bupu
02.07.25, 11:15
Tak mnie dzisiaj oświeciło. Co mają ze sobą wspólnego Laura, IGS i Karolek? Oprócz bycia zakałami rodziny?
Ano to, że wymagają, jako dzieci, uwagi rodziny.
Larwa się tej uwagi wręcz jawnie domagała, użytkując do tego celu najpierw rozmaite występki, potem ojca, następnie, gdy już do niej dociera że skoro ani kradzież, ani ucieczka z domu nie zadziałały, to nie wyciągnie z mamusi zainteresowania sobą nawet bombą atomową i zaczęła tej uwagi szukać gdzie indziej.
Z Ignasiem bylo inaczej, Ignaś będąc sobą, dzieckiem prawdopodobnie w spektrum, a na pewno z dużą ilością problemów, dosyć trudnych do zignorowania (a chocby i wybiorczość pokarmowa), które w dodatku w oczach rodziny czyniły go niemęskim, ściągał na siebie uwagę najzupełniej nieintencjonalnie, biernie.
Karolek śmiał mieć potrzeby jawnie, cham jeden maloletni.
Karolek tymczasem żądał soczku, a jak nie, to gumy, a najlepiej loda, bo mu zaschło w buzi, Róża znużonym głosem opowiadała dzieciom, co widzą z
okna, a Grzegorz milczał, prowadził, stawał w korkach, ruszał, skręcał, hamował, jak automat.
Zauważcie, że normalne prośby Karolka o coś do picia, są opisane dosyć negatywnie, jakby to był objaw rozwydrzenia. Zauważcie także, że Róża dzielnie, bardzo dzielnie, te prośby ignoruje. Mogę zrozumieć niechęć do pijenia nielata w samochodzie który ustawicznie staje i rusza, ale to mogła Roża strzelić tekstem "Karolku, za chwilę dojedziemy na Roosevelta i wtedy się napijesz". Tymczasem nie, ona w ogóle dziecku nie odpowiada, opisując krajobraz za oknem (na trasie Ławica - Roosevelta akurat, wierzcie mi, zupełnie nieatrakcyjny, nawet nie wiem CO ona miałaby mówić. " patrzcie, dzieci, po lewej mamy McDonalda, do którego chodzą wyłącznie prymitywy i beznadziejnie przetluszczone osobniczki, a po prawej przeciętne osiedle domów jednorodzinnych"? Cytując Bodzia, uau) w dodatku znużonym głosem, żeby nie było wątpliwości, że mamusia cierpi. Paskudna manipulacja emocjonalna, w pelni godna jej własnej mamusi.
Które dzieci są zaś dziećmi wzorowymi? Róża, to zblakłe kwiecie na tapecie, które nie tylko nie śmie mieć własnych potrzeb ale w dodatku rwie się wyręczać dorosłych, uparentyfikowany od najmlodszego Józef, Łusia, która z potrzeb ma tylko potrzebę nawijania o polonistyce i Derotka sierotka, która biega w drewniakach po matuli i jednej sukienczynie, nawet nie myśląc, że mogłaby upomnieć się o nową przyodziewe.
Dosyć jest dla mnie oczywiste (acz obrzydliwe), że dzieci w Jezycjadzie pd dawna nie są postrzegane jako pełnowymiarowe jednostki ludzkie, ale raczej jako gadżety, które każda dorosła istota z czółkiem posiadać powinna i którymi rodzina się może pochwalić, bo tyle punktów Apgar, takie mądre, takie zdolne, bo tak ładnie deklamuje. A co się robi z gadżetem, kiedy się nim nie szpanuje? Odstawia się na półkę. Dzieci, które w jakikolwiek sposób przypominają, że gadżetami nie są, dostają etykietę gorszych.
PS. Ania jest wypadkiem szczególnym. Biedna dziewczyna ma przerąbane za sam fakt, że istnieje, jak miła i zgodna by nie była i jest to fenomen, którego wyjaśnić nie potrafię, wiem tylko, że nie świadczy dobrze o autorce.