Dodaj do ulubionych

Tropem swądu morszczuka

13.03.09, 12:03
Drażniło mnie dyletanctwo kulinarne młodych Borejkówien we wczesnej
Jeżycjadzie i mam za swoje.
Karmel postanowiłam wykonać i błysnąć na rodzinnym obiadku z udziałem p.o.
teściowej.Miało toto w formie pokruszonej pokrywać szarlotkę. Pokrywało, tylko
szczęki się wszystkim natychmiast zakleiły, przez straszną chwile miałam
obawy, że zostanie tak na zawsze...Deser upłynął w uroczystym, choć nieco
rozpaczliwym milczeniu...A mamusia mówiła: bez eksperymentów kulinarnych na
gościach!Tzn. jak już rozwarła szczęki.Mam nadzieję na wyznania
wpadkowe/kulinarne:)
PS Znajomy twierdzi, ze gotowanie grochu w szybkowarze grozi śmiercią, lub
kalectwem. Ponoć cały mu wystrzelił jak naboje z karabinu maszynowego przez
ten otwór, którym para wylatuje..
Obserwuj wątek
    • the_dzidka Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 12:12
      > PS Znajomy twierdzi, ze gotowanie grochu w szybkowarze grozi
      śmiercią, lub
      > kalectwem. Ponoć cały mu wystrzelił jak naboje z karabinu
      maszynowego przez
      > ten otwór, którym para wylatuje..

      W to trochę ciężko mi uwierzyć, ale przygody z szybkowarem miałam
      dwie. Znaczy - jedną, o drugiej znajoma opowiadała.
      Ja: nalałam do szybkowaru za dużo wody. Kiedy zaczęło się gotować,
      wrząca woda wesolutko wylatywała przez "gwizdek" na kuchnię. na całą
      kuchnię, no bo ten gwizdek sie przecież kręcił. Najpierw usiłowałam
      podkraść się do kuchenki w celu wyłączenia płomienia ze ścierką do
      naczyń na głowie i rękach (żeby sie nie poparzyć). Bardzo logiczne,
      wiem, a jakie skuteczne! Kres sprawie połozył mój ojciec, który był
      wtedy mądrzejszy i na chwilę odciął dopływ gazu :)

      Znajoma: nie zauważyła, że gwizdek szybkowaru jest totalnie
      zapchany. Efekt - wysadziło pokrywę szybkowaru (dobrze że w kuchni
      nikogo nie było), jeden kawałek mięsa odnalazł się potem na szafce
      pod sufitem, drugi przebił szybę okienną i wyleciał przez okno.
      Kiedy mąż znajomej pobiegł na dół, mięsa już nie było :)))

      Za prawdziwość pierwszej historyjki ręczę, za drugiej - siłą rzeczy
      nie mogę, ale... jak mawiają Włosi: "se non e vero, e ben' trovato",
      czyli "nawet jeśli to nie jest prawda, to ktos to fajnie wymyślił" ;-
      )

      --
      Dzidka
      • mmaupa Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 13:54
        Dzidka, pokwiczałam się przy twoich historyjkach, szczególnie z mięsem przez okno.

        Kiedyś mój kuzyn (wówczas ok. 10-12 letni) postanowił zjeść sobie groszek z
        puszki. Chciał na ciepło, więc postawił puszkę bezpośrednio na gazie - niby
        tylko na chwilę, ale rzecz jasna zapomniało mu się, kiedy tylko wrócił do
        pokoju. Po jakimś czasie dobiega go huk. Kuzyn leci do kuchni i zastaje na gazie
        pustą puszkę - groszku ani śladu! Szuka, patrzy - nic, groszek zniknął na amen.
        W pewnej chwili spogląda w górę...
        Eksplodujący groszek wbił się w sufit, gdzie pozostał, w formie zielonego
        placka, aż do następnego malowania.

        --
        Don't panic, it's organic!
      • minerwamcg Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 20:51
        Aaa, to tu mi się nieuchronnie przypomina Chmielewska i trzech
        kolesiów nad puszką wołowiny, którą zamkniętą postawili na kuchence
        elektrycznej :)

        "Zajęci bardzo, prawie zapomnieli o głodzie i kolacji, kiedy nagle
        wstrząsnął nimi i budynkiem potężny wybuch gdzieś blisko. Działo się
        to więcej niż czterdzieści lat temu i wspomnienia wojenne były
        jeszcze żywe.
        Jeden krzyknął: — Bomba...!
        Drugi krzyknął: — Wojna...!
        Trzeci, głosem znacznie bardziej rozdzierającym, krzyknął: —
        Mięso...!!!
        Poderwali się jak szaleńcy i runęli do sąsiedniego pokoju (...)
        Rozumiejąc, że mogło się spalić mięso, ale przecież nie blacha,
        zaczęli jej szukać. Jedno denko odkryli zaraz za drzwiami, drugie na
        korytarzu w dość znacznej odległości, bocznej części natomiast nie
        było nigdzie. Uparli się i odnaleźli ją wreszcie na końcu drugiego,
        prostopadłego korytarza, gdzie zaleciała, odbiwszy się rykoszetem od
        ściany w połowie drogi.
        Wołowinę w sosie własnym odnaleźli również. Wisiała na wszystkich
        urządzeniach w charakterze drobniutkich strzępeczków o mięsnym
        smaku. Zgarnęli je chlebem na ile się dało i w ten sposób spożyli
        kolację."

        Joanna Chmielewska, Książka poniekąd kucharska.

        --
        Zabijają naszych! Nie wkurza Cię to?
        Wyślij protest do Ambasady Indii!
        • minerwamcg P.S. 13.03.09, 20:55
          Ten sam manewr powtórzyli w wojsku koledzy mojego brata. Na jakichś
          ćwiczeniach to było, mieszkali pod namiotami, i mieli do dyspozycji
          konserwowe superporcje: w jednej przegródce mięso, w drugiej
          ziemniaki, w trzeciej gotowana jarzyna. Wszystko przykryte metalowym
          deklem. No i jeden sobie taką porcję podgrzewał na kuchence... Jak
          pieprznęło, tak całe żarcie poszło w przyrodę, a w płachcie namiotu
          powstała śliczna, okrągła dziura w kształcie dekla.
          --
          Zabijają naszych! Nie wkurza Cię to?
          Wyślij protest do Ambasady Indii!
          • ewaty Re: P.S. 13.03.09, 22:02
            Mój kolega w akademiku (przyszły inżynier)postanowił podgrzać sobie
            paróweczki. W czajniku z dzióbkiem, ale bez pokrywki. Wepchnął je
            pracowicie przez dzióbek. Paróweczki napęczniały w trakcie
            podgrzewania- jedna w środku, druga zatykając dzióbek....
            Inni podgrzewali kaszankę przy pomocy dwóch widelców wbitych w
            końce , z kabelkami owiniętymi dookoła trzonków i wetkniętych w
            kontakt. Mało tego przypadkiem nie złapałam w ręce, zostałm
            powstrzymana i dostałam wykład o różnicy oporności kaszanki i
            kiełbasy (która tą metodą ponoć źle się podgrzewa).
    • kurczak1 Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 13:08
      Nabyłam mięsko mielone. Wsadziłam do lodówki. Po 2 dniach
      postanowilam spożytkować. Mięsko miało nieciekawy zapach.
      Zastanawiałam sie nad wyrzuceniem, ale szkoda mi było. Pokroiłam
      cebulkę. Dodałam jajeczko i przyprawy. Wymieszałam, zastanawiając
      się czy wyrzucić. Zrobiłam kotleciki. Usmażyłam, choć pachniało
      wciąż nieciekawie. Po usmażeniu zaczęło pachnieć przyzwoicie. Ale
      jakoś mnie nie kusiło. Na drugi dzień wyrzuciłam :(
      --
      How good to be baranek
      And wake up sobie ranek
      • paulina.galli Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 14:19
        Gotować generalnie umiem ale mam masę kuchennych wypadków
        O jajku w mikrofali czy posłodzeniu wody na makaron nawet nie bede sie rozwodzic
        - bo to banał :)

        Różne rzeczy wyprawiam z jedzeniem i sprzetem kuchennym , a raz to nawet taki
        mały toster (podłaczony do pradu!) mi sie zapalił żywym ogniem i tylko rozum i
        szybki refleks mojego faceta sprawił że nie trafiłam do grona laureatów nagrody
        Darwina - bo chciałam w pierwszym odruchu całe to palace sie ustrojstwo polac wodą!

        Kiedys w pracy chcialam sobie podgrzac mleko (chyba do budyniu albo płatków) a
        nie mielismy wtedy mikro ani kuchenki.
        Wymyslilam wiec inteligentnie ze podgrzeje na sekunde w ... czajniku
        elektrycznym. Wlałam ze dwie szklanki z zapaliłam czajnik na doslownie pare sekund.
        Nie musze chyba pisac ze eksperyment zakonczył sie potwornym smrodem i spalona
        grzałka ...


        A z wczoraj: kupiłam przepyszny sos do spaghetti (do tego krewetki tygrysie,
        limonka, biale winko - mniam :)) - sos kupny ale naprawde bardzo dobry! No i
        wyjmujac z siatki zakupy wyrzucilam ten słoik z sosem - upadł z hukiem na
        płytki w kuchni ale sie nie rozbryzgał tylko stworzył soba taka "piramidke" z sosu.
        Byłam tak wsciekla i mialam taka potworna ochote na ten sos ze wymyslilam ze
        zbiore łyzką z czuba tej piramidki (wszak nie dotykała bezposrednio podłogi) i
        spożyję.
        Jak wymysliłam tak zrobiłam, ugotowałam makaron, krewetki, dodałam limonki, pol
        szklanki wina a jak odparowało to dodałam "uratowaną " czesc sosu.
        Niestety przy pierwszym kęsie zrozumialam ogrom swej pomyłki - okazalo sie ze
        słoik tak sie roztrzaskał ze w sosie (a po wymieszaniu - w całym daniu :(:(:( )
        znajdowały sie miliardy malenkich ostrych jak igła okruchów szkła.
        I w ten sposb obiad - za nie wymawiajac- około 100 zł poszedł do kosza do smieci .:(
        A na dobitke jak juz go wywaliłam to klepnełam sie w głowe ze mogłam uratowac
        chociaz te wielgachne tygrysie krewetki (opłukujac je pod bieżącą woda) i je
        chociaz zjesc...
        ale ze śmietnika juz nie wyciagałam... :/

        --
        https://www.sesja.neostrada.pl/image020.gif
        paulina.galli = dziewczynka_do_bicia (i na odwyrtkę):)
          • ready4freddy Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 16:59
            przylaczam sie do pytania i w ramach kolektywu zainteresowanych postuluje, aby
            kol. Paulina natychmiast wyjasnila, jak sie robi te krewetki z limonka (bo i
            mnie wizja skusila, a co) :)

            hmmm, az dziwne, ale specjalnie nic mi sie takiego nie dzieje (przypalic to cos
            sie moze przypalic, fakt, ale doprawdy nic specjalnego.. o, mam, ostatnio
            przypalilo mi sie mieso mielone do tacos, tzn. tak na wyczucie ten czas wzialem,
            zamiast na zegarek, i zrobilo sie az za bardzo chrupiace. ale za to pikantne jak
            wszyscy los diablos de Mexico :)

            (swoja droga dzieki za tip z mlekiem w czajniku - pewnie bym nie wpadl na to,
            zeby je tak podgrzewac, ale tez cale moje inzynierstwo nie tlumaczy mi, dlaczego
            sie przypalilo - ma nizsza pojemnosc cieplna? za mocny czajnik? :)

            za to nabralem ogromnego obrzydzenia do lososia, odkad zachecony przepisem z MH
            postanowilem zrobic sobie jajecznice z onym (niespecjalnie lubie jajecznice, ale
            wygladalo to naprawde cool). moj blad polegal na dodaniu soli, i to chyba nawet
            niemalej ilosci, tudziez pozarciu tego w dosc szybkim tempie. oszczedze detali,
            ale gdyby wam sie zdarzylo polknac cos niewlasciwego i trzeba to bylo szybko
            zwrocic, polecam rzeczona potrawe. a mnie sie teraz niedobrze robi na sama mysl
            o lososiu, nie tkne bydlaka, chocby mi mieli za to placic :)


            --
            lody ruszyly, panowie przysiegli! defilade poprowadze osobiscie!
            • dakota77 Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 17:07
              Hmm, ja lososia uwielbiam i ciezko byloby mi sie do niego chyba zniechecic:)
              Co do kuchennych wypadkow, najbardziej spektakularnym pozostaje chyba przypadek
              pizzy. Otoz bardzo lubimy z malzonkiem wykonywac domowa pizze, oparta na gotowym
              ciescie, jakie kupujemy w dziale piekarniczym Carrefour. No i pewnego razu
              zrobilam pizze, jednak albo ananas byl za slabo odsaczony, albo dalam za duzo
              sosu pomidorowego na ciasto- tak czy owak pizza po wyjeciu z piekarnika jakas
              morka mi sie wydawala, wokol niej na blasze byl plyn. Postanowilam go odlac i
              wlozyc jeszcze pizze do piekarnika. Wzielam rekawice, blacha w dlon, zanioslam
              nad zlew, przechylilam... I cala dekoracja pizzy zjechala z pizzy do zlewu W
              rezultacie nie mielismy obiadu, a czyszczenie zlewu zapchanego kukurydza itp.
              nie nalezalo do przyjemnosci, mozecie mi uwierzyc:)
              --
              dakotascatsandclothes.blogspot.com
            • taria OT: Mleko w czajniku elektrycznym 13.03.09, 18:05
              Kluczową sprawą jest to, że mleko jest roztworem koloidalnym
              zawierającym ok 6% róźnego rodzaju białek, które w temperaturze pow.
              50C denaturują się, czyli tracą część wiązań wodorowych i koloidalną
              otoczkę cząsteczek wody. W wyniku tego łatwiej "przyklejają" się do
              ścianek naczynia i powierzchni grzałki elektrycznej. Działają tym
              samym jako izolator zarówno cieplny jak i elektryczny, sprawiając,
              że ciepło z powierzchni grzałki jest mniej efektywnie odbierane
              przez wodę. Ergo: grzałka rozgrzewa się bardziej niż normalnie,
              warstewka białka osiąga temperaturę pow 120C i rozkłada się tworząc
              związki siarkowe pachnące jak przypalone mleko/ palone włosy etc.
              Związki te są jeszcze lepszymi izolatorami, więc efekt następuje w
              błyskawicznym tempie :)

              Różnica pomiędzy gotowaniem mleka na płycie a grzałką polega na tym,
              że garnek na kuchence rozgrzewa się zdecydowanie wolniej, oddając
              konwekcyjnie ciepło wodzie i nie dopuszczając do przegrzania
              mlecznego białka. Dzieje się to przynajmniej tak długo, aż woda w
              mleku nie zacznie wrzeć. Tworzące się bąbelki pary wodnej mają
              mniejszą pojemność cieplną niż płyn, powodują miejscowe przegrzanie
              białkowej mieszaniny i przypalanie się. Dlatego mleko gotujemy w
              pojemnikach o podwójnych ściankach lub przynajmniej dnie, oddzielając
              je od bezpośredniego źródła ciepła.
              • kaliope3 Re: OT: Mleko w czajniku elektrycznym 13.03.09, 22:52
                Tario, a jak jest z olejem w podobnych warunkach? Mam w pracy niesamowitą
                koleżankę, różnorodność przygód wszelkich jakie ją spotykały wprawia w
                autentyczne zdumienie.Opowiadała mi jakiś czas temu jak kiedyś postanowiła
                zrobić sobie frytki,bo miała na nie szaloną ochotę.Ponieważ podgrzewanie oleju w
                garnku wydawało się zbyt długim procesem, podgrzała go w czajniku
                elektrycznym...Podobno frytki wyszły świetne, tylko czajnika już do niczego
                innego nie używano później
                • taria Re: OT: Mleko w czajniku elektrycznym 14.03.09, 11:31
                  Z olejem w teorii jest tak samo jak z czystą wodą, a nawet lepiej.
                  Po pierwsze olej lepiej od wody przewodzi ciepło, więc rozgrzewa się
                  bardziej równomiernie. Po drugie można go rozgrzać do wyższych
                  temperatur niż wodę (frytki czy mięso smażymy w temp. 170 - 190C)
                  zanim zacznie się rozkładać. Po trzecie zaś jest izolatorem
                  elektrycznym. Jeśli podgrzewamy wodę za pomocą tradycyjnej grzałki,
                  czyli grubego drutu przez który przepuszczony jest prąd, niewielka
                  jego część płynie przez samą wodę, więc np. mieszanie
                  podgrzewanej wody za pomocą metalowej łyżeczki jest trochę
                  ryzykowne ;)
                  Z tych właśnie powodów elektryczne grzejniki są wypełnione olejem
                  mineralnym.

                  W praktyce natomiast smażenie frytek w plastikowym czajniku nie jest
                  najszczęśliwszym pomysłem. W wysokich temperaturach olej i
                  zawieszone w nim cząstki pochodzące od smażonych ziemniaków wnikają
                  w tworzywo sztuczne. Takiego osadu nie da się łatwo doczyścić, a
                  herbata o aromacie frytek przypadnie do gustu chyba tylko
                  koneserom :)
              • ready4freddy Re: OT: Mleko w czajniku elektrycznym 14.03.09, 16:54
                dziekuje za fachowe wyjasnienie i odznaczam honorowa odznaka Tytanowego
                Fredriksona (daleko cenniejsza od statuetki Zlotego Paszczaka, przynajmniej w
                pewnych kregach :)

                a co do podgrzewania mleka, to do celow sniadaniowych, czyli do muesli
                podgrzewam je metoda Adasia Miauczynskiego, czyli butelka/karton w bardzo
                cieplej wodzie na czas jakis, swietnie sie sprawdza :) lubie mleko i jego
                przetwory, natomiast nie znosze mleka gotowanego, kojarzy mi sie z czyms pitym z
                przymusu, poza tym pozostawia uczucie pragnienia, ohyda :)
                --
                it's only called paranoia if you can't prove it
          • paulina.galli Re: Tropem swądu morszczuka 14.03.09, 15:06
            To jest sos ... i teraz mam zacmienie i nie pamietam firmy (ale pojde do sklepu
            i sprawdze) z napisem Arabiatta - takie troche pesto to jest.
            Ja kupuje zawsze ten słoiczek wiec na nazwe nie zwracam uwgi (ale sprawdze i
            podam :))

            --
            https://www.sesja.neostrada.pl/image020.gif
            paulina.galli = dziewczynka_do_bicia (i na odwyrtkę):)
              • ready4freddy Re: Tropem swądu morszczuka 14.03.09, 16:59
                arrabbiata :) czyli doslownie "wsciekla" (la rabbia to wscieklizna, czasownik
                arrabbiarsi to wlasnie wsciekac sie :)
                ale cos tu nie teges, bo sos all'arrabbiata jest pomidorowoczerwony, natomiast
                pesto jest zielone. Paulino, mialas na mysli kolor czy konsystencje? :)
                --
                miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... scyzoryk przeznaczenia ma dwa ostrza,
                korkociag, srubokret i otwieracz do konserw.
                • troppo_bella Re: Tropem swądu morszczuka 27.03.09, 16:43
                  O przepraszam, na ogół milczę, jak Was czytam, ale teraz nie mogę. Pesto alla
                  genovese jest zielone, ale już pesto rosso, czyli z suszonych pomidorów, jest,
                  jak sama nazwa wskazuje, czerwone.

                  --
                  - Ale na cóż zda się - pomyślała Alicja - udawanie dwóch osób na raz, kiedy
                  ledwie wystarczy mnie na jedną, godną szacunku osobę.
    • nighthrill Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 16:58
      Podobną rzecz jak Paulina zrobiłam z klopsikami sojowymi w słoiku. Spadły ze
      stołu w torbie plastikowej, więc po wybraniu większych kawałków szkła uraczyłam
      tym chłopa. Narzekał:)
      Poza tym - dawno temu zrobiłam sałatkę owocowo-ryżową z kiwi. Kiwi tak
      zgorzkniało, że nie dało się jej jeść, pomimo dosypywania ton cukru.
      No i nie umiem, no nie umiem naleśników...ciasto niby ok, ale zawsze wychodzą
      kiepskie, podarte albo surowe w środku.
      --
      Bez pośredników na pierwszej linii życia
      • jota-40 Re: Tropem swądu morszczuka 13.03.09, 18:23
        Naleśniki smażę i całkiem nawet smaczne wychodzą - ale nigdy, przenigdy nie
        udało mi się takiego naleśnika podrzucić widowiskowo do góry, odwrócić w
        powietrzu (???) i złapać na patelnię.

        W bardzo dawnych czasach zaliczyłam dwie wpadki gastronomiczne, co gorsza - na
        Bardzo Ważnych Randkach. Nakarmiłam mojego Ulubionego Smakosza kurakiem,
        duszonym po prowansalsku - sporo tam było dodatków, oliwki, warzywka - i cytryna
        w plasterkach. Chyba zapomniałam ją po drodze wyjąć, grunt, że danie owo -
        odznaczające się niesłychaną wprost goryczą - konsumowaliśmy z trudem, zapijając
        dużą ilością wina. Ambicja bolała mnie jeszcze parę lat ;)).
        Za drugim razem zaserwowałam narzeczonemu coś tam w beszamelu, do którego to
        sosu nie dodałam nic - ani soli, ani pieprzu, ani cytryny, no, nic. Nie miałam
        głowy do przypraw ;)).
        Znajoma miała odcedzić włoszczyznę z rosołu - postawiła durszlak w zlewie i
        zaiste, odcedziła, posyłając cały rosół do kanalizacji ;)).
      • ananke666 Naleśniki dla Nightrill 13.03.09, 20:32
        Spróbuj moją metodą. 2 szkl mąki, dwa jajca, 2-2,5 szkl mleka (przy dwóch wyjdą
        grubsze), łyżeczka oliwy. Jeśli na słodko, to trochę cukru do smaku: mała paczka
        waniliowego albo z pół łyżki zwykłego, jakoś tak. Ukręć mikserem ciasto i zostaw
        w spokoju na godzinkę. I to jest konieczne, bo coś tam się musi w nich odprawić,
        gluten rozkleić albo inna magia uczynić, grunt, że lubi postać.
        Przed smażeniem zamieszaj porządnie. Rozgrzej patelnię i posmaruj kawałkiem
        słoniny albo nalej troszkę oliwy/ oleju. Malutko, tyle, żeby dało się
        rozsmarować po patelni. Ciasto, wiadomo - najłatwiej lać łyżką wazową na
        pochyloną patelnię i kręcić patelnią, żeby cienko się rozlało. Przewrócić
        łopatką, kiedy całe ciasto na górze się zetnie, do póki górna warstwa jest
        mokra, nie ruszam. Dosmaża się już szybko.

        Co drugi naleśnik po przewróceniu na drugą stronę traktuję odrobiną oleju pod
        brzeg. Jak się naleje najmniejszą odrobinę jak się da, to akurat jest dobrze. I
        macham naleśnikiem po patelni, żeby się rozsmarowała.
        Niektórzy do ciasta dolewają wody, ja nie lubię, jakiś taki posmak ma dziwny,
        wolę wlać więcej mleka.
        Patelnia nie może być za gorąca albo za zimna - metoda prób i błędów.
        Ciasto musi postać przynajmniej godzinkę.
        Przewracam dopiero, jak się zetnie góra.
        Wychodzą cienkie i smaczne.
        --
        Tupecik
          • jota-40 Re: Grr 13.03.09, 21:00
            Można do ciasta dodać trochę piwa albo wody gazowanej. Ja też zawsze odstawiam
            na godzinę - ciekawa jestem, co tam się wyprawia w tym czasie? Umie ktoś z Was
            wyjaśnić to chemicznie?...
        • nighthrill Re: Naleśniki dla Nightrill 13.03.09, 21:24
          Dziękuję, Ananke:)
          Ja robię tak - 500 ml mleka lub wody, 1 jajko ( czasem bez) i 300 gr mąki.
          Bełtam to ręcznie za pomocą drewnianej łopatki i od razu smażę. A faktycznie
          powinno postać.
          Co dziwne, wszystkie placki, pancakes na sodzie itp. wychodzą mi świetnie. Nawet
          francuskie crepes na maśle! A cholerne naleśniki niezbyt.
          Ale dam im jeszcze szansę. Najlepsze są z nadzieniem meksykańskim.
          --
          Bez pośredników na pierwszej linii życia
            • nighthrill Re: Naleśniki dla Nightrill 14.03.09, 20:29
              Proszę, oto przepis na pancakes :

              2 szklanki mąki, pół szklanki jogurtu, 1/2 łyżeczki sody, 1 łyżeczka proszku, 2
              łyżki cukru, 2 duże łyżki stopionego masła 9 daję więcej), 1/2 łyżeczki soli,
              cynamon, 2 rozbełtane jajka. Ciasto ma być bardzo gęste.

              Wymieszać suche składniki, dodać do nich mokre, masło na końcu. Smażyć na maśle.
              Spożywać - tradycyjnie - z syropem klonowym. Ale ja lubię też z jagodami, bitą
              śmietaną albo dżemem truskawkowym. Właśnie dziś zrobiłam.
              Poza tym wykonałam dziś jeszcze zupę marchwiowo-kolendrową, i nie mam miejsca w
              żołądku, żeby jej spróbować...

              --
              Bez pośredników na pierwszej linii życia
          • nessie-jp Re: Naleśniki dla Nightrill 14.03.09, 17:11
            Może twoje ciasto wychodzi za rzadkie, żeby dały się dobrze przewrócić? W moim
            cieście proporcje są takie: 2 jajka + 3 szklanki płynu (najlepiej mleka, z wody
            się rwą) + 3 szklanki mąki. Ciasto musi być GĘSTE jak sos do krewetek :) Taki
            naleśnik bez trudu daje się nie tylko odwrócić, ale i podrzucić.

            A że nie używamy słoniny, to smażę "po studencku" metodą unowocześnioną --
            nasączam złożony ręcznik papierowy odrobiną oleju i przecieram tym patelnię
            przed każdym naleśnikiem. Smażę na teflonie, ale bez oleju się nie da --
            wychodzą po prostu niesmaczne.

            --
            ADMIN - Antypatyczny Dreczyciel Masowo Indoktrynowanych Niewiniatek (furtive_kitten)
        • slotna Re: Naleśniki dla Nightrill 13.03.09, 23:36
          Moja babcia czesto robila nalesniki na zsiadlym mleku, pozniej nie chcialam jesc juz zadnych innych - o niebo delikatniejsze, rozplywaja sie w ustach, no boskie po prostu. Polecam. Nalesniki na slono (z kapusta i grzybami, serem itp.) robie z kolei na piwie. Wode gazowana tez przerabialam, niby babluje, ale smak nie ten.

          --
          Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
          • jota-40 Re: Naleśniki dla Nightrill 14.03.09, 14:55
            Otóż to! Niby taka prosta sprawa, jak naleśniki, a fascynuje różnorodnymi możliwościami. Często eksperymentuję z ciastem, robiłam je już w różnych proporcjach, ze zsiadłym mlekiem też - pyszne są z jogurtem naturalnym (podobnie, jak racuchy). Ale jajka muszą być! I to nie jedno, tylko trzy - cztery nawet..
            Ja też przewracam z tej przyczyny, że później zjada się je na zimno, z serem i koglem moglem etc. Przewracam skądinąd bez szczególnych trudności, tyle, że bez tego widowiskowego salta w powietrzu ;).
            • paulina.galli Krewetki z limonka :) 14.03.09, 15:17
              Się kupuje lub się ma w domu :

              - krewetki tygrysie (ja nie lubie tych koktajlowych)
              - dobry makaron spaghetti
              - limonkę
              - dobra oliwę (z oliwek lub z winogron)
              - czosnek (niekoniecznie)
              - białe wino (moze byc półwytrawne ale ja lubie półsłodkie)
              - przyprawe do ryb (ja lubie te Kamisa fitness do ryb i krewetek ale moze byc
              kazda inna)
              - biały pieprz (albo mozna tez i czarny :))
              - chili - w płatkach (najlepsze Kotanyi w takim "młynku)
              - sol
              - (mozna kupic tez dobre oliwki)

              Gotujemy makaron al ente

              Na patelnie-> oliwke i wrzucamy krewetki (wczesniej jak byly mrozone przelewamy
              goraca woda lub czekamy az same sie rozmroza - podobno tak jest lepiej ale ja
              nie mam cierpliwosci :)) , posypujac je przyprawami, lekko soląc, doprawiajac
              chili w płatkach, mozna dodac odrobinke czosnku jak ktos lubi, i po chwli
              obficie skropic limonka ( ja daje sok z minimum polowy limonki ale ja mam fiola
              na punkcie limonki :))
              Krewetki dusimy dosyc intensywnie ale krotko (bo jak dlugo to sie twarde robia) .
              Podlewamy winem (ja daje troche mniej niz pol szklanki - taki sredni kieliszek)
              Jak krewetki z tym winem wyprodukuja sporo wody i zrobi sie jej duzo mozna odlac
              (wazne zeby nie czekac w nieskonczonosc az on odparuje bo naprawde te krewetki
              zrobia sie niedobre :))
              Na koniec wrzucamy sos na patelnie i podgrzewamy .
              mozna dorzucić pokrojone oliwki

              Makaron, to co na patelni, reszta wina do kieliszka i volia :)

              --
              https://www.sesja.neostrada.pl/image020.gif
              paulina.galli = dziewczynka_do_bicia (i na odwyrtkę):)
                      • paulina.galli Re: Krewetki z limonka :) 14.03.09, 22:34
                        No to jeszcze genialny z limonka jest łosoś a'la paulina :)

                        Dzwonka łososia kupujemy (koniecznie świeży).
                        Wrzucamy na min 1 godzine do miseczki z zimnym mlekiem (mozna do mleka wcisnac
                        odrobinke limonki ;))- i do lodówki.

                        Na patelni rozgrzewamy oliwe (wtedy lepsza z winogron bo z oliwek ma
                        charakterystyczny smak i zapach a winogronowa bardziej "neutralna" ale jak sie
                        nie ma to i dobry olej ok)i kładziemy dzwonka łososia (lekko osolone , obsypane
                        przyprawa do ryb i białym (koniecznie bialym!:)) pieprzem, mozna dodac odrobine
                        chili tez)
                        Smazymy z obu stron chwilke, skrapiajac obficie sokiem z limonki i na koniec
                        dodajac z pół szlanki wina białgo.
                        Ja na koniec smazenia dodaje 1 zabek czosnku posiekany - pycha.

                        Super smakuje z makaronem lub sam - do tego kroje w plasterki kiwi lub mango i
                        ukladam w wachlarzyk na talerzu
                        Pieknie wyglada i bardzo dobrze komponuje sie z łososiem .
                        (oczywiscie mozna robic wariacje na ten temat i np. dodac pomidory etc)
                        Na łosośka na koniec kładę na talerzu malenka gałązke bazyli , jeszcze raz
                        skrapiam rybe limonka i sypię dookola kuleczki kolorowego pieprzu (do wglądu nie
                        do jedzenia :))

                        Do tego obowiazkowo biale wino :)

                        Dane bardzo proste, szybko sie robi a wyglada pieknie i jest pyszne
                        (myk z mlekiem polega na tym ze łosoś robi sie delikatniejszy a smazony nie
                        "smierdzi " rybą - ja czasami na pare godzin do tej zimnej lodówki go w tym
                        mleku wkładma )

                        ps. łosoś ma czasmi tendencje do rozwalania sie - dletego przekładając go na
                        patelni na druga strone i potem na talerz najlepiej robiz z wprawą i szeroką
                        łopatką :)


                        --
                        https://www.sesja.neostrada.pl/image020.gif
                        paulina.galli = dziewczynka_do_bicia (i na odwyrtkę):)
    • ssssen Re: Tropem swądu morszczuka 16.03.09, 11:45
      Kumpel z małżonką postanowili zrobić karmel. Puszka z mlekiem skondensowanym do
      garnka z wodą, odpalić gaz - cóż prostszego? No, chyba że wyjdzie się na miasto
      i zapomni o przygotowywanych słodkościach. Woda wyparowała, a znajomi po
      powrocie zastali kuchenne meble i ściany całkowicie pokryte lepkim karmelem.
      Czysty pozostał tylko prostokąt nad samą kuchenką - okap go osłonił. Kilka
      godzin siedzieli z mokrymi szmatkami i wycierali ściany...
          • nessie-jp Re: Tropem swądu morszczuka 16.03.09, 19:42
            the_dzidka napisała:

            > Nienienie, karmel robi się również sposobem
            > podanym przez sssena

            Ale to trzeba długo poczekać, żeby całe mleko się spaliło :) Jednak cukier +
            woda + tłuszcz (mleko) = kajmak, a karmel to po prostu spalony sam-samiutki
            cukier. Li i jedynie.

            --
            Every procedure for getting a cat to take a pill works fine -- once. Like the
            Borg, they learn... -- Terry Pratchett
            • jota-40 Re: Tropem swądu morszczuka 17.03.09, 12:59
              A moim zdaniem, czekanie niewiele daje. Mnie się w każdym bądź razie udało raz przypalić puszki z tym mlekiem - cud, że tylko garnek był do wyrzucenia, a puszki - acz zbombane - jednak pozostały całe i nie obryzgały kuchni. Niestety, to, co zastałam w środku z pewnością nie było karmelem. Było po prostu czystą spalenizną. I w ogóle wydaje mi się, że z mleka karmel nijak powstać nie może. Powstaje kajmak, krem toffi, prawdopodobnie z karmelową nuta, niemniej karmel - to cukier, parę łyżek wody i - w niektórych przepisach - łyżeczka masła. Tej wizji będziemy bronić, jak niepodległości ;)).
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka