zwpkpj
06.12.05, 10:52
Mimo wszystko "Kalamburka".
W tej powieści brak tego, co mnie, wiernego fana książek MM od dobrych
dwudziestu lat, drażniło w pozostałych częściach Jeżycjady, mianowicie
pewnego
eskapizmu. Akcja pozostałych Jej powieści jest wyprana z jakiegokolwiek
kontekstu społecznego i historycznego. Nie chodzi mi przy tym o to, że brak w
nich odniesień do bieżących pyskówek politycznych (nie tego chyba oczekujemy
po
MM), ale o fałszywe moim zdaniem przekonanie, że "wielka historia" na nasze
życie rodzinne, zawodowe - tzw. codzienne - nie ma żadnego wpływu. Bohaterki
i
bohaterowie Jeżycjady zakochują się, smucą, cieszą, pobierają, rozwodzą itp.
na
przestrzeni trzydziestu lat nie na Malediwach w końcu, tylko w Polsce, gdzie
w
tym czasie historia parę razy zdołała "wejść z butami" do każdego polskiego
domu.
O ile ten brak odniesień do "wielkiej historii" w książkach wydawanych przed
1989 r. był zrozumiały, o tyle w tych późniejszych już po prostu drażni,
zwłaszcza gdy bohaterowie enigmatycznie narzekają na jakiś anonimowych
polityków, którzy nie wiadomo skąd się wzięli (chyba z księżyca), a w ogóle
to
żyją tak, jakby te sprawy ich w ogóle nie dotyczyły. Taka postawa ucieczki i
wycofania mało chyba ma wspólnego z etosem inteligenckim, tak bliskim MM.
"Kalamburka" jako jedyna idzie pod prąd tej manierze i z całą brutalnością
pokazuje "małe losy bohaterów" na tle "wielkich" losów całego społeczeństwa.
Naprawdę, czuć tu epicki oddech z prawdziwego zdarzenia, a przy tym
wymiar "makro" podany jest nienachalnie, właściwie ledwie naszkicowany, a
przez
to nie przytłacza tego, co w Jeżycjadzie najcenniejsze, czyli spraw "mikro".
Z powyższych względów bardzo blisko Kalamburki postawiłbym "Opium w rosole"
i "Brulion Bebe B.", gdzie podobne odniesienia również występują (pamiętacie
chociażby scenę, w której Genowefa nie jest w stanie zrozumieć, gdzie jest
ojciec Borejko?)