nula8
28.01.09, 18:57
Przeczytałam wątki o solidarności kobiecej z Gabą i kłamstwach Pyziaka i tak
mi się znów pomyślało, że - wychodząc poza narrację z punktu widzenia akurat
opisywanego bohatera - z opisu Borejków wyłania się bardzo prawdopodobny
psychologicznie obraz rodziny jednak... Toksycznej, pełnej traum i kompleksów.
Znaczy mniej lub bardziej normalnej.
Gaba - zawsze uwielbiana i obarczona oczekiwaniami, że ze wszystkim sobie
poradzi - nosi jak piętno traumę jedynej prawdziwej porażki w życiu (co
zresztą biorąc pod uwagę katolicki background jest sppotęgowane) i przenosi je
na dziecko. Grzegorz wchodzi do zżytej rodziny, w której nikt - tak naprawdę -
go nie potrzebuje, to i siedzi z boku i się nie wychyla. Dodatkowo jest to
osobnik oziębły, co nie miał potrzeby być z własną córką w wigilię i nikt mu
do szczęścia tak naprawdę potrzebny nie jest. Pyza całe życie obdarzana była
uwagą tylko wtedy jak sobie zasłużyła posłuszeństwem i zgadywaniem życiem,
toteż sobie tak ściele nadal - wieczne dążenie do akceptacji. Dziecko dało jej
poczucie pełni, bo może wreszcie ma nadzieję na jakąś miłość bezwarunkową
(tak, wiem, że to złudne, ale wiele kobiet tak ma). Laura - niekochana i
odpychana - w sposób absolutnie chory prze do małżeństwa i dorosłości, może
żeby zacząć od nowa, z czystą kartą. No i Miągwa, taki niby hołubiony, a też
pozostawiony sam sobie. On idzie w ślady Pyzy - akceptacja za wszelką cenę.
Tyle, że jest pierwszym mężczyzną, który się wychowuje w tym domu, więc musi
się trochę poszarpać, żeby znaleźć własną drogę.
Moim zdaniem trzyma się kupy. Ciekawe, czy MM też widzi, jaką rodzinę
stworzyła w swoim świecie? Drugie, a może i trzecie, dno historii o Borejkach
jest naprawdę... poruszające. Co Wy na to?