Dodaj do ulubionych

a jednak prawdziwie

28.01.09, 18:57
Przeczytałam wątki o solidarności kobiecej z Gabą i kłamstwach Pyziaka i tak
mi się znów pomyślało, że - wychodząc poza narrację z punktu widzenia akurat
opisywanego bohatera - z opisu Borejków wyłania się bardzo prawdopodobny
psychologicznie obraz rodziny jednak... Toksycznej, pełnej traum i kompleksów.
Znaczy mniej lub bardziej normalnej.
Gaba - zawsze uwielbiana i obarczona oczekiwaniami, że ze wszystkim sobie
poradzi - nosi jak piętno traumę jedynej prawdziwej porażki w życiu (co
zresztą biorąc pod uwagę katolicki background jest sppotęgowane) i przenosi je
na dziecko. Grzegorz wchodzi do zżytej rodziny, w której nikt - tak naprawdę -
go nie potrzebuje, to i siedzi z boku i się nie wychyla. Dodatkowo jest to
osobnik oziębły, co nie miał potrzeby być z własną córką w wigilię i nikt mu
do szczęścia tak naprawdę potrzebny nie jest. Pyza całe życie obdarzana była
uwagą tylko wtedy jak sobie zasłużyła posłuszeństwem i zgadywaniem życiem,
toteż sobie tak ściele nadal - wieczne dążenie do akceptacji. Dziecko dało jej
poczucie pełni, bo może wreszcie ma nadzieję na jakąś miłość bezwarunkową
(tak, wiem, że to złudne, ale wiele kobiet tak ma). Laura - niekochana i
odpychana - w sposób absolutnie chory prze do małżeństwa i dorosłości, może
żeby zacząć od nowa, z czystą kartą. No i Miągwa, taki niby hołubiony, a też
pozostawiony sam sobie. On idzie w ślady Pyzy - akceptacja za wszelką cenę.
Tyle, że jest pierwszym mężczyzną, który się wychowuje w tym domu, więc musi
się trochę poszarpać, żeby znaleźć własną drogę.
Moim zdaniem trzyma się kupy. Ciekawe, czy MM też widzi, jaką rodzinę
stworzyła w swoim świecie? Drugie, a może i trzecie, dno historii o Borejkach
jest naprawdę... poruszające. Co Wy na to?
Obserwuj wątek
    • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:09
      Co do oziębłości i niepotrzebowania innych ludzi u Grzegorza się nie zgodzę, widzę to nieco inaczej.

      Grzegorz wg mnie ma rysy aspergeryczne, do szczęścia jest mu potrzebna jedna, dwie, trzy osoby - nie więcej. Kiedy naokoło takiej osoby jest tłum, osoba taka buduje sobie betonową ściankę naokoło i odgradza się od tłumu, dosłownie i w przenośni.

      Jest cichy, introwertyczny, ma wg mnie problemy z werbalnym mówieniem o uczuciach - być może ma też problemy z posiadaniem tzw. uczuć wyższych - jest bardzo konkretny i mało rozbuchany emocjonalnie - z boku może to faktycznie wyglądać na oziębłość.
      Nie lubi towarzystwa ekstrawertyków, bo go to fizycznie męczy.
      Potrzebuje spokoju i regularności, a w domu Borejków wszystko stoi na głowie.

      Co do Wigilii z Elką - tu nie mam zdania. Mam poczucie, że Grzegorz się bał powiedzieć, że chce spędzić wigilię z kimś, z kim chce sobie układać życie.
      • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:18
        A to możliwe, ja nie wiele wiem, o takiej osobowości. Prawdopodobnie użyłam
        złego słowa, bo nacechowanego pejoratywnie. Natomiast zmierzałam do tego, że nie
        angażuje się w życie innych. A jeśli już - to tych mu akurat najbliższych.
        Jeszcze z trzeciej strony - kiedy nowy partner matki wchodzi w raczej zżytą
        rodzinę, rzadko się z nią w pełni zżywa. Ta obserwacja także nie jest do końca
        poparta dowodami i statystyką, a raczej pochodzi z obserwacji poczynionych w
        moim otoczeniu. Nowi faceci stoją zwykle trochę z boku w stosunku do "starych"
        dzieci. Nie odpychają, zawsze są pod ręką, jak trzeba, ale też nie pchają się. I
        to chyba jest nawet nie najgorsza droga, o ile matki jednak obie strony
        dyskretnie zachęcają do zbliżeń.
        • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:23
          Cytat
          A jeśli już - to tych mu akurat najbliższych.
          Jeszcze z trzeciej strony - kiedy nowy partner matki wchodzi w raczej zżytą rodzinę, rzadko się z nią w pełni zżywa.


          Zgadza się w pełni, zwłaszcza taki typ jak Grzegorz.
          Jakby Gaba z Grzegorzem i dziewczynkami zamieszkali od początku osobno, byłaby to normalna rodzina, nie byłoby problemów z Laurą, Grzegorz miałby pełnoprawne stanowisko decyzyjne.

          Mam podobne doświadczenia i mniej więcej wiem, jak to wygląda.
      • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:25
        > Jest cichy, introwertyczny, ma wg mnie problemy z werbalnym
        mówieniem o uczucia
        > ch

        ja mam wrażenie, że on i gaba w ogóle z komunikacją mają kłopoty. no
        bo jak to, tu zakochany, a tu tak mało wie o jej rodzinie, że nawet
        sobie jej obrazu nie potrafi wytworzyć, tylko kombinuje coś o
        sztywnych snobach, spodziewa się - dosłownie - "będą siedzieć,
        sączyć kawę, odstawiając małe palce... podzwaniać bransoletkami,
        rzucać ukradkowe, nieprzychylne spojrzenia i marnować jego czas", a
        przecież grzegorz "nie lubił być obiektem zainteresowania jakichś
        starych ciotek".
        to on tak nie miał wyobraźni, czy ta kobieta, z którą już za sekundę
        miał dzielić życie, tak mało mu o swojej rodzinie mówiła?
        • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:30
          To wyobrażenie potwierdza to, co na temat Grzegorza pisałam.

          Grzegorz się zwyczajnie Borejków bał.
          Do tego czuł autentyczną niechęć do spędzenia wigilii w gronie całej tak dużej rodziny, znam to uczucie, poczucie, że wszyscy się na ciebie patrzą, a ty nie wiesz, gdzie masz oczy schować, poczucie że wszystko jest sztucznie ustawiane (nawet jak nie jest), nie umiem tego opisać...

          I może ze strzępków tego, co Gabriela opowiadała o swojej rodzinie wytworzył sobie przekłamany obraz, na które to przekłamanie wpływ miał wewnętrzny lęk, blokada psychiczna i jednocześnie sprzeczność w uczuciach.

          Rany, jak ja to dobrze znam. Jak dowiedziałam się, jak mój niemąż miał wyobrażenie o mojej matce na początku, nie znając jej, to spadłam z krzesła ze zdumienia :D:D:D.
          • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:40
            > I może ze strzępków tego, co Gabriela opowiadała o swojej rodzinie

            myślisz, że to strzępki byly? na tyle małe, że nie wiedzial, ze nie
            będzie tam tłumu ciotek, by już trzymać się najbardziej dosłownej
            interpretacji ścieżki jego myśli?
            • dakota77 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:42
              Gdyby opowiadala mu o rodzinie wiecej, chyba nie mialby wizji snobow z ciotkami.
              Na podstawie czegos musial sobie ten obraz wytworzyc, mysle, ze przycyzna mogly
              byc skape informacje.
            • taria Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:07
              > myślisz, że to strzępki byly? na tyle małe, że nie wiedzial, ze
              nie
              > będzie tam tłumu ciotek, by już trzymać się najbardziej dosłownej
              > interpretacji ścieżki jego myśli?

              Wiedział, że to Wigilia przed ślubem Idy, że będzie na niej jej
              przyszły mąż i teściowa, czyli to nie będzie typowa wigilia w wąskim
              gronie. Miał prawo spodziewać się dogłębnej lustracji, otwartej
              niechęci córek Gabrysi, egzaminu ze znajomości łaciny i cholera wie,
              czego jeszcze...
          • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:45
            > I może ze strzępków tego, co Gabriela opowiadała o swojej rodzinie wytworzył so
            > bie przekłamany obraz, na które to przekłamanie wpływ miał wewnętrzny lęk

            A może ten obraz wcale nie był taki przekłamany, bo przecież Borejkowie BYLI
            upiornymi snobami! Lansować się i snobować można na różne sposoby... Tu akurat
            zamiast Starych Ciotek wystąpił Straszny Ignacy, dragon moralności i
            przyzwoitości, strażnik zwyczajów staropolskich.

            Grzegorz miał pełne prawo się obawiać, że takie snoby, jak rodzina przyszłej
            żony, uznają go za zbyt mało wyrobionego antycznie, zbyt mało rozgarniętego
            humanistycznie, wręcz tępego troglodytę-matematyka... A przecież wiadomo, że
            matematyk czy taki np. astrofizyk to dla Borejków gorszy rodzaj człowieka!
            • dakota77 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:49
              Ech, ja sie zawsze wsciekam, jak sobie przypomne Mile ukrywajaca przed Ignacym,
              ze czyta lzejsza literature...
              • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:06
                No ja z jednej strony też się wściekam, ale z drugiej mi chochlik w głowie
                przypomina, że do czytania romansów się raczej niechętnie przyznaję. Mam taką
                jedną ukochaną autorkę i darzę ją miłością od lat, a jej książki wydatnie
                polepszają mi humor, chociaż z reguły lubię krwawe kryminały i skomplikowane
                zakończenia. A mimo to czasem trudno mi się przyznać do tych romansideł (również
                z feministycznego punktu widzenia, bo jak to, ja wojująca, a tu taka pochwała
                tradycji...)
                • dakota77 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:08
                  Ale ona z Cadfaelem sie ukrywala!:-)
                  Ja do romansidel sie przyznaje, na dodatek maz wrecz kaze mi je czytac, bo
                  namawia mnie usilnie na napisanie takiej ksiazki, oczywiscie najlepiej
                  bestsellera;-P
                  • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:13
                    Też się noszę z napisaniem bestsellera w tej dziedzinie. Kilka mniejszych
                    utworów już spłodziłam, więc uważam, że umiem i się wykręcam brakiem czasu, ale
                    na myśl, jakie cudowne życie bym wiodła jako autorka bestsellerowych romansów,
                    zapał mi rośnie. Z tym że ja jestem starą panną, więc byłabym taką pisarką jak
                    Kathleen Turner w Miłość, szmaragd i krokodyl :)
                    • dakota77 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:28
                      No prosze. Ja koncze powoli obyczajowa powiesc w tyoie raczej babskim, ale maz
                      oczekuje ode mnie harlekina;-)
                • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:09
                  nula8 napisała:

                  > No ja z jednej strony też się wściekam, ale z drugiej mi chochlik
                  w głowie
                  > przypomina, że do czytania romansów się raczej niechętnie
                  przyznaję.

                  ale jeśli dobrze pamiętam - a mogę się mylić, bo chyba nie bardzo
                  pamiętam - to nie były harlekiny, ta mili lżejsza literatura, tylko
                  jakaś jane austen czy inne siostry bronte, czyli to, co ida dumnie
                  określała "szalenie mi się podoba literatura kobieca początku XIX
                  w", a pan paszkiet złośliwie nazywał "w kółko o miłości"?
                • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:11
                  > z feministycznego punktu widzenia, bo jak to,
                  > ja wojująca, a tu taka pochwała

                  Ej no, a dla mnie właśnie feminizm to jest prawo do cieszenia się BABSKIMI
                  romansami bez żadnych wyrzutów sumienia. Bo niby dlaczego nie miałabym sobie
                  poczytywać głupot dla przyjemności? Faceci dla przyjemności idą się do baru upić
                  i pograć w bilard. Będąc kobietą i feministką WIEM, że mam prawo *zarówno* iść
                  się upić, jak i poczytać sobie "Romanse sprzed lat". I niech mi ktoś spróbuje
                  podskoczyć, to mu dobitnie powiem, gdzie sobie może wsadzić swoje szufladkowanie
                  kobiet :P
                  • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:17
                    i ja się zgadzam i czytam i nawet przyznaję, choć z oporami.
                    Ale jednak, kiedy tak heroina wpada w objęcia księcia i wszystko od razu jest
                    piękne, a on już się trochę zmienił i lubi angażować, a jak tak dalej ona go
                    będzie otaczać zaufaniem i miłością, to może nawet dzieci zechce, to trochę mi
                    się robi słabo...
                    Cóż, z romansami tak jak z Kingiem, niby chcemy dobrego zakończenia, ale ono
                    zawsze trochę rozczarowuje :) (bo miłość jest tą niedzielą...)
                  • onion68 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:26
                    Właśnie, właśnie, pamiętajmy o Eryce Jong: kobieta ma prawo przeżywać wszystko i
                    wyrażać się na każdy sposób, jaki uzna za stosowny :-)
                • the_dzidka Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:54
                  > Mam taką
                  > jedną ukochaną autorkę

                  Danielle? ;-)
                  • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 21:31
                    Nie, nie.
                    To jeszcze większa bajka:
                    Jayne Ann Krentz aka Amanda Quick aka Jayne Castle

                    Jako Krentz pisze tzw. romantyczne thrillery, jako Quick - romanse historyczne,
                    również "thrillery", a jako Jayne Castle - to hit :) - romantyczne thrillery sf.
                    Wszystkie mają taką samą intrygę, ale jakoś mnie biorą i co zrobisz? Nic nie
                    zrobisz :)

                    Poza nią romanse mnie nie biorą, ale do niej mam absolutną miłość :) choć nie ślepą
                    • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 21:39
                      > Jayne Ann Krentz aka Amanda Quick aka Jayne Castle

                      jeśli lubisz amandę, to polecam georgette heyer - mam wrażenie, że
                      od tej autorki amanda quick trochę ściąga, choć dodaje seks, którego
                      nobliwa pani heyer w pierwszej połowie ubiegłego wieku nie
                      uwzględniała :)
                      • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 22:00
                        Heyer jest ok, ale trochę nierówna. A Quick zawsze pisze na tym samym poziomie.
                        • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 22:18
                          nula8 napisała:

                          > Heyer jest ok, ale trochę nierówna. A Quick zawsze pisze na tym
                          samym poziomie.


                          i tu się pozwolę sobie nie zgodzić :)
                          • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 23:33
                            Proszę Cię, please! Mam tu nawet na półce dzieło zatytułowane "Czarna ćma". Jak
                            to nie jest przykład na nierówność Heyer, to ja nie umiem czytać. Z drugiej
                            strony to kilka pozycji Heyer (np. jedyna, której tytuł pamiętam - Zakała)
                            przebija się przez moją kryminalno-skandynawską otoczkę, ale po paru gniotach
                            typu Czarna ćma, przestałam próbować.

                            Co do równości Krentz, to pewnie, że ma lepsze i gorsze książki, ale czegoś
                            takiego jeszcze nie popełniła...

                            • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 00:28
                              Dziewuszki kochane, to skoro już oftopikujecie, to ja poproszę o krótką listę --
                              pięć najciekawszych pozycji każdej autorki :) Mam chęć na babskie rozrywki.
                              • nula8 Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 01:03
                                Ojej, będzie problem, bo ja nie pamiętam tytułów za bardzo...
                                Jeśli chodzi o Jayne Ann Krentz to polecam: Absolutnie, bezwzględnie; Sezamie,
                                otwórz się; Zgubione, znalezione i... więcej nie pamiętam, co było o czym :)
                                Amanda Quick: Skandal, Podstęp, Rendez-vous.
                                Jeśli chodzi o Georgette Heyer to polecam wspomnianą Zakałę i ...Rezolutna.
                                Dużo tych książek, a akcję, jako się rzekło, mają mało urozmaiconą, więc tytuły
                                mi się zacierają, niestety.
                                • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 16:00
                                  Dzięki, nula, rozejrzę się po Allegro :)
                                  • croyance Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 21:24
                                    Dziewczyny, bylam dzisiaj na targach, gdzie dawali ksiazki za darmo.
                                    I przytachalam cos takiego, co nie wiem, czy da sie czytac, ale opis
                                    z tylu ksiazki brzmi tak:

                                    "It's bad enough Claire's husband James left her the day she gave
                                    birth to her first child (...) but to rub salt into the episiotomy,
                                    he didn't even have the decency to leave for someone skinny!

                                    He just absconds leaving Claire with a new-born baby, a broken
                                    heart, two extra stone and (...) birth canal ten times its normal
                                    size'

                                    Fajnie sie zapowiada? :-D
                                    • croyance Re: a jednak prawdziwie 01.02.09, 22:56
                                      Ha, myslalam, ze to jakis straszny harlekin, a ksiazka jest
                                      FANTASTYCZNA.
                                      • taria Re: a jednak prawdziwie 01.02.09, 23:31
                                        W takim razie prosimy o autora i tytuł, skoro tak zachwalasz:)
                                        • supervixen Re: a jednak prawdziwie 01.02.09, 23:40
                                          Chyba chodzi o "Watermelon" Marian Keyes:) Czytała Sushi for
                                          Beginners tej autorki i bardzo to przyjemna książka, oczko wyżej od
                                          większości znanych mi 'chick-litów':) Jeszcze mam Last Chance Saloon
                                          na półce i kiedyś pewnie do niej dotrę:)
                                          • the_dzidka Re: a jednak prawdziwie 02.02.09, 13:30
                                            Czytałam. Marian Keyes to moje biblioteczne odkrycie, jest
                                            absolutnie bezkonkurencyjna, uwielbiam ją :)
                                            • villanden OT/ Marian Keyes 02.02.09, 22:55
                                              Dolaczam sie jako milosniczka ksiazek Marian Keyes, moja stanowczo
                                              ukochana to Rachel's Holiday - ale pochlonelam naprawde wszystkie i
                                              uwazam, ze zadna pisarka chick lit Marian nie dorownuje. O.
                                              • nessie-jp Re: OT/ Marian Keyes 02.02.09, 23:18
                                                Ale czy miewają happy endy? Ja jestem mięczak, jeśli w powieści są męczone
                                                jakieś zwierzęta albo bohaterka pod koniec jest porzucona przez wszystkich, to
                                                potem przez miesiąc nie mogę spać... :(
                                                • supervixen Re: OT/ Marian Keyes 02.02.09, 23:23
                                                  W Sushi for Beginners były happy endy dla obu głównych bohaterek:)
                                                  • croyance Re: OT/ Marian Keyes 02.02.09, 23:58
                                                    O, widze, ze mnie ubieglyscie :-D Swoja droga, swietne porownanie
                                                    bohaterki 'Watermelon'a' a Gaby!!! Te szalone siostry wkolo,
                                                    rodzice, maz Lycyfer przy Pyziaku ... a jednak wszystko toczy sie
                                                    inaczej.
                                            • croyance Re: a jednak prawdziwie 03.02.09, 00:00
                                              I to poczucie humoru - temat smutny, ale ryczalam ze smiechu.
                                              Uwielbiam zreszta ksiazki, gdzie akcja toczy sie w irlandzkich
                                              rodzinach. Kocham siostry glownej bohaterki.
                                      • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 01.02.09, 23:32
                                        Ja jednak nie mogę takich rzeczy czytać, zbyt mnie przygnębiają...
            • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:53
              > Grzegorz miał pełne prawo się obawiać, że takie snoby, jak rodzina
              przyszłej
              > żony, uznają go za zbyt mało wyrobionego antycznie, zbyt mało
              rozgarniętego
              > humanistycznie, wręcz tępego troglodytę-matematyka...

              zgoda, ale akurat nie tego się obawiał :) ergo gaba mu nic
              prowadzącego do takich wniosków nie przekazywała. i to mi się
              właśnie wydaje dziwne, tak zakochana w swojej rodzinie osoba tak
              niewiele mówiąca o niej mężczyźnie, z których chce dzielić resztę
              życia...
              • madame-bovary Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 10:12
                Nie sądzę, żeby rodzina uwielbianych przez Was wszystkie Żaków wypadała tak rewelacyjnie przy Borejkach pod względem prawidłowych relacji między jej członkami. Pomiając to, że "SK" przy swoim humorze, ładnej historii miłosnej i krwistych bohaterach nigdy nie należała do moich najulubieńszych w serii, to wiele scen w tej książce budziło po prostu moja irytację. Do głowy by mi nie przyszło określać dom Żaków tak lubianym na tym forum i szafowanym słowem "toksyczny", ale widzę w nim pewne nieprawidłowości, które wcale nie są sympatyczne ani zabawne.
                Zawsze jakoś przykro mi było czytać o codziennej harówie Cioci Wiesi - przypomina mi ubogą kuzynkę w przygarniętą przez zamożniejszych krewnych w dziewiętnastowiecznej powieści, która jest jedynie tłem a jej głos nie bardzo się liczy.
                Druga sprawa: pozycja Cesi jako młodszej córki. Nigdy specjalnie się z nią nie utożsamiałam, a jej osobowośc uważam za mało interesującą, ale prawdziwie współczuję jej bycia "ta brzydsza siostrą". Julia jest dla mnie uroczym i cwanym pasożytem, równo olewającym Ceśkę - oddawanie ciuchów i kosmetyków, które się znudziły nie przekonują mnie jako dowód na siostrzaną miłość i troskę. Uwielbiam scenę "buntu" Celestyny z lakierem do paznokci :D
                Zawsze miaąłm wrażenie, że Mamunia Żak i jej młodsza kopia Julia nieświadomie (i cóż z tego) podsycają - naturalne w tym wieku kompleksy Cesi. A brak uwagi i czułości względem młodszej córki śmiało mogą konkurować moim zdaniem z tak potępianymi na forum niewybaczalnymi błędami wychowawczymi Gabrysi! To z Julią Mama Żak ma prawdziwą więź i porozumienie, Cesię tak jak Wiesię wykorzystuje (czyżby też ze względu na podobieństwo fizyczne? :p)
                Rzeczywiscie, wzór do naśladowania. Ciekawe, dlaczego Cesia ma takie problemy z poczuciem własnej wartości, doprawdy ciekawe...
                • madame-bovary Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 10:16
                  madame-bovary napisała:

                  To z Julią Mama
                  > Żak ma prawdziwą więź i porozumienie, Cesię tak jak Wiesię wykorzystuje (czyżb
                  > y też ze względu na podobieństwo fizyczne? :p)

                  Oczywiście chodziło mi o podobieństwo fizyczne Mamy i Julii i wynikającą z tego więź - skrót myślowy. Troche prowokuję, ale tylko trochę - czy to nie podobne do hołubienia Pyzy ze względu na 100%-owe cechy borejkowskie?..
                • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 10:31
                  Cytat
                  Julia jest dla mnie uroczym i cwanym pasożytem, równo olewającym Ceśkę -
                  oddawanie ciuchów i kosmetyków, które się znudziły nie przekonują mnie jako
                  dowód na siostrzaną miłość i troskę.


                  Za pozwoleniem - o ile dobrze pamiętam, to tusz Max Factor oraz zielona kredka
                  do powiek wręczone Cesi były nowe ;P.
                  • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 10:36
                    Do tego to Julia stwierdza - po rzeczonym buncie z lakierem i protestom
                    przeciwko za szerokim w biuście ciuchom po siostrze - coś w rodzaju "ona ma
                    rację, musicie zacząć ją stroić".

                    Zauważ, że w tym momencie rodzina nie bagatelizuje problemu pt. "Ceśka nie ma
                    nowych rzeczy i jest z tego powodu niezadowolona", tylko zastanawia się, jak ten
                    problem rozwiązać. Jest rozmowa, są propozycje. Jest zainteresowanie.
                • szprota Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 13:12
                  Myślę, że zasadnicze różnice są dwie:
                  1. Komentarz odautorski. Narratorka nie przeczy, że Wiesia i Cesia są wykorzystywane, a pewna artystka się obija. Nie każe nam wierzyć, że taka sytuacja jest prawidłowa i nie puszcza superlatywów o miłości i dzielności, gdy jest sprawowany sąd nad Bobciem, a Mama Żakowa i Julia dyskutują w tym czasie o ciuchach.
                  2. Sytuacja ulega zmianie. Cesia się buntuje, za jej przyczyną są wprowadzane zmiany w podziale obowiązków domowych i nikt nie kwestionuje jej prawa do buntu.

                  Podsumowując: punkt wyjściowy w powieści względem pozycji Cesi i jej stosunków z rodziną jest niezbyt zdrowy, ale to się zmienia przy zjednoczonych wysiłkach :)
                  • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 13:19
                    Do tego bardzo fajne ironiczno-przenośne ujęcie, że potrzebne są rozmowy i wyciąganie z nich wniosków, a nie górnolotne hasła:


                    - Nie kłóćcie się o pieniądze! - powiedziała Julia. - Kłótnie o pieniądze zabijają prawdziwą miłość.
                    Rodzice spojrzeli na siebie i nagle wybuchnęli śmiechem.
                    - Żaczuniu - powiedziała mama padając w mężowskie ramiona. - Uważam, że należy położyć kres temu sporowi.
                    - Słusznie. Jeszcze by nam zabiło.
                    - Więc umówmy się po prostu, że...
                    - Że pójdziemy na ugodę. Nie kupimy Cesi kożuszka, tylko suknie. I botki.
                    - I botki.
                    • szprota Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 13:38
                      Właśnie. Żakowie budzą moją sympatię m.in. dlatego, że mają dystans do siebie.
                  • sir.vimes Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 13:26
                    Na dodatek wszyscy wstydzą się wykorzystywania Cesi i Wiesi, może Julia
                    najmniej, ale ojciec i matka widzą, że coś idzie nie tak. Czy Gabriela wstydzi
                    się swoich błędów? Czy Borejkowie wstydzą się, że dali ciała w kwestii problemów
                    Patrycji?

                    "i nikt nie kwestionuje jej prawa do buntu."
                • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 29.01.09, 16:06
                  madame-bovary napisała:

                  > Nie sądzę, żeby rodzina uwielbianych przez Was wszystkie Żaków wypadała tak rew
                  > elacyjnie przy Borejkach pod względem prawidłowych relacji między jej członkami

                  Madame, ale nikt z nas nie chce czytać o rodzinach idealnych!

                  To właśnie tak mdli w Borejkach, że wszyscy widzą, że nie jest idealnie, a
                  autorka się zarzeka, że właśnie jest!

                  Spójrz na rodzinę Borejków, podstawiając Cesię zamiast Laury.

                  Po pierwsze, dostawałaby bezustanny opieprz i bojkot za 'użalanie się nad sobą'
                  i 'odsuwanie od rodziny'. Miano by do niej pretensje, gdyby nie chciała
                  codziennie zmywać po wszystkich garów.

                  Przypadek niezadzwonienia po ajenta w celu wyceny strat ubezpieczeniowych byłby
                  wałkowany przez trzy tomy ze wskazaniem na to, jak strasznym leniem i egoistką
                  była Ceśka.

                  Domaganie się nowych ubrań zostałoby uznane za wyraz horrendalnego
                  rozpuszczenia, egoizmu i postawy roszczeniowej, a użycie kosmetyków starszej
                  siostry
            • mama_kotula Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:58
              Tiii, może ty masz rację.
              Przecież my nie wiemy, co Gabrysia mu opowiadała o swojej rodzinie i jak.
              ;-))

              Natomiast tak - jak mnie ktoś zaprasza do siebie, mówiąc przy tym ze śmiechem "będą tylko moje 3 siostry, rodzice, dzieci, i przyszła teściowa mojej siostry z mężem, wspaniała rodzinna atmosfera, polubisz ich na pewno" - to mam odruch panicznej ucieczki, zwłaszcza na hasło "wspaniała RODZINNA atmosfera" wypowiadane z entuzjazmem :P.

              Ale, ale, czy ja sobie dobrze przypominam, że tu na forum ustalono już, że Gaba i Grzegorz nijak do siebie nie pasują? Z tak dynamiczną, ekstrawertyczną i bardzo rodzinno-altruistyczną osobą taki człowiek jak Grzegorz zwyczajnie by się źle czuł.

              Dodatkowo - Grzegorz automatycznie w myślach ustawił się sam w roli wroga nr 1 i złodzieja. Jeśli Gaba przedstawiała mu relacje rodzinne opowiadając o cieple, wspólnocie, i o tym, że ona jest wszystkim potrzebna i jest opoką dla wszystkich sra ta ta ta - w dobrej wierze oczywiście, bo przecież Borejkowie z natury nie są w stanie pojąć, że kogoś może to osławione "ciepło rodzinne i poczucie wspólnoty" nie pociągać - to być może od razu przyjął postawę obronną, bo ta cała rodzina gotowa pomyśleć, że on chce im tę opokę zabrać i będzie się bronić przed tym pazurami i kopytami.
              • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:09
                > Dodatkowo - Grzegorz automatycznie w myślach ustawił się sam w roli wroga nr 1
                > i złodzieja.

                W Noelce miałam wrażenie, że Grzegorz sam siebie dobrowolnie wydał na tortury
                'wspaniałej rodzinnej atmosfery' po prostu ze strachu i z rozpaczy
        • nula8 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:33
          He, he, to prawda, zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego on się spodziewał
          takiej wyfiokowanej (u mnie mówi się wyfiołkowanej :) rodziny? Skąd ten pomysł,
          skoro Gaba głównie chodziła w dżinsach i koszuli w kratkę oraz żółtej pelerynie,
          a włosy sama sobie obcinała? No i maniery też miała raczej bezpretensjonalne niż
          pańskie:)
          Rzeczywiście Grzegorz mocno musiał być oderwany od rzeczywistości.
          • dakota77 Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:39
            Wiesz, jesli mu powiedziala, ze w ich domu rozmawia sie tylko o Platonie i
            Arystotelesie, to ja mu sie az tak nie dziwie;-)
      • taria Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 20:01
        W sprawie odgradzania się Grzegorza od ludzi miałam w zasadzie
        napisać to, co ładnie wyraziła mama_kotula.

        Dodam jeszcze, że Grzegorz nie aspiruje do bycia głową domu, ani w
        pierwszej rodzinie, ani w drugiej. Nie bardzo wie, jak być ojcem ani
        dla Elki, ani Ignasia, więc chętnie zrzeka się tej roli na rzecz
        dziadków, o męskim wzorcu dla pasierbic nie wspominając.
        Na ojca rodziny w zasadzie się nie nadaje, trochę to się zmienia w
        Sprężynie,
        ale Grześ wciąż ma trudności w odczytywaniu emocji najbliższych.
        Jest minimalistą w dużo większym stopniu niż Ignacy - nie narzuca
        się otoczeniu ze swoimi potrzebami, jeśli trzeba, sam sobie ugotuje,
        upierze, uprasuje, dostarczy rozrywek. Za to widać, że bardzo
        potrzebuje żony w takim wydaniu, jakie dała mu Gabrysia: osoby
        ofiarowującej mu poczucie bliskości bez narzucania swojej obecności,
        kogoś, z kim można siedzieć plecy w plecy czytając książkę czy
        wspólnie zmywać naczynia. I naprawdę bardzo, ale to bardzo, Gabrysię
        kocha, jest z niej dumny i gdyby umiał, (a nie umie, niestety)
        pomagałby jej uporać się z traumą porzucenia przez pierwszego męża.
      • ssssen Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 12:44
        Nie zgadzam się, wyciąganie takich wniosków na temat osoby Grzegorza jest jak
        wyciąganie ich w stosunku do osoby wyrzuconej za drzwi - to jest mówienie o
        kimś, że jest cichy i introwertyczny tylko dlatego, że go nie ma.

        Pani MM, poprzez nadmierne namnożenie liczby bohaterów Jeżycjady doprowadziła do
        absurdalnej sytuacji, w której sama nie jest w stanie zmieścić w fabule choćby
        tylko całego "rdzenia" rodziny Borejków - a ponieważ Borejkowie są upchanie w
        tej swojej kamienicy jeden na drugim, to sytuacja taka po prostu razi i świadczy
        o utracie kontroli nad tym, co się pisze.


        Niestety, szanowne uczestniczki/cy tego forum jeszcze w niektórych postach
        domagają się dalszego zwiększania tego natłoku bohaterów dopytując się: "a co
        u...?".
        • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 14:38
          ssssen napisał:

          > Nie zgadzam się, wyciąganie takich wniosków na temat osoby Grzegorza jest jak
          > wyciąganie ich w stosunku do osoby wyrzuconej za drzwi - to jest mówienie o
          > kimś, że jest cichy i introwertyczny tylko dlatego, że go nie ma.

          A czytałeś Noelkę? Tam znajdziesz dokładny opis Grzegorza jako osoby boleśnie
          introwertycznej i szukającej azylu we własnym, malutkim, zamkniętym kącie.

          Taka osobowość nie zmienia się nagle dlatego, że ekstrowertyczna autorka
          bezrefleksyjnie wrzuci ją do wielorodzinnego kotła i odmówi kawałka własnego
          miejsca.
          • ssssen Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 15:34
            Czytałem "Noelkę", ale ciągle uważam, że mamy zbyt mało danych, żeby wyciągać
            tak dalekosiężne wnioski co do osobowości Grzegorza.
            • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 15:59
              Tzn. jak dalekosiężne? Wybacz, że drążę, ale chyba nie uważasz za dalekosiężnego
              wniosku stwierdzenia, że Grzegorz jest introwertykiem i że w nowej (nowej! od
              dwudziestu lat!) rodzinie jest bardzo mało ceniony?
    • kkokos Re: a jednak prawdziwie 28.01.09, 19:30
      a propos prawdziwości relacji, to powtórzę, co napisałam w jakimś
      innym wątku: dla mnie najbardziej prawdziwą, taką z życia, relacją
      międzyludzką w cyklu jest konflikt mamerta z tomkiem. dwóch
      normalnych, fajnych, niegłupich facetów, którzy kompletnie nie
      potrafią się porozumieć. obaj zblokowani, obaj pełni pretensji - i,
      jak to w życiu bywa, wina leży raczej po stronie ojca niż syna. choć
      przecież, jak pamiętamy mamerta z dzieciństwa jego dzieci, nie
      sposób odmówić mu i miłości do tych dzieci, i dobrej woli, i
      poczucia humoru... a jednak coś się tam potem takiego porobiło, że
      kompletnie się mijają.
    • nessie-jp Dodam jeszcze snobizm i lans 28.01.09, 19:52
      Dla dopełnienia obrazu Borejków dodam jeszcze, że nieobce im są przywary typowe
      dla przeciętnych rodzin tego świata, czyli dążenie za wszelką cenę do
      wylansowania się w towarzystwie i zachwycenia innych sobą.

      Szczególnie wyraźnie widoczny jest ten lans w odniesieniu do dzieci. Dziś na
      Gazecie w dziale e-dziecko jest prześmiewczy felietonik o rodzicach lansujących
      się za pomocą pociech:

      www.edziecko.pl/rodzice/1,79361,6057774,Rodzicielski_lans.html
      Polecam zwłaszcza rozdzialik "Szachy, tenis ziemny i flet", napisany chyba z
      myślą o Borejkach, Strybach, Pałysach i reszcie Rooseveltowego plemienia:

      Cytat
      Nic tak nie podkręci atmosfery towarzyskiego spotkania jak wymienione jednym
      tchem umiejętności intelektualne kilkulatka.

      - Na imieninach mojej przyjaciółki - opowiada Kuba - furorę zrobił chłopak,
      którego czteroletnia córka zagrała w szachy z gospodynią, niemal ją ogrywając.
      Mała zrobiła swoje i pobiegła się bawić, a dumny ojciec przez cały wieczór
      odbierał ochy i achy.
      • nula8 Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 28.01.09, 20:10
        Słuchajcie, nie jest chyba tak źle u Borejków! Snobami może i są, ale nie
        lansują się za bardzo. No taki to dom, że mówią po łacinie, ale nie dla lansu
        przecież... Dyskutują, dość żyją tymi klasykami jednak. Lansuje się Miągwa, bo
        niedojrzały, ale poza tym jakoś nie bardzo się przechwalają swoją wyjątkowością.
        Owszem, mają jej poczucie, ale jej nie narzucają zbytnio. Zamknięci są w swoim
        świecie i tyle.
        • nessie-jp Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 28.01.09, 21:10
          > Słuchajcie, nie jest chyba tak źle u Borejków! Snobami może i są, ale nie
          > lansują się za bardzo. No taki to dom, że mówią po łacinie, ale nie dla lansu
          > przecież...

          Ja mam takie wrażenie, że to MM się lansuje tymi swoimi potomkami-borejkami :) A
          jak to ładnie po łacinie mówi, a jakie to równe kółka rysuje, a jak to genialnie
          rozwiązuje jolki panu z pociągu, a jakie to genialne z przyrodzenia... :)
          • mankencja Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 31.01.09, 22:05
            panu z pociagu rozwiazano rebusy, w tym kołowe

            swoja droga, podkradanie komus zadan szaradziarskich nie jest czynem
            chwalebnym... jakby mi ktos rozwiazal "krzyzowke z przymruzeniem
            oka", chyba bym go pogryzła
        • pani-pietruszka Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 29.01.09, 10:47
          ale absztyfikant znający lacinę i potrafiący prawidłowo zaakcentować
          bezokolicznik, czy co tam, ma znacznie większe szanse na dostanie
          się do rodziny, niż kompletny laik w tej dziedzinie. I już nic
          innego się nie liczy. a jakby to zwykły casanova był? ;-)

          ---
          crede quod habes et habes
          • mamapodziomka Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 29.01.09, 11:14
            No i byl przeciez Pyziak, Juliusz ;) ;) ;)
            • pani-pietruszka Re: Dodam jeszcze snobizm i lans 29.01.09, 14:39
              mamapodziomka napisała:

              > No i byl przeciez Pyziak, Juliusz ;) ;) ;)

              ten Pyza, o którym każdy wiedział, że był zły i kłamał, ale został
              wpuszczony w Borejkowskie progi z otwartymi ramionami? ;-)
    • aniadm Re: a jednak prawdziwie 02.02.09, 22:22
      Witam,

      wychodzę z ukrycia po raz drugi. A to dlatego, że wczoraj nie mogąc zasnąć
      przemyślałam sobie po swojemu całą konfigurację rodzinną Borejków i odczuwam
      nieprzepartą chęć podzielenia się nią. :)

      1. Gabriela i Nikczemny Pyziak.
      Pomijając dopisanie Pyziakowi do tyłu wszystkich możliwych najgorszych cech,
      oraz podkreślając fakt, że z całą pewnością nie popieram porzucania własnych
      dzieci bez próby kontaktu...
      Nic specjalnie dziwnego. Zawierane z konieczności małżeństwo dwudziestodwulatków
      nie ma chyba statystycznie zbyt wielkich szans. Oboje są raczej niedojrzali i
      niezbyt samodzielni - bardziej niż teraz, o ile sobie dobrze przypominam tamte
      czasy. Do tego gdzie oni właściwie mieszkali? Biorąc pod uwagę trudności
      lokalowe za komuny, to chyba z którymiś rodzicami (tu się ujawniają moje braki w
      lekturze).
      Jeżeli założyć, że z Borejkami (pod łóżkiem prawdopodobnie), to najlepszy młody
      człowiek byłby na z góry przegranej pozycji. Teściowa, która go nie lubi i która
      wszystko wie najlepiej, teść ekscentryczny, wymagający obsługi i adoracji,
      gromada młodszych szwagierek. I do tego żona, która w tej sytuacji nie ma
      najmniejszej szansy na wyjście ze swojej poprzedniej roli najstarszej
      córki/siostry, dzielnej pomocnicy mamusi itp. Ona nie ma miejsca, żeby mogła
      zostać kimś innym - w domu nie może być dwóch gospodyń, ani nie ma miejsca na
      danie młodym prywatności. Ignacy może i nie ma nic przeciwko odwiedzinom, ale
      nie mogę sobie wyobrazić, żeby łatwo przyjął stałą obecność w domu innego
      mężczyzny, który przecież odciąga uwagę od niego. Gorzej - on ma prawo domagać
      się, by najstarsza córka poświęcała czas jemu i dziecku, zamiast obskakiwać
      tatusia. Moim zdaniem Ignacy zniósłby tylko, mówiąc po angielsku, takiego
      "mini-me", drugiego intelektualistę-fantastę, dla którego mógłby być mentorem i
      niedoścignionym wzorem. A kimś takim Janusz nie był.
      Także rozpad związku nie wydaje mi się niczym szczególnie dziwnym. Mam wrażenie,
      że podświadomie Borejkowie odczuwali ulgę, że pozbyli się tego intruza. Problem
      jest w tym, że z jednej strony jest tu problem opuszczenia przez Janusza
      własnych córek - nie do usprawiedliwienia - a z drugiej to, że nie wydaje mi
      się, żeby jakakolwiek inna opcja była dla Borejków akceptowalna. Ojciec, który
      co prawda opuścił rodzinę, ale utrzymuje dobre kontakty z dziećmi nie mieści się
      w tym modelu, bo on jest oparty na rodzinie, która jest "monolitem". Dzieci
      odwiedzające ojca, ewentualnie jego nową rodzinę, tam stykające się z innym
      podejściem do życia, wartościami... niemożliwe.

      2. Gabriela i rodzina
      I tak Gabriela, zmuszona do pozostania z rodzicami ze względów ekonomicznych,
      logistycznych (brak mieszkań) i emocjonalnych, ugrzęzła na wieki w roli dzielnej
      Najstarszej Córki. Taka modelowa Najstarsza Córka mamie we wszystkim pomoże, we
      wszystkim ją wyręczy, i młodszymi dziećmi się zajmie, ale sama o niczym nie
      decyduje, niczym nie rządzi i za niewiele odpowiada. Trudno, żeby w tej sytuacji
      była mogła wychowywać własne dzieci. Ona jest przecież Najstarszą Siostrą, a
      taka się opiekuje, ale nie wychowuje... Dziewczynki są nie tyle córkami
      Gabrieli, co kolejnymi Borejkównami z rodziny, w której rządzi Mila, Gaba jest
      jej prawą ręką, a Ignacym trzeba się zajmować.
      Może dlatego ciągle opłakuje tego nieszczęsnego Pyziaka? Nie dlatego, że ją
      porzucił, a dlatego, że z nim straciła swoją szansę na znalezienie własnej drogi?

      3. Gabriela i Grzegorz
      No i w końcu, żeby znowu użyć angielskiego powiedzenia, autorka "zapisała się do
      kąta". Za tę swoją dzielność Gabie niewątpliwie należny się szczęśliwe
      małżeństwo, tylko z kim? Mini-Ignacy odpada, bo w tym wieku już nie byłby taki
      mini (a poza tym na dwóch chyba Poznań byłby za mały). Każdy inny typ raczej nie
      wszedłby bezkonfliktowo w rodzinę. Opisanie takich konfliktów może i byłoby
      życiowe, ale nie pasowałoby do wizerunku Borejków. Także pojawił się Grzegorz -
      mężczyzna-widmo, który rodzinie nie przeszkadza, bo w ogóle jakby go nie było.
      Spełnił swoją rolę - dostarczył mini-Ignacego, żeby Ignacy starszy mógł sobie
      chować następcę, po czym usunął się w cień... Nie wtrąca się do prowadzenia domu
      (poza kupnem zmywarki), nie wtrąca się do wychowywania córek-sióstr Gabrieli,
      nie wytrąca jej specjalnie z jej roli Najstarszej Córki - w ogóle go nie ma.
      A nawiasem mówiąc, nie zdziwiłabym się specjalnie na wiadomość, że Grzegorz na
      boku romansuje z jakąś studentką, która obdarza go pełnym podziwu uwielbieniem,
      jakiego w domu nikt mu nie da. Nie, żebym to pochwalała, ale bym się nie dziwiła.
      Ciekawe, że druga Borejkówna, która nigdy nie wyszła ze swojej starej roli - Ida
      - też ma męża-widmo, czy też raczej Śpiącego Królewicza. Ida nie musiała być
      dzielną Najstarszą Siostrą, więc pozostała Młodszą Siostrą - tą trochę narwaną,
      trochę niemądrą, której zawsze należy się opieka i pomoc, bo po prostu nie można
      jej zostawić samej sobie. A ona z tej opieki (w formie darmowego babysittingu i
      ogólnej obsługi) spokojnie korzysta, bo niby dlaczego miałaby przestać.
      Młodsze siostry jakby skuteczniej się usamodzielniły i stanęły na własnych
      nogach, a ich mężowie wykazują tak jakby znaki życia, i może dlatego na kartach
      książek pojawiają się dużo rzadziej...

      4. Dzieci Gaby
      Córki Gaby utknęły w tej dziwnej sytuacji, gdzie babcia jest matką a matka
      starszą siostrą. (OK, upraszczam) I usiłują się odnaleźć jak umieją. Róża przez
      naśladowanie matki - jest tu różnica pokoleń, więc jest i miejsce dla drugiej,
      mniejszej Starszej Siostrzyczki, równie dzielnej i wyręczającej... Może i
      lepiej, że Fryderyk dostał to tajemnicze stypendium wystarczające na trzyosobową
      rodzinę... po pierwsze dzięki temu nie pałętają się po książkach i nie denerwują
      ludzi, a po drugie mają szansę na jaką-taką samodzielność.
      Gabrysia im nie będzie siedzieć na głowie, bo to by znaczyło przejście z roli
      Najstarszej Córki do roli Matki, a w tym wieku ona już pewnie nie potrafi.
      Z Laurą gorzej, bo ona nie może się odnaleźć w żadnej z nielicznych ról, jakie
      dla niej pozostały - kolejnej Młodszej Siostry, która co prawda ma pomoc i
      opiekę, ale której nikt nie traktuje poważnie, albo Maleństwa, które ma
      podobnie, tylko jeszcze bardziej. Tutaj nie ma wyjścia - niech i ona dostanie
      jakieś stypendium do Włoch czy gdzieś, śpiewa w La Scali i stanie na własnych
      nogach.
      Ignacy Grzegorz naśladuje jedyny mu dostępny wzór męski - ojca nie może, bo
      ojciec jest przezroczysty i pewnie trzymają go pod łóżkiem albo w szafie, kiedy
      nie jest potrzebny. Zamieszkałego w pobliżu wuja też nie może, bo ten śpi.
      Pozostaje mu tylko dziadek Ignacy, na jego wieczne nieszczęście, bo z
      pozostałymi dziadkami najwyraźniej nie ma kontaktu. A kontaktu mieć nie może, bo
      to tak jak z tymi rozwodami w punkcie 1. - nadmierny kontakt ze stylem życia
      innym niż Borejków mógłby się okazać zgubny dla struktury rodzinnego monolitu.
      • nessie-jp Re: a jednak prawdziwie 02.02.09, 23:17
        Aniadm
      • taria Re: a jednak prawdziwie 02.02.09, 23:37
        Aniudm, Twoja wizja Gabrieli jako Wiecznej Najstarszej Córki jest
        bardzo spójna i prawdopodobna.

        > Może dlatego ciągle opłakuje tego nieszczęsnego Pyziaka? Nie
        dlatego, że ją
        > porzucił, a dlatego, że z nim straciła swoją szansę na znalezienie
        własnej drog
        > i?

        Twoja hipoteza tłumaczy również, dlaczego Gabrysia zakładając nową
        rodzinę, tak łatwo porzuca myśl o wynajęciu mieszkania i
        zamieszkaniu sama z Grzesiem i dziewczynkami.
        Teoretycznie, chwila po temu wydaje się idealna: dziewczęta są w
        wieku szkolnym, więc pomoc dziadków w opiece nad nimi nie jest już
        tak niezbędna, jak parę lat wcześniej. Na Roosevelta 5 pozostaną 3
        pełnoletnie córki Borejków i zięć Mareczek, więc wyrzuty sumienia z
        powodu opuszczenia niedołężnych rodziców dają się łatwo zagłuszyć.
        Zresztą rodzice ci nie sprawiają wcale wrażenia schorowanych i
        bezradnych: Ignacy wciąż pracuje zawodowo, o wrzodach Mili wszyscy
        dawno zapomnieli, skoro serwuje się tam dość tłustą i ciężkostrawną
        dietę.
        Ale faktycznie, Gabrysia nie wydaje się w wieku lat 30 zdolna do
        przecięcia psychicznej pępowiny łączącej ją z rodzicami...
      • croyance Re: a jednak prawdziwie 03.02.09, 11:35
        Fantastyczne, powinno byc podwieszone na gorze jako obowiazkowa
        lektura dla wszystkich forumowiczow! Mysle, ze trafilas w dziesiatke.

        A mi jeszcze do glowy przyszlo (a raczej, z glowy mojej wyszlo, jako
        pomysl), ze to wszystko moze tlumaczyc rozmiar niecheci Gaby i
        demonizowanie ex-meza: moze podswiadomie przelewa na niego
        frustracje zwiazane z rodzina i tym, ze nie pozwalaja jej dorosnac.
        Takze Pyziak staje sie bezpiecznym wentylem dla niegatywnych emocji.
      • tygrys2112 Re: a jednak prawdziwie 03.02.09, 14:47
        Bardzo ciekawe przemyślenia. jedyne z czym się nie mogę zgodzić, to
        to, że Grzegorz, nie czuje się dobrze z Gabrielą. Bardziej
        podzielałabym tę opinię:

        "Dodam jeszcze, że Grzegorz nie aspiruje do bycia głową domu, ani w
        pierwszej rodzinie, ani w drugiej. Nie bardzo wie, jak być ojcem ani
        dla Elki, ani Ignasia, więc chętnie zrzeka się tej roli na rzecz
        dziadków, o męskim wzorcu dla pasierbic nie wspominając.
        Na ojca rodziny w zasadzie się nie nadaje, trochę to się zmienia w
        Sprężynie,
        ale Grześ wciąż ma trudności w odczytywaniu emocji najbliższych.
        Jest minimalistą w dużo większym stopniu niż Ignacy - nie narzuca
        się otoczeniu ze swoimi potrzebami, jeśli trzeba, sam sobie ugotuje,
        upierze, uprasuje, dostarczy rozrywek. Za to widać, że bardzo
        potrzebuje żony w takim wydaniu, jakie dała mu Gabrysia: osoby
        ofiarowującej mu poczucie bliskości bez narzucania swojej obecności,
        kogoś, z kim można siedzieć plecy w plecy czytając książkę czy
        wspólnie zmywać naczynia. I naprawdę bardzo, ale to bardzo, Gabrysię
        kocha, jest z niej dumny i gdyby umiał, (a nie umie, niestety)
        pomagałby jej uporać się z traumą porzucenia przez pierwszego męża."
        Myślę, że on się dobrze czuje obok Gabrieli. Tylko niekoniecznie z
        taką ilością ludzi w okół siebie
        • aniadm Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 00:25
          tygrys2112 napisała:

          > Bardzo ciekawe przemyślenia. jedyne z czym się nie mogę zgodzić, to
          > to, że Grzegorz, nie czuje się dobrze z Gabrielą. Bardziej
          > podzielałabym tę opinię:
          >
          > "Dodam jeszcze, że Grzegorz nie aspiruje do bycia głową domu, ani w
          > pierwszej rodzinie, ani w drugiej. Nie bardzo wie, jak być ojcem ani
          > dla Elki, ani Ignasia, więc chętnie zrzeka się tej roli na rzecz
          > dziadków, o męskim wzorcu dla pasierbic nie wspominając.
          > Na ojca rodziny w zasadzie się nie nadaje, trochę to się zmienia w
          > Sprężynie,
          > ale Grześ wciąż ma trudności w odczytywaniu emocji najbliższych.
          > Jest minimalistą w dużo większym stopniu niż Ignacy - nie narzuca
          > się otoczeniu ze swoimi potrzebami, jeśli trzeba, sam sobie ugotuje,
          > upierze, uprasuje, dostarczy rozrywek. Za to widać, że bardzo
          > potrzebuje żony w takim wydaniu, jakie dała mu Gabrysia: osoby
          > ofiarowującej mu poczucie bliskości bez narzucania swojej obecności,
          > kogoś, z kim można siedzieć plecy w plecy czytając książkę czy
          > wspólnie zmywać naczynia. I naprawdę bardzo, ale to bardzo, Gabrysię
          > kocha, jest z niej dumny i gdyby umiał, (a nie umie, niestety)
          > pomagałby jej uporać się z traumą porzucenia przez pierwszego męża."
          > Myślę, że on się dobrze czuje obok Gabrieli. Tylko niekoniecznie z
          > taką ilością ludzi w okół siebie

          Nie mogę powiedzieć tak ani nie, bo moja główna opinia o Grzegorzu to to, że on
          jest po prostu niedorobioną postacią literacką... Trzeba było Gabrielę za kogoś
          wydać, to został napisany taki facet, który się materializuje tylko kiedy jest
          potrzebny. Literacki odpowiednik takiego naturalnej wielkości człowieka
          wyciętego z kartonu i ustawianego tu i ówdzie w roli POSa. Jak akurat
          niepotrzebny, to się go schowa.

          Ta uwaga, że on może mieć romans z jakąś studentką jest bardziej właśnie stąd,
          że o nim tak naprawdę nic nie wiadomo. (Inna sprawa, że ostatnie książki znam
          bardzo słabo, mogłam coś przeoczyć). Na ile jego życie jest pokazane, to
          spokojnie może mieć na boku trzy inne kobiety i czworo nieślubnych dzieci. A
          biorąc pod uwagę, na ile ktokolwiek się nim na Roosevelta przejmuje, raczej by
          nie nawet zauważyli.

          Gdyby Grzegorz był bardziej pełnokrwistym bohaterem, a nie konstruktem
          literackim, to bardzo chciałabym wiedzieć, co skłania mężczyznę w sile wieku, z
          wyrobionymi nawykami, do zamieszkania w domu z takim tłumem ludzi. Fakt, że nie
          mieszkał wcześniej sam, ale na pewno sytuacja była mniej ograniczająca. Bo nie
          dosyć, że jest nieustanny chaos, to jeszcze w domowej hierarchii Grzegorz nie
          wydaje się stać wysoko. Generalnie chyba w ogóle rzadko się o nim pamięta, a
          jeszcze rzadziej jako o osobnym człowieku, a nie doczepku do Gabrysi. Jego
          interakcje z kimkolwiek są rzadkie. Jego własna rodzina została wymazana z
          istnienia, więc autorka nie dała mu nawet jakiegoś miejsca, gdzie które mogłoby
          służyć jako "azyl". Jeżeli to typ introwertyczny, to życie w tym kołchozie musi
          go bardzo męczyć. Jeśli ekstrawertyczny, to gdzie on tę swoją ekstrawertyczność
          realizuje?

          Ale tego się chyba nigdy nie dowiemy, bo wątpię, żeby Grzegorza czekała
          kiedykolwiek transformacja w istotę trójwymiarową. Będzie miał wielkie
          szczęście, jeżeli załapie się chociaż na dwa wymiary.
          • soova Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 16:02
            aniadm napisała:

            > Gdyby Grzegorz był bardziej pełnokrwistym bohaterem, a nie konstruktem
            > literackim, to bardzo chciałabym wiedzieć, co skłania mężczyznę w sile wieku, z
            > wyrobionymi nawykami, do zamieszkania w domu z takim tłumem ludzi. Fakt, że nie
            > mieszkał wcześniej sam, ale na pewno sytuacja była mniej ograniczająca. Bo nie
            > dosyć, że jest nieustanny chaos, to jeszcze w domowej hierarchii Grzegorz nie
            > wydaje się stać wysoko.

            Aniu DM, bardzo spodobała mi się trafna analiza. Odnośnie jednak tego jej fragmentu, który zacytowałam, pragnę zwrócić uwagę, że być może odpowiedź na Twoje pytanie jest... prosta: love actually ;). Wystarczy wejść choćby na tutejsze fora damskie: emamę czy młode mężatki. Czasami pojawiają się posty w stylu: mieszkamy z teściami, miało być fajnie, jest niefajnie, teściowa się wtrąca, teść się czepia, szwagierka się nie odzywa, mąż tylko gra na komputerze (dobrze, że czasami, gdy ukaże się post: wychodzę za mąż, będziemy mieszkać z jego rodzicami, bo mają duży dom i dają nam piętro, zaraz jest reakcja kilku przytomnych osób: zastanów się, czy to na pewno dobrze :)). Grzegorz decydując się ma małżeństwo z Gabrielą chyba niezbyt zdaje sobie sprawę z tego, że prócz wzajemnej miłości, jaką żywi do niego (?) Gaba (bo ja jednak wierzę, że tak jest), dochodzi jeszcze ten nieprzyjemny aspekt nieodciętej pępowiny, zapewne niewielka zdolność kredytowa i w ogóle niechęć do wyprowadzenia się z Roosevelta. Miejmy też na uwadze, że w gruncie rzeczy Grzegorz sam pochodzi z analogicznego układu: jego małżeństwo nie istnieje, a on sam z córką mieszka z ojcem i stryjem. Funkcjonuje w bardzo wygodnej sytuacji: właściwie poza pracą nie ma wielu obowiązków, wychowanie Elki po śmierci babci (? - nie pamiętam, kiedy umarła matka Grzegorza) przejmują Cyryjek i Metody. Gdzie i jak miał się nauczyć bytowania samodzielnie, w osobnym mieszkaniu, z koniecznością zapewniania atrakcji małej córeczce, zapewniania opieki w przypadku jej chorób itp.? Przeniesienie się do Borejków niekoniecznie w tej sytuacji musi być dla niego czymś złym: po prostu zmieni dom z mało zaludnionego :) na maksymalnie zatłoczony, zajmować się córką nadal nie musi, bo przecież ona zostaje z dziadkami, zajmować się małym synem też nie musi, bo u Borejków babysitterek dostatek, zajmować się nieletnimi pasierbicami niekoniecznie musi, bo wcale nie jest to mile widziane (skoro Laura rzuca mu w twarz: jesteś macoch!), a jak ma już dość harmidru, to zawsze może pójść na uczelnię, gdzie łatwiej i o komputer i o spokój, a to jest chyba głownie to, o co mu tak naprawdę chodzi. :)

            --
            • aniadm Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 19:01
              Wszystko jest możliwe :) Jak mówiłam, dla mnie Grzegorz jest ledwo naszkicowany.
              Luki każdy sobie wypełnia, jak chce - mogą to równie dobrze być miłosne
              serenady, jak i potajemny drugi związek albo, na przykład, krwawe wizja
              zamordowania co poniektórych Borejków w bardzo wymyślne sposoby... Parę
              dodatkowych monologów wewnętrznych (zamiast, na przykład, rozmyślań Józinka)
              mogłoby dodać mu głębi i zrobić go trochę bardziej "kompletnym," ale mam poważne
              wątpliwości, czy tego się kiedyś doczekamy.

              Natomiast nie wyraziłam się dość precyzyjnie - najbardziej mi nie pasuje sam
              fakt zamieszkania Grzegorza z takim tłumem ludzi (jak się musi, to się musi -
              mnie by się nie podobało, ale jakby nie było innego wyjścia...) co fakt, że nie
              przeszkadza mu, że jego żona jest najpierw Córką i Siostrą, potem długo długo
              nic, a dopiero na końcu Żoną właśnie. Dlatego mi się wydaje, że on ma albo
              bardzo niewielkie potrzeby emocjonalne, albo je jakoś zaspokaja gdzie indziej. A
              najbardziej - co powtarzam - że wcale nie jest pełnowymiarową postacią, tylko
              kartonową figurą stworzoną przez autorkę w celu pokazania nam zasłużonego
              szczęścia Gabrieli (i spłodzenia mini-Ignacego).
              • croyance Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 19:08
                Ale i on, Grzegorz, przede wszystkim jest Synem, a potem dopiero
                mezem (bo ojcem tez nie bardzo). Mysle, ze zyjac samodzielnie moglby
                nie uniesc ciezaru odpowiedzialnosci za rodzine.
                • soova Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 19:24
                  Jak może on być Synem, skoro od "Noelki" jego rodzina w Jezycjadzie już nie występuje?
                  • croyance Re: a jednak prawdziwie 04.02.09, 20:49
                    Bo wszedl w system, gdzie ojciec juz byl: Ignacy. Czyli po raz DRUGI
                    dziadek wychowuje mu dziecko.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka