Wiem, że nieporozumienia między rodzicami nie wywołują poczucia szczęścia u
          dzieci, sam też nie potrafię się dogadać ze swoją żoną, ale czy mam prawo do tej
          jednej przyczyny nieszczęścia dokładać następne, na przykład nową partnerkę?
          Czyje szczęście dla mnie powinno mieć pierwszeństwo, mojego dziecka, moje, czy
          "niezbyt" lojalnej żony?

          >
          • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 16:50
            scriptus napisał:

            > Rozwiedziony samotny rodzic wychowujący dziecko na pewno nie jest
            > szczęśliwy,
            A skąd taki wniosek? Czasami mącę forumowy nastrój szczęśliwych,
            dzieciatych rozwódek, żeby je nie poniosło i nie popadły w euforię.
            • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:17
              Być może rzeczywiście dla niektórych rozwód jest drogą do szczęścia, strzeż nas Boże przed takimi partnerami, jednak dzieci bardzo przeżywają rozwód rodziców, nie są wskutek tego szczęśliwe.

              Przeczytałem własnie książkę Martina Herberta "Rozwód w rodzinie", opartą na badaniach rodzin rozwiedzionych i doszedłem do wniosku, że jednak rozwód rodziców to egoizm rodziców, którzy nie potrafili sie dogadać. Dzieci zawsze cierpią wskutek rozwodu. Zatem, ważniejsze od tego, co czuję ja, ewentualnie moja żona, jest to, co czuje moje dziecko.
              • tricolour Scriptusie... 27.08.09, 19:24
                ... na rozwód można spojrzeć jak na akt, a można jak na proces. To
                są dwie rózne optyki.

                Akt pt. "rozwód" to rozstanie, poczucie utraty, koniec rodziny,
                wielka niewiadoma, ból itp - jeśli tak na to spojrzysz, to jest to
                zachowanie z obszaru zła.

                Jeśli jednak widzisz przyczyny, które doprowadziły do rozwodu (w
                które uwikłane było dziecko - to niewinne dziecko), nieumiejętność
                rodziców do pokonania trudności, przyznanie się rodziców do porażki
                i pojęcie decyzji o rostaniu czyli ZAKOŃCZENIU (często) wieloletnich
                waśni - to jest to decyzja z obszaru dobra, bo daje szansę na
                poprawę. Uczy także dziecko podejmowania decyzji trudnych w imię
                perspektyw, a to wielka sztuka umieć wyznaczać cele.
                • scriptus Re: Scriptusie... 27.08.09, 19:53
                  tricolour napisał:

                  > ... na rozwód można spojrzeć jak na akt, a można jak na proces. To
                  > są dwie rózne optyki.
                  >
                  > Akt pt. "rozwód" to rozstanie, poczucie utraty, koniec rodziny,
                  > wielka niewiadoma, ból itp - jeśli tak na to spojrzysz, to jest to
                  > zachowanie z obszaru zła.
                  >
                  Tak też to widzę, z tym, że dla mnie to już od dawna nie jest niewiadoma, ja dokładnie wiem, co chcę robić i będę to robił. Ból kiedyś minie.


                  > Jeśli jednak widzisz przyczyny, które doprowadziły do rozwodu (w
                  > które uwikłane było dziecko - to niewinne dziecko), nieumiejętność
                  > rodziców do pokonania trudności, przyznanie się rodziców do porażki
                  > i pojęcie decyzji o rostaniu czyli ZAKOŃCZENIU (często) wieloletnich
                  > waśni - to jest to decyzja z obszaru dobra, bo daje szansę na
                  > poprawę. Uczy także dziecko podejmowania decyzji trudnych w imię
                  > perspektyw, a to wielka sztuka umieć wyznaczać cele.

                  Oczywiście nieumiejętność dogadania się rodziców jest karygodna, bowiem prowadzi do cierpienia dzieci. Ja już zakończyłem dawno wszelkie waśnie bez użycia środka w postaci rozwodu, co nie znaczy, że małżonka nie ma prawa, czy nie bierze udziału w procesie decyzyjnym. Wyznaczyłem cele i perspektywy. Jako głowa tej rodziny prowadzę ją przez życie aż do bezpiecznego wylądowania, w warunkach stanu wyjątkowego. Wiem, że właściwie faktycznie moje małżeństwo się skończyło, ale misja rodziny nie.
                  Oczywiście, rozwód będzie, ale po usamodzielnieniu się dziecka. Jednak to ja zapewnię dziecku warunki i byt, mamusia, jeśli zechce, może coś dołoży, bez niej to jednak też będzie działać.
                  • a.niech.to Re: Scriptusie... 27.08.09, 20:03
                    scriptus napisał:

                    > Oczywiście, rozwód będzie, ale po usamodzielnieniu się dziecka.
                    Ile masz jeszcze odsiadki?smile
                    A jeśli żon Cię zaskoczy Cię czymś mało wyszukanym, a częstym?wink
                    • scriptus Re: Scriptusie... 27.08.09, 20:18
                      Odsiadki?
                      masz na myśli, jak długo muszę utrzymac obecny stan?
                      Niedługo, 4 lata.
                      Jest to do zrobienia, choć nie będzie łatwo.
                      Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, przeciwnie.

                      A czym mnie jeszcze małżonka może zaskoczyć?? chyba już zrobiła wszystko, a jeśli nie, to najwyżej poznam coś nowego.
                      • a.niech.to Re: Scriptusie... 27.08.09, 20:22
                        scriptus napisał:

                        > masz na myśli, jak długo muszę utrzymac obecny stan?
                        > Niedługo, 4 lata.
                        Jeśli się rozlokowaleś w miarę wygodnie na pozycjach, da się
                        przetrzymać, czego Ci z serca życzę.smile
                        • scriptus Re: Scriptusie... 27.08.09, 20:36
                          Dziękuję
                  • iwona.ana1 Re: Scriptusie... 28.08.09, 08:22
                    scriptus napisał:

                    > Oczywiście, rozwód będzie, ale po usamodzielnieniu się dziecka.
                    Jednak to ja za
                    > pewnię dziecku warunki i byt, mamusia, jeśli zechce, może coś
                    dołoży, bez niej
                    > to jednak też będzie działać.


                    a żonka wie o Twoich plananch?

                    i Ty to nazywasz misją?

                    to zakłamanie
                    świetny wzorzec dla dziecka
                    jak żyć w śiwcie iluzji i zakłamania smile

                    powodzenia


                    smile
                    • ivone7 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:10
                      ależ nie ma sensu przekonywać Scriptusa..on ma własną filozofię życia..
                      ja tylko jestem ciekawa, czy to dziecko kiedykolwiek doceni ta że tak powiem
                      "misję"..
                      • chybi1 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:36
                        ivone7 napisała:

                        > ależ nie ma sensu przekonywać Scriptusa..on ma własną filozofię
                        życia..
                        Bo i nie przekonywaniu służą rozmowy na forum.smile

                        > ja tylko jestem ciekawa, czy to dziecko kiedykolwiek doceni ta że
                        tak powiem
                        > "misję"..
                        Polecam "Toksycznych rodziców" S. Forward. Znajdziesz odpowiedź na
                        swoje pytanie a także opis posagu, jaki wynoszą dzieci wychowane w
                        chorych związkach.
                        • ivone7 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:41
                          mnie polecasz?
                          obiecuję, że przeczytam..
                          zdaje sobie sprawę, że na pewno toksyczna jestem..ale z chory związek
                          zakończyłam...i nie wyobrażam sobie takiego życia jakie prowadzi scriptus z całą
                          sympatia jaką do niego mam..
                          • chybi1 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:50
                            ivone7 napisała:

                            > mnie polecasz?
                            > obiecuję, że przeczytam..
                            Tobie, przecież zastanawia Cię los dziecka Scriptusa.
                            • ivone7 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:55
                              jasne...ale myślę, że kogoś bardziej powinno to interesować..
                              co prawda czytałam, że nie jesteśmy w stanie nie być toksyczni, nie da się tego
                              uniknąć..ale może zminimalizuje swoja toksyczność..wink)))
                        • ivone7 Re: Scriptusie... 28.08.09, 22:52
                          rozmowy na forum służą wymianie poglądów, podzielenie się doświadczeniem,
                          nabraniem dystansu do całej sytuacji..
                          zresztą ilu forumowiczów, tyle powodów przebywania na forum..
                          ale znając scriptusa od lat co najmniej 4, i czytając jego posty widzę, że nie
                          poszedł do przodu wręcz przeciwnie..za wszelką cenę, chce utrzymać rodzinę (
                          mimo, że rozwód w toku) do magicznej daty..ukończenia przez dziecko 18 roku życia..
                          zresztą, nie wiem na ile jest to podyktowane tą troską o prawidłowy rozwój
                          dziecka a ile chęcią udowodnienia, że jednak da radę wytrwać w tym
                          postanowieniu..za wszelką cenę..
                          i w tym wszystkim mimo, że tego dziecka(raczej młodzieńca ) jest tak dużo..to
                          dla mnie jest go baardzo mało..
                          patrze na ta całą historię od lat i naprawdę żal mi w tym wszystkim, i jego i
                          dziecka i tej żony...
                          • scriptus Re: Scriptusie... 29.08.09, 13:18
                            ivone7 napisała:

                            ....
                            > ale znając scriptusa od lat co najmniej 4, i czytając jego posty widzę, że nie
                            > poszedł do przodu wręcz przeciwnie..za wszelką cenę, chce utrzymać rodzinę (

                            Zmiany są i to duże, przede wszystkim od momentu złożenia pozwu i wygadywania głupot w sądzie stopniowo uległ znacznej zmianie mój stosunek do żony
                            Czy chcąc wychowywać moje dziecko mam inne wyjście? Sądy mają jeden schemat postępowania. Ja po prostu ekonomicznie nie dam rady utrzymać poziomu życia dziecka, jeśli dopuszczę do rozpadu rodziny.

                            > mimo, że rozwód w toku) do magicznej daty..ukończenia przez dziecko 18 roku życ
                            > ia..

                            Właściwie nie do 18 roku życia, ale do usamodzielnienia się. Z tym, że nie ma wyboru, będzie to musiało nastąpić dość szybko po 18, prawdopodobnie po maturze i przyjęciu na studia.


                            > zresztą, nie wiem na ile jest to podyktowane tą troską o prawidłowy rozwój
                            > dziecka a ile chęcią udowodnienia, że jednak da radę wytrwać w tym
                            > postanowieniu..za wszelką cenę..

                            Ja tego nie musze udowadniać i nie mam komu tego udowadniać, ja to umiem, a jedynie wykorzystuję jakąś część tej umiejętności dla dobra dziecka. Mojego dobra w tym nie ma, ja już pragnę tylko świętego spokoju. U mnie ta cała sprawa wywołuje tylko nastroje depresyjne, niepotrzebne mi to jest ani trochę.

                            > i w tym wszystkim mimo, że tego dziecka(raczej młodzieńca ) jest tak dużo..to
                            > dla mnie jest go baardzo mało..
                            > patrze na ta całą historię od lat i naprawdę żal mi w tym wszystkim, i jego i
                            > dziecka i tej żony...

                            Mi też szkoda mojego dziecka, bowiem na codzień traci bardzo dużo, nie potrafię temu zapobiec, mam jednak nadzieję, że traci mniej, niż przy wszystkich innych potencjalnych scenariuszach wydarzeń.

                            Żony nie trzeba żałować, ja w każdym razie już od niedawna przestałem. Osobiście podejmowanymi przez siebie decyzjami, bez porozumienia ze mną, doprowadziła do tego co jest, i zdaje się, że jest jej tak dobrze. Zawsze bezskutecznie próbowała skłonić mnie do kłótni, walki, konfliktu, bowiem w rozgrywaniu dynamicznych konfliktów jest naprawdę dobra, w najbardziej zaognionej kłótni zawsze pamięta, o co jej naprawdę chodzi i nie daje się zbić z pantałyku, czy ponieść emocjom. Kochałem jej żywiołowość, bardzo cenię tę jej umiejętność, choć nigdy nie było jej dane zmierzyć się w ten sposób ze mną. To prawdopodobnie jedna z przyczyn, dla których nie chce ze mną być. Być może mnie się nie da kochać, być może ona oczekiwała czegoś innego, ale w końcu założyła ze mną rodzinę, a to są nie tylko prawa, ale i obowiązki.
                            Teraz, kiedy wywołała otwartą wojnę, nie może już liczyć na żadne względy. To walka karateki z szachistą. Huragan kontra inżynierska konstrukcja. Pewnie, że huragan może zwalić konstrukcję, ale jej zadaniem jest przetrwać najgorszy huragan. Na efekty starcia jeszcze trzeba trochę zaczekać.
                            Od pewnego czasu jesteśmy już poza punktem, w którym możliwy byłby powrót.

                            Prawda musi zwyciężać. Ona wojnę musi przegrać, a po wojnie ponieść jej koszty, finansowe i moralne. Z tym, że ja od niej nie chcę nic, żadnych pieniędzy. Wiem, że będzie jej trudno, wystarczy, że pokryje tylko koszty wygenerowane przez siebie, które w jej mniemaniu mniały obciążyć mnie. Z tym, że ja od niej nie chcę nic, żadnych pieniędzy, a na przyjęcie przeprosin będzie musiała zasłużyć. Ja za swoich prawników już opłaciłem, przełknąłem to jak mężczyzna, reszta kosztów należy do niej. Nie będzie jej łatwo, zaciągnęła kredyty.

                            Przed rozpętaniem sprawy rozwodowej otrzymała ode mnie jasne i ścisłe warunki, na jakich zgodzę się na rozwód, odrzuciła je, teraz będzie ją to wszystko kosztowało znacznie więcej. Warunki były przeze mnie dobrze przemyślane, przede wszystkim pod kątem dobra dziecka, moje dobro było na samym końcu. Ja sobie poradzę zawsze. Myślę, że to były dobre dla niej warunki. Już do nich nie wrócę.

                            Niestety, jak to na wojnie, pewnych strat nie da się odbudować. Mam tu na myśli szkody, które ponosi nasze dziecko.

                            Wiem, że miało być tak pięknie, ona, dumna właścicielka dziecka, matka Polka, a ja miałem sobie pójść w skarpetkach i najlepiej zniknąć pod jakimś mostem jako menel i nigdy więcej się nie pojawić. aha i, najważniejsze, nie zapominać o alimentach smile.

                            Tylko nie wiem, w imię czego się na to miałem ot tak po prostu na to zgodzić? Nie jestem jakimś śmieciem, anonimowym dawcą spermy połączonym z bankomatem, tylko ojcem dziecka. Do jego utrzymania i wychowania nie potrzebuję żadnych pośredników, pobierających prowizję na waciki, czy opłaty komornicze.
                            • tricolour Studia trwają minimum cztery lata... 29.08.09, 13:41
                              ... i młody człowiek wtedy też potrzebuje finansowania ze strony rodziców.
                              Przecież nie zmusisz dziecka (w sensie potomka) do jednoczesnej nauki i pracy,
                              by mógł się z czegoś utrzymać na tych studiach.

                              Przyznam, że porozwodowe alimenty na studenta są dla mnie rozwiązaniem moralnie
                              czystszym od konieczności samodzielnego utrzymywania się studenta w pełnej
                              rodzinie. Jeżeli piszesz, że nie ma wyboru i student musi iść do pracy, to Twoja
                              troska o dziecko nabiera nowego, niepokojącego wymiaru.
                              • scriptus Re: Studia trwają minimum cztery lata... 29.08.09, 14:33
                                Powiedziałem, że dam, ile będzie trzeba na jego studia, ile będę mógł, ale bez żadnych ekscesów, ja sobie na imoprezki, czy wakacje też musiałem zarobić. Studia to już samodzielność, nie zamierzam w tym okresie utrzymywać żadnej fikcji. Dostanie mieszkanie, wikt, pieniądze na książki i ubrania, tudzież jakieś opłaty szkolne. Nie będzie trzeba orzekać żadnych alimentów. Ja też skończyłem studia bez alimentów, rodzice dali co mogli, o resztę zadbać musiałem sam.
                                • scriptus Re: Studia trwają minimum cztery lata... 29.08.09, 14:37
                                  Sądzę, że nie ma powodu, by pełnoletnie dzieci po rozwodzie występowały sądownie o alimenty, jeśli dostana co trzeba od rodziców. Ja powiedziałem, że ja dam, nie interesuje mnie, co zrobi ona. Jeśli też mu coś dołoży, jeszcze lepiej.
                                • tricolour To zupełnie inna sprawa... 29.08.09, 15:07
                                  ... bo w poprzednim poście pisałeś, że student ma usamodzielnić się
                                  (czytaj: zarobić na własne utrzymanie w tym: mieszkanie, szkoła,
                                  jedzenie, ubranie itp) zaraz po zdaniu matury i dostaniu się na
                                  wyższą uczelnię.

                                  Jeżeli dajesz studentowi "mieszkanie, wikt, pieniądze na książki i
                                  ubrania, tudzież jakieś opłaty szkolne" to nie jest samodzielnośc
                                  tylko zależnośc finansowa, a dokładnie finansowanie nauki, Twoja
                                  inwestycja.
                                  • scriptus Re: To zupełnie inna sprawa... 29.08.09, 15:43
                                    Może inaczej rozumiemy słowo usamodzielnić...
                                    W końcu każdy z nas (z wyjątkiem wyjątków) jest niesamodzielny i zależny od kogos i czegoś. Każdy z nas musi miec jakieś finansowanie. My z naszej pracy, student od rodzica, co nie znaczy, że rodzic mu robi kanapeczki do szkoły, sprawdza dzienniczek, czy umawia go z dziewczyną smile. Rodzic może też studentowi np pomóc z matmą zamiast płacić za korepetycje, to nie uwłacza samodzielności, o ile robi to na prośbe studenta.
                                    • tricolour Kombinujesz... 29.08.09, 15:54
                                      "My z naszej pracy" - to jest samodzielność, bo korzysta ten, co
                                      pracę wykonuje. Relacja jest prosta: pracujesz - masz, nie
                                      pracujesz - nie masz.

                                      "student od rodzica" - to nie jest samodzielność ale zależność: masz
                                      pod warunkiem, że dostaniesz, ale na to nie masz wpływu.
                                      Samodzielnośc będzie wtedy gdy "student od samego siebie".
                                      • scriptus Re: Kombinujesz... 29.08.09, 18:30
                                        Mało kto ma pieniądze "od samego siebie"
                                        Jeśli pracuję, dostaję je od pracodawcy, ale zalezy to od jego widzimisię.
                                        Jednak w następujących wypadkach dostaje się pieniądze niezależnie od tego co się robi,jak mam rentę,czy emeryturę dostaję od ubezpieczalni, czy od państwa, jak mam alimenty, od zobowiązanego do ich płacenia, i jeszcze, jak mam firmę, która dobrze działa.
              • kasiapfk Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:28
                Świat jest pełen idealistów.
                Tylko, świat wcale od tego nie jest lepszy.
                Jest jaki jest.
                Mój eks jest dzieckiem rodziców, którzy byli ze soba dla dobra
                dzieci.
                Jest i był wiele lat nieszczęśliwy. A i tak dopiero jakiś czas temu
                przekonałam go, że nie warto tkwić w złym związku dla dzieci.
                Teraz, gdy oboje mamy szansę na nowe, lepsze życie (z kimś albo i
                bez tego kogoś), dzieci mają przynajmniej szansę zobaczyć jak
                wyglkąda to szczęsliwe życie.
                Gdybyśmy zostali ze sobą, Bóg wie, jaki koszmar byśmy im zgotowali.
                • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:58
                  kasiapfk napisała:

                  ..........dzieci mają przynajmniej szansę zobaczyć jak
                  > wyglkąda to szczęsliwe życie.

                  Pokazuję dziecku dziadków, którzy są ze sobą ponad 50 lat, kochają się i szanują, zatem dziecko ma wzór do naśladowania, pomimo, ze to nie jego właśni rodzice..

                  > Gdybyśmy zostali ze sobą, Bóg wie, jaki koszmar byśmy im zgotowali.

                  Właśnie, to zależy od Was, Waszej wrażliwości, wyobraźni. Można i bez rozwodu "oczyścić teren" z min, czyli konfliktów.
                  • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:09
                    scriptus napisał:

                    > Właśnie, to zależy od Was, Waszej wrażliwości, wyobraźni. Można i
                    bez rozwodu "
                    > oczyścić teren" z min, czyli konfliktów.
                    Wspomniałeś w pewnym miejscu, że "dusisz konflikty w zarodku".
                    Montujesz tak bombę o nieprzewidywalnej sile rażenia.
                    • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:12
                      a.niech.to napisała:

                      > Wspomniałeś w pewnym miejscu, że "dusisz konflikty w zarodku".
                      > Montujesz tak bombę o nieprzewidywalnej sile rażenia.

                      Zdaję sobie z tego sprawę i wiem, że będę kiedyś musiał użyc "saperskich działań". Bomba może mieć siłę, ale jest nieszkodliwa póki nie wybuchła. Z pewnością boję się konsekwencji wybuchu, ale wierzę, że uda mi się nad tym zapanować.
                      • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:17
                        Scri, osobiste pytanie, może naturalnie zostać bez odpowiedzi: na
                        ile Twoja żona zna, akceptuje i jest spolegliwym wykonwcą Twojego
                        życiowego planu?
                        • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:33
                          Przeciwdziała, nie akceptuje, jej koncepcja polega na uzyskaniu astronomicznych alimentów i życiu w nowym związku. Zapowiedziała, że mnie puści w skarpetkach smile. Sama jednak nic nie zrobi, bo w układzie jaki jest, jest jej wygodnie, za nic nie płaci. Jednak jeśli nie wygra sprawy, jej sytuacja się pogorszy znacznie. Jeśli ja nie wygram, nadal będę chodził w butach. Cóż, też nie mój wybór.
                          Przyjąłem do wiadomości, że ma zamiar mnie puścić w skarpetkach, nie ma co polemizować. Nie boję się, to tak, jakby ktoś powiedział, że pobiegnie na tył pociągu, żeby choć kawałek wstrzymać przemieszczanie się.

                          Kiedy wsiądziesz do pociągu Warszawa Katowice, nie masz wyjścia, możesz wysiąść dopiero w Katowicach, wcześniej sie pociąg nie zatrzymuje, niezależnie od Twojej, czy mojej woli. Możesz wprawdzie użyć hamulca bezpieczeństwa, ale nieuzasdnione użycie dużo kosztuje. Płaci ten, co pociągnął. Ja tego nie zrobię, ona się boi.

                          Małżeństwo jest jak pociąg, ma określony cel podróży. Kto je zatrzyma, ten płaci karę. Tylko prawdziwy mężczyzna mandatów się nie boi.
                          • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 21:14
                            scriptus napisał:

                            > Przeciwdziała, nie akceptuje, jej koncepcja polega na uzyskaniu
                            astronomicznych
                            > alimentów i życiu w nowym związku.
                            I pewnie szans na zmianę jej postawy już nie ma. Znając Ciebie,
                            wykorzystałeś wszystkie możliwości.

                            > Tylko prawdziwy mężczyzna mandatów się nie boi.
                            Kurna, jestem facet...
                            • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 08:57
                              Nie, nie bądź facet, Aniechto, kobiety są ładniejsze smile))))
              • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:32
                Rozwód to dla sporej części rozwodników droga do godności, życia w
                prawdzie, poczuciu własnej wartości, spokoju, w efekcie - zdrowiu
                psychosoamtycznym.
                Wspomniane wartości słabo korelują z obiegowym pojęciem szczęścia,
                natomiast z prawami człowieka wiążą się bardzo ściśle.

          • iwona.ana1 Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 08:37
            scriptus napisał:

            >>
            > Kto powiedział, że nie wiemy? Czy z faktu, że nie jesteśmy
            szczęśliwi, wynika,
            > że nie wiemy, co to jest szczęście? Czy jeśli jesteśmy głodni, nie
            znamy uczuci
            > a
            > sytości? Czy jeśli z braku warunków materialnych z głodu zjemy
            same kartofle, t
            > o
            > znaczy, że nie znamy smaku mięsa?

            kogo przekunojesz mnie czy siebie?

            moim zdaniem tymi wszystkimy wywodami sam siebie oszukujesz, przed
            sobą sie tłumaczysz
            aby było jakoś znośniej w domu, w którym juz dawno wypaliły się
            wszystkie uczucia

            dlaczego mam jeść same ziemniaki i karmić nimi dziecko jak mogę
            sięgnąć po mięsko?
            powiedz mi dlaczego mam to robić?

            dlaczego mam hasać boso jak mogę pozabiegać o wygodne obuwie
            dlaczego mam rezygnować z siebie?
            mieć ciagle skwaszoną minę?
            życie mam tylko jedno i nikt inny za mnie go nie przeżyje ani ja nie
            przezyje życia za kogoś innego

            jeżeli Ci to odpowiada to OK

            mnie nie, rozwiodłam się i robię wszystko aby dziecko jak najmniej
            ucierpiało
            a zapewniam Cię, że cierpiało więcej kiedy mama ciagle chodziła
            zapłakana a ono brało winę na siebie bo dziecku trudno jest wyjasnić
            dlaczego mamie jest źle

            mogłam też nie płakać i udawać obojętną
            też świetny wzorzec dla dziecka jakby nie patrzył


            > Naturalną potrzebą człowieka jest dążenie do szczęścia, podobnie,
            jak chodzenie
            > w wygodnych butach. Bez butów też jednak można uciekać przed
            niebezpieczeństwem
            > .
            > Tchórzostwem jest dążenie do szczęścia kosztem czyjegoś szczęścia.
            O ile
            > poświęcimy coś własnego dla szczęścia dzieci, to nie tchórzostwo,
            tylko rodzaj
            > altruizmu.
            >

            zapytaj się swojego dziecka czy czuje się szczęsliwe w rodzinie jaką
            tworzysz?
            ale rozmowa musi być do bólu szczera
            inaczej nie ma to sensu
            zarezerwuj pół godziny - godzinę na rozmowę, szczera prawdziwą
            niech Ci powie co czuje i czy taką rodzinę pragnie swtorzyć w
            przyszłości?

            a uczy się
            oj uczy własnie od Was jak powinno wyglądać życie


            wszystko byłby OK naprawdę
            rozwód to ostateczność kiedy dwoje ludzi nie mogą lub nie chcą już
            sie porozumieć

            ale Twoja postawa napawa mnie obrzydzeniem
            rozwiodę się ale za kilka lat
            już to wiem ale póki co siedzę cicho

            i nie zadam sobie trudu aby ratować małżeństwo
            poudaje przykładnego tatusia a potem powiem żonie
            "pa pa"
            bardzo uczciwe... bardzo...

      • takajuzpo Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 18:36
        > Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że wszyscy maja być szczęśliwi.
        > Nieszczęśliwi ludzie też mogą stworzyć dzieciom prawidłowe warunki rozwoju.
        > O rozwodzie i budowie innych związków można ewentualnie myśleć kiedy dzieci się
        > usamodzielnią, do tego czasu należy wypełniać prawidłowo obowiązki rodzica i
        > członka rodziny dziecka, a także małżonka. Dopiero, jak wypełnione są obowiązki
        > ,
        > można się zastanawiać nad realizacją swoich praw, w przeciwnym wypadku jest to
        > zwykła postawa roszczeniowa.

        Nie zgadzam sie po stokroć. Mam znajome osoby ktorych rodzice byli takimi
        nieszczesliwymi rodzicami dla dobra dzieci. Teraz te dorosle dzieci mają sam
        problem z okazywaniem uczuc i agazowaniem sie w związki. Po latach chlodu, braku
        ciepla, stwierdzili ze szkoda ze rodzice sie nie rozstali wczesniej bo
        wychowywanie dzieci w braku milosci domu jest tez kalectwem a jak wiadomo dzieci
        są chlonne jak gąbki i i tak w glebi serduszek wiedza ze cos jest nie tak.
        Moja babcia rozwiodla sie kiedy dzieci byly dorosle, jej wybor, ale wiem ze
        poswiecila sie dla "dobra" ich a one prosily rozwiedz sie bo ten związek kaleczy
        Ciebie i nas.
        Jesli ktos uwaza ze jestem egoistką to trudno. Mam tylko jedno zycie i chce miec
        usmiech na twarzy, cieszyc sie do dziecka i z nim, nie chce zeby patrzylo na
        mnie jak na ofiare losu, cierpiętnice, bo wiem ze kiedys by do niej dotarlo ze
        robie to dla niej.
        Mam takie samo prawo do szczescia jak inni, jak moje dziecko i Ty. Popelniam
        bledy i sie na nich ucze, okaleczam córkę brakiem ojca ale byc moze nie masz
        pojecia co to znaczy tkwic z poczuciem beznadzieji w związku ktory nic dla
        Ciebie nie znaczy, patrzyc na Siebie jak na coś niewartego uwagi: jak masz wtedy
        byc przykladem dla dziecka do nasladowania? Mama wspomina swoją matke jako
        wiecznie smutną osobe, zamknieta, zestresowaną, dopiero po rozwodzie babcia
        odzyla, leczyla swoje psychiczne i fizyczne (bo i chorobska na tle nerwowym tez
        sie przyplataly)rany.
        Trzeba dązyc do tego by miec motor do zycia, checi, sile i odwage, moc pokazac
        dziecku ze mimo porazki rozwodowej mama umie dalej zyc.
        • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 18:47
          Takajuzpo napisała:

          >okaleczam córkę brakiem ojca
          Dziecko miewa ojca i po rozwodzie. To zależy od konkretnego pana.
          Jeśli wyłącza się z życia dziecka, bo rozszedł się z jego matką, to
          niezbyt dobry tata. W całości on odpowiada za ojcostwo ja Ty za
          macierzyństwo.
          • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:35
            a.niech.to napisała:


            > Dziecko miewa ojca i po rozwodzie. To zależy od konkretnego pana.
            > Jeśli wyłącza się z życia dziecka, bo rozszedł się z jego matką, to
            > niezbyt dobry tata. W całości on odpowiada za ojcostwo ja Ty za
            > macierzyństwo.

            Dokładnie tak - Aniechto, przyznaję rację, chyba, że ktos ogranicza ojcu dostęp do dziecka, wtedy może mieć wyrzuty, że okalecza dziecko
            • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:41
              scriptus napisał:

              > ktos ogranicza ojcu dostęp
              > do dziecka, wtedy może mieć wyrzuty, że okalecza dziecko
              Wyrzuty? To karygodne zachowanie. Wiem, że z rzeczywistym karaniem
              jest różnie.
              • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:09
                Nie za bardzo można liczyć na jakąkolwiek pomoc w tym wypadku.
            • takajuzpo Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:12
              okaleczam z "codziennego" ojca. Bo innego ograniczenia nie ma.
              • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:14
                Nie ilość, a jakość.
        • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:33
          takajuzpo napisała:


          > Nie zgadzam sie po stokroć. Mam znajome osoby ktorych rodzice byli takimi
          > nieszczesliwymi rodzicami dla dobra dzieci. Teraz te dorosle dzieci mają sam
          > problem z okazywaniem uczuc i agazowaniem sie w związki. Po latach chlodu, brak
          > u
          > ciepla, stwierdzili ze szkoda ze rodzice sie nie rozstali wczesniej bo
          > wychowywanie dzieci w braku milosci domu jest tez kalectwem a jak wiadomo dziec
          > i
          > są chlonne jak gąbki i i tak w glebi serduszek wiedza ze cos jest nie tak.
          > Moja babcia rozwiodla sie kiedy dzieci byly dorosle, jej wybor, ale wiem ze
          > poswiecila sie dla "dobra" ich a one prosily rozwiedz sie bo ten związek kalecz
          > y
          > Ciebie i nas.
          > Jesli ktos uwaza ze jestem egoistką to trudno. Mam tylko jedno zycie i chce mie
          > c
          > usmiech na twarzy, cieszyc sie do dziecka i z nim, nie chce zeby patrzylo na
          > mnie jak na ofiare losu, cierpiętnice, bo wiem ze kiedys by do niej dotarlo ze
          > robie to dla niej.
          > Mam takie samo prawo do szczescia jak inni, jak moje dziecko i Ty. Popelniam
          > bledy i sie na nich ucze, okaleczam córkę brakiem ojca ale byc moze nie masz
          > pojecia co to znaczy tkwic z poczuciem beznadzieji w związku ktory nic dla
          > Ciebie nie znaczy, patrzyc na Siebie jak na coś niewartego uwagi: jak masz wted
          > y
          > byc przykladem dla dziecka do nasladowania? Mama wspomina swoją matke jako
          > wiecznie smutną osobe, zamknieta, zestresowaną, dopiero po rozwodzie babcia
          > odzyla, leczyla swoje psychiczne i fizyczne (bo i chorobska na tle nerwowym tez
          > sie przyplataly)rany.
          > Trzeba dązyc do tego by miec motor do zycia, checi, sile i odwage, moc pokazac
          > dziecku ze mimo porazki rozwodowej mama umie dalej zyc.

          Porażką jest rozpad związku, a nie rozwód. Rozwód to trauma dla dziecka.
          Rozwód nie jest warunkiem koniecznym, by mieć motywację do życia, działania na rzecz rodziny, chyba, że się pragnie rozwodu dla rozwodu. Nikt nie każe osobie pozostającej w dysfunkcyjnym związku być smutnym, zestresowanym, znudzonym, przeciwnie, wartościowy człowiek nigdy się nie nudzi, zawsze potrafi zorganizowac sobie czas, ciezyć się życiem i dawać radość innym. A że w tym nie chce uczestniczyć dysfunkcyjny współmałżonek... to oczywiście wspólny problem, bardziej jednak współmałżonka, ale nie powód do porzucenia aktywności życiowej.
          Nauczyłem się wygaszać konflikty w zarodku, nauczyłem się żyć samotnie i oferować jak najwięcej z siebie dziecku. Żona tyle czasu udowadniała mi, że nie jestem jej potrzebny, a także, że jest dla mnie do niczego nieprzydatna, że przyjąłem to za pewnik i staram się niekolizyjnie prowadzić moją rodzinę przez życie. Oczywiście mam swoje chwile żalu, niezrealizowane potrzeby i pragnienia, ale dla dobra rodziny mogę z tego zrezygnować. Kiedy widzę uśmiechniętą buzię dziecka podczas naszych wspólnych przedsięwzięć, kiedy myślę o tym, co mu mogę jeszcze zapewnić dzięki temu, że jest jak jest, nie żałuję. Ważniejsze jest jego dobro, niż moje ewentualne szczęście. Fakt, tkwiąc w dysfunkcyjnym związku nie jestem szczęśliwy, ale daję sobie ze wszystkim radę nie gorzej, niż samotny rodzic. Gdybym się rozwiódł, dziecko by cierpiało, a wcale nie jest pewne, że osiągnąłbym przez to więcej szczęścia, a z pewnością miałbym gorsze warunki zaspokajania potrzeb dziecka, chyba, że sąd przyznałby opieke mi, mężczyźnie, co sie rzadko zdarza, zatem nie stawiam na to.
          • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 19:55
            Wzór stosunków między kobietą a mężczyzną dziecko czerpie z domu i
            przenosi w swoje dorosłe życie. Ciepło, wzajemna troska, serdeczna
            rozmowa, żarty, zabawy? Skąd taki młody człowiek będzie to umiał?
            Jak szeroki jest margines udawania, że wszystko jest ok? Co jak co,
            ale na zafałszowania dzieci są wręcz wyczulone.

            Nie odkryję Ameryki, jeśli stwierdzę, że trudno o porównanie
            abstrakcyjnego samotnego rodzicielstwa z wychowaniem abstrakcyjnego
            dziecka w zimnej, lecz pełnej rodzinie.
            Swoją drogą imponujesz mi jako osoba mająca za cel życiowy udaną
            rodzinę.smile
            • tricolour Nie "udaną rodzinę"... 27.08.09, 19:57
              ... tylko pełną rodzinę, w której małżonkowie czekają do
              usamodzielnienia się dziecka, by wziąć rozwód. Deal.
              • a.niech.to Re: Nie "udaną rodzinę"... 27.08.09, 20:06
                Jako jedna z nielicznych osób, momentalnie chwyciłam, co miałeś na
                myśli, twierdząc, że Twoja córka nie jest Twoją rodziną.

                Nie jestem skłonna do ocen.smile
                • tricolour Ale mi miło... 27.08.09, 20:25
                  Wiesz... rodzina jest z organdyny, a córka z muślinu. Tego się (po
                  rozwodzie) nie łączy.
            • ivone7 Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 22:29
              a.niech.to z całym szacunkiem..udana rodzinę???????
              celem życiowym Scriptusa jest za wszelką ceną utrzymanie tej ułudy do magicznej
              18-tki dziecka..tylko pytam czemu do 18? a nie do 19? albo 20?..
              • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 22:44
                ivone7 napisała:

                > a.niech.to z całym szacunkiem..udana rodzinę???????
                "Udana rodzina" w rozumieniu Scri niekoniecznie odpowiada treściom,
                które ja sama podkładam pod ten termin.

                > celem życiowym Scriptusa jest za wszelką ceną utrzymanie tej ułudy
                do magicznej
                > 18-tki dziecka..tylko pytam czemu do 18? a nie do 19? albo 20?..
                Wszyscy się starzejemy, a Scri ma oprócz udanej rodziny jeszcze inne
                cele życiowe.wink
          • tricolour I tu jest sedno... 27.08.09, 19:55
            ... że tkwiąc w dysfunkcyjnym związku przenosisz całe zaangażowanie
            na dziecko (a nie na rodzinę jako całość) i twierdzisz, że to jest
            dobre dla dziecka. Jest.

            Twierdzisz, że nie wiadomo czy po rozwodzie byłoby lepiej. Racja,
            tego nie wiadomo. Jednak jedno wiadomo na pewno: u Ciebie NA PEWNO
            nie bedzie lepiej.

            I to jest przestrzeń w której tkwisz od lat: wolisz rozpoznaną
            dysfunkcję niż nadzieję zdrowia.
            • scriptus Re: I tu jest sedno... 27.08.09, 20:07
              tricolour napisał:
              ....
              >
              > I to jest przestrzeń w której tkwisz od lat: wolisz rozpoznaną
              > dysfunkcję niż nadzieję zdrowia.

              Mylisz się, ja już dokładnie wiem, mam koncepcję, co będę robił za te kilka lat, jak zorganizuję sobie nowy dom. Jestem człowiekiem czynu, akcji, Czy w tym domu będzie kobieta? zobaczymy, akurat myślę, że z tym nie będzie problemu, w moim wieku juz jest w związku z nadumieralnością mężczyzn duży wybór.
              Najbardziej poszkodowana będzie moja żona, jeśli dojdzie do rozwodu, bowiem po rozwodzie niekoniecznie muszę się zajmować jej sprawami, a wtedy będzie biedna. No chyba że zajmie się nią na poważnie jej nowy partner. Ale cóż, to był jej wybór, ona od lat korumpuje nasz związek.
          • takajuzpo Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:22
            Chodzilo mi o rozwod jako konsekwencje rozpadu. Ty dales sobie rade jako
            samotnik ja tak nie potrafie. Udawalo mi sie to przez jakis czas ale dluzej nie
            dalam rady. I nie czuje sie przez to gorsza ani bardziej egoistyczna. Probowalam.
            Tym bardziej dlatego nie ograniczam kontaktow dziecka z ojcem i nie bede bo on
            tez jej do zycia potrzebny.
            • a.niech.to Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:26
              takajuzpo napisała:

              > Ty dales sobie rade jako
              > samotnik ja tak nie potrafie. Udawalo mi sie to przez jakis czas
              ale dluzej nie
              > dalam rady. I nie czuje sie przez to gorsza ani bardziej
              egoistyczna.
              Jak w tym wątku różnimy się pięknie!
            • scriptus Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 20:34
              takajuzpo napisała:


              > Tym bardziej dlatego nie ograniczam kontaktow dziecka z ojcem i nie bede bo on
              > tez jej do zycia potrzebny.

              Staraj się. Dziecko, to Twój skarb. Nie zniszcz go
              • tricolour Mamy różne punkty widzenia... 27.08.09, 20:38
                ... nie uważam dziecka za swój skarb. Uważam, że dziecko jest
                skarbem samo dla siebie, a ja - analogicznie - sam dla siebie.

                Dzięki temu dziecko (a w zasadzie dorosła kobieta) jest wolna. To
                jest skarb.
                • scriptus Re: Mamy różne punkty widzenia... 27.08.09, 20:48
                  Nikt tu nie odbiera dziecku wolności, przeciwnie, samodzielne, dobrze sobie radzące w życiu dorosłe dziecko, to duma rodzica. I przeciwnie, jeśli coś mu się nie uda, to obowiązkiem rodzica jest pomóc dziecku, swoim doświadczeniem, pozycją, wpływami... po to by dalej znów radziło sobie samo. Niemal, jak przy nauce chodzenia.
                  • tricolour Napiszę inaczej... 27.08.09, 20:54
                    ... sformułowanie "dziecko to mój skarb" i "dla dobra dziecka nie
                    biorę rozwodu" to pojęcie z tej samej bajki, w której Ty decydujesz
                    za dziecko, które zresztą już całkiem duże jest.

                    Moim zdaniem rodzic, który nie ma porządku we własnym życiu
                    rodzinnym odbiera sobie prawo do zajmowania się sprawami dzieci - z
                    braku merytorycznych podstaw. Zastrzegam, że to moja opinia.
                    • scriptus Re: Napiszę inaczej... 27.08.09, 20:59
                      Zapytałem dziecka o zdanie i realizuję Jego życzenie.
                      • tricolour Przerzuciłes odpowiedzialność za decyję... 27.08.09, 21:09
                        ... z siebie na dziecko.

                        To Ty powinieś być dla dziecka wzorem racjonalnego podejmowania
                        decyzji, powinieneś mieć klarowne kryterium oraz przewidywać
                        konsekwencje.

                        Życzenia dziecka powinny być z obszaru spraw dziecka, a tym obszarem
                        nie jest małżeństwo rodziców.
                        • scriptus Re: Przerzuciłes odpowiedzialność za decyję... 27.08.09, 22:49
                          Za decyzję odpowiadam ja sam.
                          Życzenie dziecka może być co najwyżej jakąś, może i najistotniejszą przesłanką, ale decyzja i wszelkie jej konsekwencje należą do mnie.
          • rawalpindi Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 07:22
            scriptus napisał:
            Porażką jest rozpad związku, a nie rozwód. Rozwód to trauma dla dziecka.
            > Rozwód nie jest warunkiem koniecznym, by mieć motywację do życia, działania na
            > rzecz rodziny, chyba, że się pragnie rozwodu dla rozwodu. Nikt nie każe osobie
            > pozostającej w dysfunkcyjnym związku być smutnym, zestresowanym, znudzonym, prz
            > eciwnie, wartościowy człowiek nigdy się nie nudzi, zawsze potrafi zorganizowac
            > sobie czas, ciezyć się życiem i dawać radość innym. A że w tym nie chce uczestn
            > iczyć dysfunkcyjny współmałżonek... to oczywiście wspólny problem,

            no wlasnie. Nie jest to latwe ale mozliwe przy nie ktorych malzonkach.


            >Gdybym się rozwiódł, dziecko by cierpiało, a wcale nie jest pewne, że osiągnąłby
            > m przez to więcej szczęścia, a z pewnością miałbym gorsze warunki zaspokajania
            > potrzeb dziecka, chyba, że sąd przyznałby opieke mi, mężczyźnie, co sie rzadko
            > zdarza, zatem nie stawiam na to.

            sedno sprawy tu zawarles.

            • kasper254 Re: rozwód a dzieci.. 28.08.09, 08:11
              W tej arcyciekawej, wg mnie, wymianie zdań, nasuwają się pewne
              wnioski.
              Jak łatwo przyswajamy sobie takie oto nakazy: "nie
              kradnij", "nie zabijaj" itd. Jak trudno jednak przychodzi przyswoić
              sobie jedną z podstawowych zasad i prawa natury i prawa
              pozytywnego: "nie krzywdż", a tym bardziej - "nie krzywdż
              bliżniego", jeszcze mocniej: "nie krzywdż swojego dziecka". Na nich
              opiera się arsenał w s z y s t k i c h innych zasad, wartości i
              norm. Wygląda na to, że z katalogu różnych zasad można wybierać te,
              których się przestrzega i które się omija. To śliski grunt, jak się
              wydaje.
              A jednak gloryfikatorzy swojej idei "szczęścia" uzasadniają
              łatwość odejścia od rodziny wszelkimi możliwymi argumentami. Jest
              ich dużo, a kilka przewija się powszechnie: "mam prawo do
              szczęścia", "dzieci kiedyś odejdą i człowiek zostanie sam lub z
              partnerem".
              Gdy tego typu argumentacje wspomaga, wydawołoby się fachowiec,
              psycholog, to sprawa jest juz poważniejsza. Czyżby ten fachowiec nie
              znał n.p. literatury Rousseau, który pokazywał mieliznę rozumowania
              (odnośnie natury człowieka) Locke,a, Hobbesa, Grocjusza; czyżby
              myślał, że współczesne liberalne teorie psychologiczne są panaceum
              na wszystko i dopiero one odkryły człowieka?
              Mówiąc: "wszystko wolno, bo mam jedno zycie" zgadzamy się na zło,
              na podłość, na wszelkie łajdactwa. Sankcjonując małe, przyzwalamy na
              większe.
              Zawsze myślałem, że człowiek jest istota rozumną, a nie tylko
              hedonistyczną. Zawsze brakowało mi domu, gdyż ojcie zostawił nas
              samych, a my potem - jak na krze - dorastaliśmy w slumsach. I mój
              rozwód był dla mnie nastraszliwszym doświadczeniem.
              I po drugie - myślę sobie, jak maski moga przybierać piszący,
              żeby zanegować tą zasadę, że nie krzywdzi się najsłabszego. Znam
              ludzi, którzy pięknie mówią o zasadach, o miłości, kolekcjonuja
              wiersze o urodzie humanizmu, a w życiu fizycznym pastwią się nad
              drugim, kłamią, manipulują, zabraniaja dziecku widzieć się z
              dziadkiem, wysuwają argumentu o molestowaniu, aby uniemożliwić
              drugiemu kontakt z bliskim, nie pamietają o rodzicach,dziadkach itd.
              A po trzecie - bliska mi jest postawa srciptusa, bo w niej
              mieści się to wszystko, co jeszcze w tej dzisiejszej kulturze
              pozostało z natury. Wierzę jednak, że człowiek jest dobry.
              • tricolour No właśnie "nie krzywdź"... 28.08.09, 09:47
                ... przecież to żona Scriptusa krzywdzi i dziecko, i Scri swoim
                zachowaniem i zaniedbaniem.

                Czym w takiej sytuacji jest trwanie Scri w związku, który przecież
                nie jest małżeństwem ani rodziną? Jaką rolę wobec dziecka pełni taki
                związek, o którym sam Scri pisze, że jest dysfuncyjny?
                • iwona.ana1 Re: No właśnie "nie krzywdź"... 28.08.09, 09:51
                  tricolour napisał:

                  > Jaką rolę wobec dziecka pełni taki związek, o którym sam Scri
                  pisze, że jest dysfuncyjny?

                  podprogowego przekazu "nie wolno Ci ponosić porażek"? smile


                  czy rozwód to porażka?
                  • tricolour Owszem - rozwód to porażka... 28.08.09, 10:05
                    ... projektu zwanego małżeństwem.

                    Jednak to nie jest jedyny projekt.
                    • iwona.ana1 Re: Owszem - rozwód to porażka... 28.08.09, 10:16
                      tricolour napisał:

                      >>
                      > Jednak to nie jest jedyny projekt.

                      nie?

                      ciekawe jak się nazywa projekt porozwodowy? smile
                      • tricolour Drugie małżeństwo. 28.08.09, 10:18
                        • iwona.ana1 Re: Drugie małżeństwo. 28.08.09, 10:33
                          hahaha

                          dobre smile

                          moze lepiej projekt "partner dochodzący" big_grin

                          tylko do czego? tongue_out

                          • tricolour Partner dochodzący... 28.08.09, 10:38
                            ... to nie jest projekt. To oportunizm.
                            • iwona.ana1 Re: Partner dochodzący... 28.08.09, 10:42
                              tricolour napisał:

                              > ... to nie jest projekt. To oportunizm.

                              coś Ty to nowy projekt.. big_grin nie słyszałeś???

                              w ramach środków z Unii Europejskiej smile
                              właśnie usilnie nad nim niektórzy pracują smile i go wdrażają w życie
                              by żyło się lepiej i takie tam... smile
                              • scriptus Re: Partner dochodzący... 28.08.09, 14:21
                                Projekt "moje małżeństwo" mozna uznać za zakończony porażką, jednak z faktu, że
                                firma upadła nie wynika że znikła. Mnóstwo jest "spółek z o. o. w likwidacji"
                                które w najlepsze działają, produkują, handlują, wyprzedaja zapasy, po prostu
                                realizują swój cel działalności w taki sposób, by zminimalizować straty.
                                Małżeństwo ma kilka celów, czy misji. Po zamknięciu tych, co "przynoszą straty"
                                należy dokończyć te niezakończone misje i dopiero można całość zamknąć. Owszem,
                                czasem się przenosi niektóre działalności do innego podmiotu gospodarczego,
                                czyli przez analogię wychowanie dzieci do innego związku, czy osoby samotnej,
                                ale jakość tego procesu tak spada, że uważam, że w moim wypadku lepiej, niech
                                ten cel dokończy moje "małżeństwo w likwidacji" niż inny podmiot, czy konsorcjum
                                podmiotów pod tytułem "exmałżeństwo"
                • kasper254 Re: No właśnie "nie krzywdź"... 28.08.09, 17:00
                  Masz rację, tri, pisząc, że żona Scriptusa krzywdzi swoich,
                  wydawałoby się, najbliższych. To oznacza, że Scriptus powinien tym
                  bardziej, tym mocniej, tym pełniej starać się zakopać przepaść,
                  ciągle pogłębianą przez jego partnerkę. Dopóki może, dopóki będzie
                  miał siły. Z jego słów wynika, iż jest przyzwoitym, a przy tym -
                  inteligentnym człowiekiem. Byle szumowina już dawno znalazłby sobie
                  inną "miłość", inne "szczęście". Mówiąc inaczej - trwanie Scriptusa
                  jest uczciwością wobec dziecka. Spośród wielu zasad, wartości i norm
                  wybrał elementarne (nie krzywdzenie) i wokół nich konstruuje oś
                  swoich poczynań. Decydując się przecież na dziecko, zobowiązał się,
                  że pod byle kaprysem, nie opuści go. W Starym Rzymie mówiono: "jeśli
                  wolno więcej, tym bardziej wolno mniej", "jeśli wolno mniej, wolno w
                  większym zakresie".
                  Po drugie - Ten "związek" pełni wobec dziecka niezmiernie ważną
                  rolę. Daje mu oparcie, harmonijnie zespala cząstki aktualnego i
                  aktualizowanego świata. Lepszy gorsza pełna rodzina (z dziadkami - w
                  myśli niemieckiej i anglosaskiej), niż żadna, rozbita, ze szczęśliwą
                  mamusią, która, wzorem amerykańskiej mody, chodzi od rana do
                  wieczora z wyszczerzonymi zębami.
    • nangaparbat3 Re: rozwód a dzieci.. 27.08.09, 21:34
      Strasznie abstrakcyjnie piszesz. Mam wrażenie, ze nas podpuszczasz, ze to ankieta.
      Inne wrażenie - że jesli to Twoja prawdziwa sytuacja, to nowy zwiazek zmarnujesz
      podobnie jak aktualny, to wrazenie bierze sie z glebi Twych przemysleń.
Pełna wersja