Dodaj do ulubionych

co sprawiło że...

28.08.09, 21:18
co sprawiło, że zaczęliście się od siebie oddalać aż do momentu rozwodu?
pomijając tak oczywiste sprawy jak przemoc fizyczna, psychiczna i ekonomiczna
czym wasi mężowie/żony zaczęli zrażać was do siebie? czy był jakiś szczególny
moment, kiedy poczuliście, że siłę waszego uczucia małżonek skutecznie
osłabia? domyślam się, że pewnie trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na
takie pytanie...
Obserwuj wątek
    • useless00 Re: co sprawiło że... 28.08.09, 21:26
      Chrapanie.
    • cold.wind.blows Re: co sprawiło że... 28.08.09, 21:31
      Gdyby ktokolwiek znał odpowiedź na Twoje pytanie nie byłoby go
      tutaj. Raczej trudno mówić o jakimś szczególnym momencie. To raczej
      proces, czyli całe mnóstwo najróżniejszych "momentów", choć pewnie
      można wskazać czesami jakieś kamienie milowe. Z czasem to się zlewa
      w rwący potok. U mnie był tylko moment, gdy uświadomiłem sobie, że
      już zostaliśmy przez niego porwani i nie potrafimy się z tego
      wydostać, ale to raczej nie było związane ściśle z jakimś konkretnym
      wydarzeniem.
    • dsz27 Re: co sprawiło że... 28.08.09, 21:35
      Odpowiem inaczej. Co sprawiło, że przejrzałam na oczy? Że z nas juz nic nie
      zostało? Wróciłam z pracy, chyba byłam wtedy w 2 lub 3 m-cu ciąży z Kasią.
      Dostałam rozstroju żołądka i wylądowałam w toalecie, pojawiło się krwawienie. A
      on stał nade mną i pytał... kiedy skończę bo on musi wyjść...smile Pięknie. A obok
      biegał Kuba, miał wtedy jakieś 2 latka, ja ledwo żywa, prawie zemdlałam.
      Wtedy sobie uświadomiłam co się dzieje a raczej, że jest do doopy...

      Było minęło, przeżyłam, Urodziłam Kasię, rozwiodłam się z nim i jest pięknie.
      Każdy ma jakieś swoje dramaty ale ważne, że wszystko wraca do normysmile))
    • zolta_iwulka Re: co sprawiło że... 28.08.09, 21:40
      U nas wyraźny moment: pojawienie sie dziecka, które zdetronizowało
      króla...
      • dsz27 Re: co sprawiło że... 28.08.09, 21:42
        U nas wyraźnego momentu nie było, albo go bidulka przeoczyłamsmile)) Jeszcze a
        dzień przed jego wyprowadzką było i działo sięsmile
        Tak więc przeoczyłam ten pkt kulminacyjnysmile
        • cleer13 Re: co sprawiło że... 28.08.09, 22:05
          U mnie było podobnie jak wyżej. Byliśmy w podrózy trwającej wiele
          godzin.Ja byłam w potwornym stresie w związku z kłopotami
          zdrowotnymi mojej córki. Zatrzymaliśmy się na stacji beznzynowej.
          Wysiadłam i ze zmęczenia zrobiło mi się słabo. Spojrzal. Zaklął i
          wrzsnąl; Ja taki zmęczony jestem, a ona mi tu jeszcze takie cyrki
          będzie odstawiac. Kiedy padłam, było mu trochę głupio , ale nie za
          bardzo.
    • undeadly Re: co sprawiło że... 28.08.09, 22:07
      Jestem sam.... to jest mój problem sam muszę go rozwiązać nie mogę
      się z nią nim podzielić.....
      Tak naprawde jesteś sam ....
      To chyba był ten moment, tyle tylko ze do jest myśl dzisiejsza
      po fakcie, wtedy chyba nie dokońca uświadomiona a może nie
      dopuszczałem do siebie tej myśli ? Ciekawe pytanie.
    • plujeczka Re: co sprawiło że... 28.08.09, 22:30
      u mnie wiele lat temu był pierwszy taki moment ale go nie opiszę bo
      sprawa ostatnia w toku a licho nie spi.Chyba oliwy do ognia dodały
      karczemne awantury i nazwanie dziecka w wieku 14 lat mała dziwką
      oraz kazanie dziecku w...c z domu do pracy bo darmozjada w domu nie
      bedzie trzymał argument..bo w Stanach dzieci pracują w tym wieku (
      dziecko przezyło szok, ,I jeszcze ten pioruński, odrazajacy smród
      piwa w łózku i wedrujaca łapa w moja strone a ja skurczona jak
      embrion i owinięta w kołdrę jak w kokonie.UFF ohyda.... nigdy wiecej
    • kati1973 Re: co sprawiło że... 28.08.09, 23:52
      Po pewnym zdarzeniu zdalam sobie sprawe, ze nic sie nie zmieni.
    • insula.incognita Re: co sprawiło że... 29.08.09, 00:49
      Co zaglądnę tutaj, to zauważam, że na tym forum ostatnimi czasy badania socjologiczne są przeprowadzane na maksa.
      Co drugi-trzeci nowo pojawiający się wątek w zasadzie.
      • useless00 Re: co sprawiło że... 29.08.09, 07:36
        Bo to łatwiejsze, niż zastanawianie się nad sobą. Wystarczy potem przejrzeć odpowiedzi i dopasować właściwą: ja też tam mam, więc nie jestem nienormalny/a.
    • a.niech.to Re: co sprawiło że... 29.08.09, 23:03
      kunegunda123 napisała:

      > czy był jakiś szczególny
      > moment, kiedy poczuliście, że siłę waszego uczucia małżonek
      skutecznie
      > osłabia?
      Ex postanowił zostać terapeutą najnowszej panienki, chorującej ponoć
      na depresję z próbami samobójczymi, mężatki zresztą.
      Aby się dobrze przygotować do misji, zapytał mnie:" Co to właściwie
      jest ta depresja?".
      Miałam niejakie pojęcie, bo sama od lat się z nią zmagałam.
      Zaliczyłam nawet pobyt w kilnice psychiatrycznej. Któregoś razu, gdy
      byłam na przepustce, nastąpiło gwałtowne załamanie. Lekarz z
      oddziału zarządził natychmiastowy powrót. Jeszcze mąż zrobił
      awanturę, że nie wyda pieniędzy na kolejny wyjazd do kliniki (120
      km). Kiedy lekarz zalecił m, aby nie zostawiał mnie bez opieki, bo
      może mi (nie)zdrowo odbić, kiwnął ręką i pomknął do pracy w
      przeświadzceniu, że zna mnie lepiej od lekarza i niczego sobie nie
      zrobię. W trakcie mojego pobytu w szpitalu wyznaczył synowi w
      lodówce półkę i nakazał, aby przeszedł na własne utrzymanie.
      Eskalacja konfliktu w rodzinie działała na mnie kojąco.
      Mój ex należy do zamożnych ludzi i nie da się niczego wytłumaczyć
      dbałością o chleb powszedni.
      Kiedy zapytał:" Właściwie co to jest depresja?", poczułam się,
      jakbym dostała w twarz. Postanowił "pomagać", gdy to mnie od lat
      była potrzebna pomoc. Nawet nie chciało mu się zorientować, na czym
      polega moja choroba a coż dopiero, jak dać mi wsparcie.
      "Co to jest ta depresja?" Ex jest baaardzo wykształconym
      człowiekiem, w zupełności oddanym tej czy tamtej RODZINIE, etykę
      wraz z moralnością nosi w małym paluszku, choć moralność właściwie w
      innym miejsu. Szasta nimi na prawo i lewo. Ocenia, poucza, oskarża,
      grzmi - słowem ideał, nie wiedzieć czemu zostawiony przez żonę.
      "Co to jest ta depresja?" Zrozumiałam, kim jestem dla mojego m.
      • insula.incognita Re: co sprawiło że... 29.08.09, 23:10
        Zaciekawiłam się.
        Czym jesteś dla swojego m??
        • a.niech.to Re: co sprawiło że... 29.08.09, 23:14
          insula.incognita napisała:

          > Czym jesteś dla swojego m??
          Exsmile))
          • insula.incognita Re: co sprawiło że... 30.08.09, 00:32
            a.niech.to napisała:

            > insula.incognita napisała:
            >
            > > Czym jesteś dla swojego m??
            > Exsmile))

            Przpraszam w ogole,powiedzialam : czym.
            Mialo być - Kim - w sensie.
            To że Ex, - to wiadomo.
            ale sądzę, ze o cos innego Ci chodziło.
            Ale nie musisz, skoro nie chcesz.
            • a.niech.to Re: co sprawiło że... 30.08.09, 09:04
              insula.incognita napisała:

              > a.niech.to napisała:
              >
              > > insula.incognita napisała:
              > >
              > > > Czym jesteś dla swojego m??
              > > Exsmile))
              >
              > Przpraszam w ogole,powiedzialam : czym.
              Nie ma powodu przepraszać. Sama udzieliłaś poprawnej
              odpowiedzi; "czym", tak właśnie - starym, upierliwym,
              zużytym "czym".
    • pokopanka Re: co sprawiło że... 31.08.09, 16:03
      kiedy usłyszałam, że innym daję, a dla niego juz nie mam siły
      z konkretnym określeniem oczywiście takiej dającej osoby

      tudzież:
      ja tu noszę spodnie, bedziesz chodziła jak w zegarku

      oraz:
      nic nie zrobiłaś (nt przeprowadzenia i dopilnowania remontu m z
      wtórnego rynku, przyjechał na gotowca)

      również:
      jak się nią opiekowałaś (na info, ze młoda ma zwichnięte biodra
      (wada, mimo cesarki)

      a także:
      gdybys się więcej ze mną kochała, nie paliłbym tyle

      generalnie wszystko moja wina, i całe zło tego świata też w moich
      rękach
      • a.niech.to Re: co sprawiło że... 31.08.09, 20:54
        pokopanka napisała:

        > gdybys się więcej ze mną kochała, nie paliłbym tyle
        Muszę to przemyśleć...
      • insula.incognita Re: co sprawiło że... 31.08.09, 21:21
        Pokopanka, ależ takich typów od razu trza traktować z buta i nie czekać aż mu
        coś tam w umyśle zaświta. Bo to nierealne.
        Jenyyyy, ani dnia bym nie wytrzymala z takim czymś. W ogole nawt ochoty poznać
        takiego typa nie miałabym.
        • pokopanka Re: co sprawiło że... 01.09.09, 11:22
          nie umiałam, bo byłam po uszy zakochana i ślepa, po prostu
          poza tym wydawało mi się, że jak dziecko, że jak mieszkanie (kredyt)
          to "się" zmieni
          "się" zmieniło, ale w drugą stronę, czyli pokazał prawdziwą twarz

          "na mieście" opowiada dalej jaki ze mnie potwór, a on taki biedny
          misio, i że za mieszkanie płaci i od dnia pozwu mnie utrzymuje
          (nieprawda)
          póki co, do października jesteśmy małzeństwem i to jego obowiązek
          łożyć na wspólności
          i ze dziecko przeciw niemu nastawiam (nie zabiega o kontakty z nią,
          nie ma go całymi dniami w domu, rano śpi, a wraca między 23 a 3
          rano; nie pisze do niej (sam dał komórkę), nie dzwoni, nie idzie do
          niej do pokoju, żeby z nią "pobyć", ale jakby co jest super tata i
          super głowa rodziny)
          kolekcjoner mitów, ale bardzo wiele osób w to wierzy sad
    • zmeczona100 Re: co sprawiło że... 31.08.09, 22:33
      Co sprawiło? Zaczęło się od jednej sprawy, a potem tylko dochodziły
      kolejne, ale mniej więcej po ok. 20 miesiącach od tej pierwszej już
      przyznałam sama przed sobą, że jestem sama i wszystkie problemy,
      sprawy muszę ogarniać sama. A było to tak:
      Akt I
      Pierwsze tygodnie ciąży, mąż na kilkumiesięcznym wyjeździe służbowym
      (kurs), na drugim końcu Polski, odwiedzający weekendowo. Akurat tuż
      po jednym z weekendów potwierdziły się mojej przypuszczenia, że
      jestem w ciąży (ciąża planowana). Pomyślałam, że przy nastepnym jego
      przyjeździe zrobię mu niespodziankę- przygotuję coś specjalnego i
      wtedy mu powiem. Ale "niespodzianka" sama sie szybko zrobiła-
      dostałam plamienia, później krwawienia i w te migi znalazłam się u
      lekarza, który zaordynował: albo leżenie plackiem w domu i opieka
      męża przez 2 tygodnie, albo szpital. Przy czym szpitala absolutnie
      nie zalecał i kazał to potraktować jako ostateczność. No to ja ,
      naiwna, byłam pewna, że mąż odpuści sobie na te 2 tygodnie; w końcu
      to wypadek losowy. Przy zagrożeniu ciąży zwolnienie na członka
      rodziny nie przysługuje, więc pokombinowałam i znalazłam lekarza,
      który zgodził się wypisać mężowi zwolnienie na okoliczność małego
      wypadku u niego. Mąż ucieszył się z ciąży, ale najbardziej zmartwił
      go zakaz współżycia, a nie zagrożenie utraty dziecka.... Nie
      ucieszyła go moja prośba o opiekę; zaczął wręcz szukać argumentów za
      tym, że jednak w jego sytuacji zawodowej takie zwolnienie może mu
      tylko zaszkodzić- o ile w ogóle będzie honorowane, że zaraz go
      sprawdzą, że zrobi sobie zaległości itp. Ale został. Ja leżałam-
      zgodnie z zaleceniem lekarza, ale za bardzo opieki nie miałam: pan
      mąż miał zwyczaj jedzenia jednego posiłku w ciągu dnia (obiadokolacji
      po powrocie do domu) i był szczerze, za każdym razem, kiedy go
      prosiłam, zaskoczony, że tak nie mam. "Opiekował się" nie mną, ale
      swoimi stosami kwitów- jak w każdy weekend, także te, kiedy nie miał
      żadnego kursu czy szkolenia. Do dziś pamietam bardzo ostry, pikantny
      smak chińskich zupek, które kilkakrotnie mi serwował, bo przecież na
      wymyślanie jakichś dań nie miał czasu. Po paru dniach takiej opieki,
      całkiem wieczorem, zebrał się i wyjechał mówiąc, że nie może dłużej
      tak siedzieć bezczynnie i marnować czas. To były czasy (13 lat temu),
      kiedy na naszym osiedlu nie było ani jednego samoobsługowego, dobrze
      zaopatrzonego sklepu- było ich kilka i w każdym zawsze były kolejki.
      A ponieważ ten wyjazd męża był nagły, to zostałam z pustymi półkami w
      lodówce... Na drugi dzień musiałam zrobić sobie zakupy na kilka dni.
      Odstałam swoje w kolejkach, swoje też podźwigałam. Wstydziłam się
      przed znajomymi, którym zbyt szybko powiedziałam, że załatwiłam m
      zwolnienie i się mną opiekuję, i ten wstyd nie pozwolił mi poprosić
      ich o pomoc. A wstyd mi było, że mam takiego męża.
      Po powrocie na szkolenie m dzwonił bardzo często- czasami nawet kilka
      razy w ciągu dnia. Ale zainteresowany, prawda?
      A pytanie, na które chciał koniecznie znać odpowiedź, brzmiało: Czy
      to dziecko urodzi się normalne? Czy nie będzie kaleką? Bo znajomi mu
      mówią, że po takich problemach to rodzą się dzieci nienormalne....

      Akt II

      Potem były inne epizody, które kurczyły zapasy mojego zaufania do
      męża- łącznie z niemożliwością odebrania mnie ze szpitala tuż po
      porodzie (wiadomo- taka wymagająca praca- wtedy mu wierzyłam, że tak
      jest), brakiem odpowiedzialności za dziecko. Podczas mojego dłuższego
      niż standardowo pobytu w szpitalu, mąż miał przygotować wózek, abym
      po powrocie, podczas jego nieobecności, mogła wyprowadzac dziecko na
      balkon. Kilka dni po powrocie ze szpitala, chciałam własnie to
      zrobić- dziecko udało mi się złapać w ostatniej chwili. Tylko
      milisekundy i centymetry dzieliły je przed upadkiem na beton balkonu.
      Po prostu- odpadły 2 kółka i wózek się przechylił podczas wjeżdżania
      nim na balkon.... Kiedy mąż zadzwonił, opowiedziałam mu przerażona o
      tym, co się stało. Usłyszałam, że zapomniał mi powiedzieć, że wózek
      jest chyba do wymiany, bo kółka odpadają...A kółka miały prawo
      odpadać, bo były tylko nałożone, ale nie zabezpieczone!!! Ale tak to
      jest, kiedy nie czyta się instrukcji, tylko robi po swojemu. Ten
      nawyk nieczytania, tylko stosowania własnych rozwiązań- często
      siłowych, co doprowadzało do zniszczenia czegoś, był później wiele
      razy powodem moich "pretensji" i "czepiactwa" z mojej strony, bo
      przecież to nie jego wina, że coś się stało przy okazji, a zresztą
      najlepiej by było, gdybym sobie to sama coś zrobiła, bo on jak zwykle
      może coś spieprzyć. Ano może- bo po co czytać, jak coś złożyć,
      przygotować?
      Dodam tylko, że mąż nie mógł w ogóle zrozumieć, o co mi chodzi z tym
      wózkiem, bo przecież nic się dziecku nie stało!

      Akt III

      Mniej więcej rok później. Dopadło mnie jakieś mega przeziebienie i
      musiałam iść do lekarza po zwolnienie. Dzieckiem opiekowała się
      opiekunka. Po powrocie od lekarza gorączka skoczyła do 39 stopni i
      zaległam w łózku, nie mając siły nawet na to, by się przebrać.
      Wieczorem opiekunkę zmienił mąż. Temperatura u mnie dobiła do 40,5
      stopnia i ponoć majaczyłam. Z rana, tuż przed 5-tą, obudził mnie mąż
      z informacją, że wychodzi i dzisiaj wróci później... A ja nie byłam
      nawet w stanie ruszyć ręką, iść do ubikacji za własną potrzebą. A co
      będzie z dzieckiem? Kto się nim zajmie? A przecież ono jeszcze nie
      chorowało... Może się zarazić ode mnie. A on mówi, że wróci jeszcze
      później. Czyli o której, skoro przeważnie bywał po 19-20 tej??? To
      był pierwszy mój raz, kiedy wykrzyczałam mu prosto w twarz, żeby może
      wreszcie zaczął używać mózgownicy, bo już czas najwyższy. Ja, jak ja-
      mogłam zdechnąć w tym łóżku, ale dlaczego nie obchodził go zupełnie
      los własnego dziecka??

      To był ten moment, kiedy wiedziałam już, że nie mogę liczyć na męża,
      że nie ma po prostu sprawy ważniejszej w jego życiu, niż praca
      zawodowa, że w dodatku jest jakiś ociężały czy ograniczony umysłowo,
      czy po prostu- całkiem lekkomyślny.

      Trzy lata później rzeczy osiągnęły apogeum- ponieważ telefon
      stacjonarny był na jego nazwisko, więc zablokował mi możliwość
      wykonywania rozmów. Dorabiałam wtedy dosyć sporo i były to nasze
      jedyne, dodatkowe pieniądze, które mogliśmy odłożyć i np.
      zainwestować w urządzenie mieszkania czy wakacyjny wyjazd.
      Organizowałam sporo szkoleń i jako kierownik różnych kursów miałam
      doliczone też finanse na połączenia telefoniczne. Ale nie o to akurat
      chodziło. Dziecko było wtedy przedszkolakiem, chorującym non stop,
      zazwyczaj rozpoczynającym kolejną chorobę w weekend, kiedy poradnie
      nie były czynne i w zasadzie jedyną możliwością- poza pogotowiem-
      było zamówienie wizyty prywatnej domowej... I po jednej takiej
      nieprzespanej przeze mnie nocy, bo dziecko się rozchorowało, chciałam
      z samego rana zamówić taką wizytę. A tu w słuchawce informacja, że
      muszę najpierw podać hasło..... A na stole kartka, zostawiona przez
      męża, który jak zwykle wyszedł skoro świt do pracy, mimo, że był
      weekend, na której napisał:Zastanawiam się, dlaczego nic nie robisz z
      dzieckiem, że aż tak kaszle.
      ---------

      Po tym epizodzie złożyłam pozew o rozwód. Niestety, wycofałam go
      kilka tygodni później, bo przeprosił, uznał swoją winę i obiecał iść
      na terapię do psychologa. Odkładał dwukrotnie wizyty, wreszcie
      stwierdził, że on nie widzi potrzeby, bo to ja mam jakiś problem. Wg
      niego wszystko było w naszym małżeństwie OK, tylko seksu było za
      mało, a przeprosił, bo chciał, aby wreszcie wszystko wróciło do
      normy...


    • edik70 Re: co sprawiło że... 01.09.09, 13:28
      U mnie w trakcie ratowania małżeństwa znalazłam się w
      szpitalu.Zabrała mnie karetka z pracy,zdrętwiała mi połowa ciała i
      zemdlałam.W szpitalu zostawił mnie po 10 minutach i wrócił do pracy
      (NIE MUSIAŁ!!).Najgorsze było to,że zabrał mi z torebki portfel i
      komórkę (żeby mnie nie okradli).Spędziłam cały dzień w szpitalu bez
      jedzenia i picia.Po powrocie do domu dowiedziawszy się,że mam kilka
      dni wolnego,nakazał mi co mam jutro załatwić na mieście,żeby nie
      marnować wolnego dnia.Nie mówiąc już o tym,że nie miałam siły
      odgrzać sobie obiadu,który ugotowałam dzień wcześniej,a Pan zjadł go
      sam.To był ten moment,kiedy powiedziałam dość.Dziękuję Bogu,że
      podarował mi ten dzień,bo wtedy obudziłam się wreszcie z koszmaru.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka