chizuru
05.02.18, 00:34
Witam.
Nie wiem jak długo choruje, poszłam do lekarza dopiero kiedy przestałam potrafić liczyć, nie rozumiałam prostych zdań, bolały mnie mięśnie, byłam ciągle śpiąca i głodna. Chorobę zdiagnozowano u mnie w maju. Miałam objawy nadczynności, ale wg badań wyszła niedoczynność. TSH wynosiło 4,75. Przez 5 miesięcy brałam Euthyrox,TSH spadło. Mój lekarz nie wiele wyjaśnił, kazał brać tabletki, mówił, że TSH dla młodej, zdrowej kobiety powinno wynosić 1. Co miesiąc badania krwi, wyniki się poprawiły, nie chciałam uzależniać się od tabletek, przestałam je brać. Przyszedł stres i zupełnie nowe objawy, więc w styczniu wylądowałam z TSH w wysokości 5,5 i silną depresją. Znowu lekarz nie udzielił mi żadnych informacji tylko ochrzanił za brak zażywania leków. Nie pytał o dolegliwości. Mówiłam, że jest zupełnie inaczej, że mam depresję. Myślałam, że wyśle mnie do psychologa, a tu kompletna ignorancja tematu. Kazał brać tabletki i poczekać 3 miesiące, że poczuje się lepiej. Czy na pewno? Mam wierzyć, że jedna tabletka pomoże na wszystko? Mój układ nerwowy jest w opłakanym stanie, ale lekarz nawet tego nie sprawdził, przepisał tabletki i koniec. Czy mam wierzyć, że poprawi mi się od nich na strój? Nastąpi poprawa?