Grecja w 13 dni I

30.08.07, 13:15
Troche ta "ogromna" ilosc dni na wyrost, bo lacznie z lotami przez
ocean. Czy kiedys bedzie mozna sie poruszac fizyczno- internetowo?
Nie wiem, czy moje wrazenia sa takie jakie maja inni, ale kazdy
widzi co innego, nie mowiac o tym, ze moja wiedza jest nikla, wiec
prosze o poprawki i komentarze.
Wiec ladujemy w Atenach, mily lot Lufthansa, ktora w porownaniu z
liniami amerykanskimi i LOT-em ciagle trzyma poziom. Oprocz,
oczywiscie jak na wszystkich innych liniach coraz mniejszej
przestrzeni przypadajacej na jednego pasazera. Ci dlugonodzy powinni
sobie chyba nogi zakladac za szyje.
Pierwsze spotkanie z Grekami zgodne z stereotypem - negatywnym,
nim doszlismy do taksowek dorwal nas jakis cwaniak i poniewaz bylo
nas 6 osob z bagazami koniecznie kieruje nas do jakiegos vena.
Zgodnie z przewodnikiem i powszechna wiedza orientujemy sie, ze
chce nas oszukac 3-krotnie. Jakos od niego sie uwalniamy, podchodzi
do nas drugi, mily chlopaczek. Przystajemy na jego cene, ten nas
oszukal tylko dwukrotnie. Ale cala droge umilal nam informacjami o
Atenach. Pytam go, bo mowi z akcentem amerykanskim, gdzie nauczyl
sie angielskiego - z programu tv, ktory na okraglo nadaje filmy
amerykanskie. Hotel mamy blisko starego miasta i najwazniejszej
czesci historycznej, na wszelki wypadek ide z Olafkiem sprawdzic
basen na dachu. O Qrcze, widok prosto na wzgorze Akropolu, Olaf leci
powiadomic pozostalych. Dzisiaj mamy zajecia wlasne, bo reszta
grupy przyjezdza dopiero jutro. Przewodniki przewodnikami, ale
praktycznie poruszac sie najlepiej mozna, patrzac na pogladowa
mapke danej okolicy wzieta w recepcji kazdego hotelu. Lubie to
studiowanie map na ulicy, czy na skrzyzowaniu w aucie, chociaz
orientacje mam fatalna i czesto musze nie tylko sama obracac sie,
ale i obracac do gory nogami mapke, a czasem nawet ogladac sie za
sloncem. Znajac swoje slabosci nigdy nie oddzywam sie w grupie,
niech sie inni mecza, ale zawsze mam jakis plan, czasem pasuje
czasem nie. O.k. Teraz realizujemy plan uzupelniony informacjami
wlasciciela vena. Na pierwszy rzut - Narodowe Muzeum
Archeologiczne. Wielka duma Aten, a zarazem zal, ze tak wiele
bezcennosci wywieziono wczesniej do Anglii, czy Niemiec. No wlasnie,
do kogo to nalezy? Pompatycznie mowiac - do ludzkosci, ale
praktycznie? Jako starzy uzytkownicy metra w NY zadne nam nie jest
dziwne, kupujemy 24 godzinny bilet i w kilkanascie minut jestesmy w
muzeum. Muzeum jest po wielkiej renowacji, na parterze glownie
rzezby, lub ich fragmenty jedne bardzo slynne inne mniej, jedne
odrestaurowane, inne wylowione juz jako starozytne znalezisko w
pierwszym wieku n.e., a jeszcze inne to kopia wykonana np. w drugim
wieku p.n.e. wiec dla nas, czy to kopia? Pracowicie czytam podpisy,
przystaje przy roznych grupach, przewodnicy zawsze maja bardziej
ozywione informacje. Ile z tego zapamietam? Ale przeciez nie o to
chodzi, to dla historykow sztuki. Zwiedzacz ma miec pojecie i
jakies odczucie. Ja sobie mysle, ze Grecy byli w tych starozytnych
czasach narodem wybranem, tez ze wzgledu na utalentowanych artystow.
Jako podswiadoma feministka mysle tez, ze piekno ciala dotyczylo
glownie mezczyzn. Kobiece posagi sa nieliczne, nigdy nie takie
piekne i dopracowane. Na pietrze ceramika i wazy. Nie doczytalam
sie i nie dosluchalam, jak to z tymi wazami na prochy, a co na wode,
wino, czy oliwe. Za to w czesci pogladowej pokazujacej prace
archeologow dopiero docenilam jaka to jest zmudnai fascynujaca
robota. Teraz w dobie symulacji komputerowej i innych technik to
jednak tez po prostu rozrywka. Wystarczy powiedziec, ze zaledwie 10%
szczatkow jakiegos obiektu pozwala na odtworzenie calosci.
Po museum kilka obrotow wokol mapki metra i juz jedziemy w strone
eleganckiej dzielnicy Kolonaki. W zieleni, niewielkie kamienice,
idziemy bardzo stromymi ulicami w strone kolejki linowej na
najwyzsze wzgorze nad Atenami. Dzielnica rzeczywiscie wytworna,
cisza, spokoj bo to pora sjesty, ale czy tu jest jeszcze w miescie
sjesta, czy wszyscy sa "w robocie", w kazdym razie omal zywego
ducha na ulicy. Ze wzgorza Lykavittos rzeczywiscie wspanialy widok
na Ateny, dopiero wieczorem musi to byc imponujace, niestety plan
napiety - wieczorem chyba nia bedzie mozliwosci tu przyjechac. W
Atenach nie ma i nie bedzie nigdy wiezowcow, zawsze bedzie nad
miastem gorowac Akropol. Po malym co nie co , oczywiscie w knajpce z
widokiem na Akropol zjezdzamy na dol - i do dzielnic wokol wzgorza.
Kto byl w Atenach, wie o czym mowie, Plaka, Monastiraki, "tysiace
uliczek, miliony restauracyjek i kafejek". Na plaskim terenie,
stromych, czy nawet schodkowych uliczkach, kramy, sklepiki, targi,
przewalaja sie turysci, handlarze o egzotycznej urodzie, Grecy
siedza przy stolikach lub zachecaja do wejscia do restauracji czy
sklepiku, (duzo handlujacych Afrykanow, jak w NY). W koncu siadamy w
jakiejs restauracji, jedzonko pyszne, ja wzielam suflaki z
jagnieciny i oczywiscie cadzyki (czyli taki chlodnik kefirowy na
gesto- moja ulubiona potrawa z NY), zreszta jak zawsze w przy nowych
potrawach bierzemy rozne dania i prosimy o dodatkowe talerze
i "szerujemy" (prawda jakie ladne slowo?). Te suflaki byly
niepowtarzalne, szkoda, ze nie mam talentu do opisu smakow,
Przemilo, wieczorek juz nie tak upalny, ceny zupelnie umiarkowane
wporownaniu z tym co zobaczylismy na menu w hotelu. Potem ciag
dalszy spaceru, Akropol i inne starozytnosci podswietlone. Pakujemy
sie do jezdzacej po ulicach kolejeczki dla turystow. Objezdzamy
nie tylko te gwarne uliczki, ale mijamy urzedy panstwowe przy
ichniejszych "Alejach Jerozolimskich", malowniczy zolnierze -
wartownicy wlasnie zmieniaja swoje polozenie pod palacem
prezydenckim. Corka postanawia kupic mezowi takie wojskowe z
pomponami buty, bedziesz mial do pracy - jak zanlazl, mowi. Dlaczego
mezczyzni nigdy nie wyrastaja z zabawy zolnierzykami.
Co rusz kolejna podswietlona starozytnosc. I tu przepraszam za
profanacyjny dowcip - zupelnie jak w Las Vegas, a tam ciagle jeszcze
nie ma starozytnej Grecji! Jeszcze jakis przycupniecie w
kawiarence, wiadomo z widokiem i wreszcie do hotelu. Metro juz mamy
opanowane, w malym palcu, a stacja w samym srodku tego rejwachu o
uproszczonej przez nas nazwie Monastyrki, wysiadamy, na jeszcze
bardziej swojsko uproszczonej - Metaxa, przesiadajac sie wczesniej
na Amonii ( od zapalenia pluc po angielsku).
    • maryna04 Re: Grecja w 13 dni II 31.08.07, 00:47
      Nastepny dzien juz w grupie. Trzydziesci dwie osoby, osobiscie wole
      mniejsze grupy, ale mam przeciez swoja podgrupe. Reprezentacja
      roznych stanow, najliczniejsza podgrupa to 3-pokoleniowa rodzina z
      Oregonu. Ci to sie dopiero nalecieli. Duzo singli. Mamy dwie
      pilotki - starsza, drobniutka, elgancka Vulva ona bedzie z nami na
      ladzie, na morzu zas bedzie Denis - mloda, przy kosci, bardzo
      pogodna. Podjezdza autobus no i wiadomo - na Akropol. Jest jeszcze
      rano a tu juz wali tlum i upal. I co mam napisac? Propyleje,
      partenon, kariatydy.... jak budowano, rekonstruowano - lepiej ode
      mnie opowie o tym fachowa literatura. W kazdym razie to co stoi
      zrekonstruowane, czy oryginalne dzisiaj - to juz budowle na ruinach
      osadnictwa sprzed 3 i 2 tys. lat p.n.e. Perykles, ktory naklonil
      Atenczykow do budowy swiatyn na wzgorzu w 6 wieku p.n.e. jawi sie
      omal jak nam wspolczesny. Jakie losy byly Grecji takie i wzgorza.
      Propyleje, Partenon byly swiatyniami starogreckimi, rzymskimi, potem
      sluzyly chrzescijanom, potem Turkom, w Partenonie byl w koncu sklad
      amunicji. Mimo wielu zawieruch wojennych nacierajacy naogol starali
      sie oszczedzac wzgorze, najwieksze zniszczenza zrobili Wenecjanie w
      17-tym wieku, ktorzy celnym strzalem z mozdzierza spowodowali
      zrujnowanie Partenonu, w ktorym akurat byl sklad amunicji. W czasie
      ostatniej wojny Niemcy, czujac sie zapewne spadkobiercami kultury
      hellenskiej prowadzili na szeroka skale prace renowacyjne na Swietym
      Wzgorzu.
      W tym miejscu wypada napisac, jak to zadeptywany jest Akropol
      przez turystow. Zadeptywane jest wszytko: i Wielki Kanion i Machu
      Picchu i Morskie Oko, kazdy wlasnie sprawdzil osobiscie zadeptywane
      miejsca i roni lzy. A mnie sie podoba, ze turystyka nie jest juz dla
      wyksztalconych, bogatych pieknoduchow. Cieszy mnie widok Hindusow,
      czy Japonczykow, umeczonych rodzicow z malutkimi dziecmi, ktorym
      dobrze, bo spia na piersi i nie musza "pracowac". Przeciez to jest
      dla ludzi, zawsze cos zobacza, zadziwia sie, zachwyca, zmecza...,
      nie oni zrobia zniszczenie swiata.
      Potem jeszcze tura autobusowa wokol miasta, pani Vula interesujaco
      opowiada. Ona kocha Ateny, jest dumna z Grecji i jej dziedzictwa.
      Zadziwiajace jest jak dla niej i innych, jak sie potem okaze,
      Grekow te dwadziescia pare wiekow wstecz jest blisko
      wspolczesnosci. Kolejne dwa tysiace lat jakos znika w mrokach
      sredniowiecza, o wielowiekowym podboju tureckim nikt tu nie
      wspomina, nazwy ulic, hoteli naogol wziete ze starozytnej historii,
      mitologii. Pytam Vule o alfabet, niezmieniony od tamtego czasu -
      kazdy Grek przeczyta co wyryto dwadziesia kilka wiekow temu. Pytam
      czy jezyk bardzo sie zmienil - absolutnie nie, pytam czy
      wielowiekowa niewola turecka zostawila jakies slady kulturowe -
      zadnych. Hm...jakos tak jej nie wierze, przeciez np. greka klasyczna
      to inny jezyk niz wspolczesny. A potem jeszcze okaze sie, ze
      rzymianie, ktorzy zajeli te ziemie wlasciwie nic nie wniesli nowego.
      Zaanektowali religie i mitologie, styl budownictwa, ich rzezby sa
      bez wyrazu, a to co wybudowali nie ma doskonalosci greckiej. Potem
      niejednokrotnie Vula kaze nam porownywac cos greckiego i
      romanskiego. No nie, rzeczywiscie te romanskie kawalki to szajs. smile
      Czy to jeszcze patriotyzm, czy juz nacjonalizm. Jak widac wszystkie
      narody "to maja".
      A swoja droga co nasi przodkowie robili dwa i pol tysiaca lat
      temu?
      Potem juz na wlasne zyczenie jedziemy sami zwiedzac Agore. Okazuje
      sie, ze Olaf zostawil bilet w innych spodniach, ale czyta, ze wstep
      do lat 16-tu jest za darmo. Jednak pani jest czujna - pyta z
      jakiego kraju, juz sie zorientowalismy wczesniej, ze lepiej byc
      Europejczykiem z UE, wiec cos tam tlumaczy, ze z Polski, pani
      dalej nieufna prosi o jakies ID, nie ma, wiec pyta - a do jakiej
      szkoly chodzisz? A on z duma do Bronx Science w NY. Pokladamy sie ze
      smiechu, bo na pani nie zrobilo to wrazenia, wrecz przeciwnie -
      zwatpila w jego prawo do wejscia za darmo. Udala sie na narade do
      kolezanki. W koncu go wpuscila, a on wreszcie zrozumial, ze
      posiadanie paszportu polskiego jest obecnie lepsze niz
      amerykanskiego. Na terenie Agory i akcent amerykanski sie znalazl.
      W latach trzydziestych ubieglego wieku archeolodzy amerykanscy
      rozpoczeli tu prace odslaniajac pozostalosci zespolu gmachow
      publicznych. Najbardziej imponujacy z nich rozlegloscia tzw. stoa
      Attolosa zostala zrekonstruowana juz po wojnie dzieki ofiarnosci
      jednego z Rockefellerow cmentarz starozytny.
      Jeszcze mamy do zaliczenia znajdujaca sie w dobrym stanie wieze
      wiatrow, gdzies nam sie zgubila, krazac natrafiamy na pana
      malujacego obrazki ( takie jak pod sukiennicami w Krakowie). Corka
      wola do wnuka, ktory cos tam wybral: powiedz mu ze zaplacisz 20 to
      sprzeda ci za 25, a pan mowi po polsku: sprzedam, sprzedam mu za
      tyle. Pan jest z Poznania, chyba tak sobie jezdzi po swiecie i
      maluje obrazki na utrzymanie. Wolny duch. Najbardziej zapalona
      uczestniczka namawia jeszcze na zwiedzenie starozytnwego cmentarza
      Kerameikos. Po drodze trafiamy na romanska agore, czyli po
      ichniejszemu forum. Bardzo przypomina to z Rzymu. Zgodnie z
      pouczeniem Vuli juz wiemy, ze to byle co.
      Na kolacje postanowilismy jechac do Pireusu. Pamietam ogromnie
      popularny utwor Dzieci Pireusu, ktorego melodie zna caly swiat do
      dzisiaj, ale chyba juz bez tytulu. Pireus to wielki port, wiele
      plazy, przystani, deptak z rozlicznymi tawernami nad brzegiem morza.
      Wszystko to dobrze brzmi, zwlaszcza, ze ostatnia stacja jednej linii
      metra nazywa sie Pireus. Dojezdzamy, znow zillion tawern przy
      brzegu, wystawione na tablicach menu z cenami poszczegolnych dan
      rybnych i z owocow morza. Jakies dziwne te ceny - podane sa w euro/
      kilogram produktu. Strasznie natretni naganiacze, jesli tylko
      uslysza slowo po polsku mowia jakies "dzien dobry, prosze, dziekuje"
      W koncu wchodzimy do jakiejs, bo wlasnie zwolnil sie stolik przy
      morzu, jedna osoba siada na krzesle tylem do morza, krzeslo sie
      zachwialo do tylu, ktos je zlapal. Oczywiscie dwie nogi krzesla byly
      juz za betonowa podloga "w drodze' do morza, bo nie ma zadnego
      zabezpieczenia. Czy jeszcze nikt im nigdy w tych tawernach nie wpadl
      za stolkiem do wody? Pan kelner przynosi polmisek ze swiezymi rybami
      i owocami morza. Trzeba sobie wybrac, cos tam kazdy wybiera. W koncu
      przynosza dania. Cos ze wzrokiem nie tak? Rybki skurczyly sie do
      minimalnych rozmiarow, podobnie owoce. Jemy tak troche w milczeniu,
      nikt nie zachwyca sie swoim daniem, dodatki byle jakie. Pan przynosi
      rachunek, szczeka opada, znosimy to meznie, bez zadnego komentarza.
      Na dodatek okazuje sie, ze powinnismy wysiasc na przedostatniej
      stacji metra, to wtedy mielibysmy rzut beretem to tego pasma knajp,
      a z ostatniej stacji musielismy brac taksowki. Dopiero po kilku
      dniach zaczelismy zasmiewac sie z naszej srednio udanej finasowo
      kolacji i z menu podanym w kg.
      • maryna04 Re: Grecja w 13 dni III 31.08.07, 02:32
        Rano wyjezdzamy juz z aten i kierujemy sie do Delf. Najpierw
        jedziemy austrada, potem zwyczajna droga, ale bardzo dobra droga. Na
        ogromnej ilosci domow panele sloneczne, wprawdzie nie zaopatruja
        jeszcze domow w energie elektryczna, ale zapewniaja ciepla wode.
        Mijamy maraton, pole i niesmiertelna historia. Delfy wg
        starozytnych Grekow to srodek swiata, Vula z tego Pepka zgrabnie
        przechodzi do milosci miedzy narodami. Wyrocznia delficka sciagala
        po rady nie tylko wielkich wspolczesnego swiata, ale i maluczkich.
        najwaznuiejsza kaplanka Pytia musiala miec wiecej niz 50 lat, jej
        wyrocznie, jak wiadomo, nalezalo samemu zinterpretowac umieszczajac
        w odpowiednim miejscu punktacje. I tym sposobem zawsze sie wszystko
        zgadzalo. najciekawsze pozostalosci to okragly tolos, ktorry
        otaczalo 20 kolumn doryckich, zrekonstruowano trzy. Vula mowi, ze
        jakies 200m w gore jest stadion, "niestety" juz rzymski, zbudowany
        na ruinach greckiego. Straszliwy upal, moze dlatego nie zacheca,
        podgrupa nowojorska jednak sie podrywa, za nimi wiele osob.
        Podejscie w tym upale dalo sie we znaki wielu, ale wartalo. Stadion
        w doskonalym stanie, pieknie usytuowany. Potem idziemy do muzeum,
        najslynniejszym eksponatem jest posag z brazu Woznica, wylowiony z
        wody wiek temu przez okolicznego rybaka. Przy innej rzezbie
        slyszymy historie wielkiej milosci homoseksualnej , zapomnialam
        imion, w kazdym razie mlody kochanek, ktory poswiecil zycie
        starszemu jest wyrzezbiony jako przepiekny mezczyzna. Przy okazji
        dowiadujemy sie, ze jakies piekne rzezby Ci barbarzyncy Rzymianie
        potrafili wrecz wyrzucic, a poniewaz ciagle im sie zmieniali
        wladcy, to uproscili metode ich uwieczniania, po prostu zostawal
        korpus, a glowe wymieniano.
        Zakwaterowanie w hotelu, ide na basen poplywac, a wieczorem
        idziemy do miasteczka. Cacko, usytuowane na kilku poziomach na
        bardzo stromym boczu, tak, ze domy z jednej strony sa parterowe, a
        ulice nizej nawet czteropietrowe. W tych domach male hotele,
        oczywiscie zycie turystyczne tetni. Sklepy, bary, kolejka ktora
        objezdza to agrafkowe miasto i tlum na ulicy. Siadamy w uroczej
        kawiarni w rogu na tarasie. Taras tak wiecej wysuniety nad
        przepascia, czyli nizej polozona ulica, ckliwy widok na zatoke i
        przeciwlegle wzgorza z swiatlami z okien domow. Cykaja cykady,
        cichutka muzyczka grecka, zamawiamy wino jak zwykle "domowe".
        Mozna by rzec - chwilo trwaj. Przy dwoch stolikach siedza polskie
        pary, potem na ulicach okaze sie, ze Polakow zatrzesienie. Ide od
        sklepu do sklepu, w jednym pan poliglota, handluje we wszystkich
        jezykach i ma wszystko za pol ceny. Ziec kupuje sobie popiersiatko
        Platona, Olaf dwie kolumienki doryckie, ja muzyczke grecka i
        kalendarz z meteorami, gdzie oczywiscie nie bedziemy, bo to na
        polnocy.(Meteory to klasztory zawieszone na skalach - zjawiskowe.)
        Od lat staram sie kupowac jak najmniej, bo gdzie trzymac i po co.
        Komu wpychac zeby sobie zagracal mieszkanie, z drugiej strony trzeba
        popierac gospodarke danego rejonu. Jak by tak nigdy nic nie kupil,
        to ladnie by wygladali. Zreszta niektore rzeczy sa naprawde ladne.
        Kiedys zakupy na wyjezdzie byly wielka atrakcja, teraz chyba mniej.
        Zwlaszcza dla mnie z NY, gdzie moge dostac wszystko z calego swiata,
        i najlepsza oliwe grecka i uozo.... a inne rzeczy sa zawsze tansze w
        USA.
        Rano po sniadaniu wyjezdzamy do Olimpii, przekraczamy most na
        Peloponezie, duma inzynierii mostowej. Te sniadania w hotelach to
        niby dobre rozwiazanie, ale z drugiej strony z tego powodu, ze jest
        to system bufetowy zjada sie olbrzymie ilosci. W domu wystarczy mi
        np. owsianka. Jak jest bufet, to owsianka stanowi ulamek tego co
        zjadam. Przeciez nikt mi nie karze, to po co jem? Wszyscy tak
        robia. Jemy lunch w miasteczku, pod zespolem sportowym starozytnej
        Grecji, gdzie juz za dwa dni dotrze pozar, a przerazeni mieszkancy
        beda opuszczac domostwa, przeklinajac wladze, ktora zamiast nich
        ratowala tamtejsze Muzeum Archeologiczne.
        Olimpia to rozlegly plaski teren, wyposazony kiedys we wszystko to
        co potrzebne bylo do odbycia zawodow, modlow, zapewnienia noclegow,
        warunkow higienicznych zgromadzonych zawodnikow i publicznosci.
        Pierwsze historycznie odnotowane zawody odbyly sie w roku 776
        p.n.e., ostatnie pod koniec IV-tego wieku n.e. To chrzescijanski
        juz cesarz Teodozjusz zakazal takiej rozrywki i poganskiego
        swieta. Z opisu jak wygladaly igrzyska dla mnie wynika jasno, ze
        homoseksualizm byl w owych czasach czyms naturalnym. Naturalna tez
        byla nagosc, te ogromne ilosci smuklych, czy umiesnionych, pieknych
        meskich postaci. To w nich bylo piekno, a nie w kobietach.
        Zawodnicy startowali zawsze nago, jak z publicznoscia - juz
        zapomnialam. Stosowano przed zawodami kapiele, nacieranie cial oliwa
        i wonnosciami, spano razem w specjalnych pomieszczeniach zwanych
        gimnzjami. Uczestnikami i widzami byli wylacznie mezczyzni i jedna
        kobieta, traktowana jako kaplanka zawodow. Zajecia sportowe
        poprzedzne byly uroczystosciami religijnymi w znajdujacych sie na
        terenie kompleksu swiatyniach. Porownajcie dlugosc wspolczesnej
        tradycji olimpijskiej z przeszlo tysiacletnia starozytna. Obecnie
        istniejace pozostalosci, pochodza z budowli z trzeciego kolejnego
        stadionu na tym miejscu. W muzeum najslynniejszym eksponatem jest
        rzezba pieknego Hermesa, w zaleznosci z ktorej strony patrzy sie
        ma trzy wyrazy twarzy. Po pozarze zagrazajacym Olimpii nastepnego
        na pierwszej stronie gazet umieszczono twarz Hermesa od strony,
        ktora jest smutna ze lza spadajaca z oka bozka. To w Olimpii
        pietnascie ubranych w starozytne szaty, w tym samym miejscu, co
        przed tysiacami lat zapala, nie zapalkami, znicz, z ktorego ogien
        dociera na wspolczesna olimpiade.
        • wedrowiec2 Re: Grecja w 13 dni III 31.08.07, 18:47
          Maryno, dziękuję za relację. Jeszcze nie przeczytałam, ale
          wydrukowałam. Jutro wyjeżdżam nad morze. Siedząc na zimnym piasku,
          chłostana przez podmuchy północnego wiatru i spryskiwana bałtycką
          bryzą będę delektowała się lekturąsmile
          • jan.kran Re: Grecja w 13 dni III 31.08.07, 21:09
            Ja wlasnie drukuje i po powrocie z pracy przeczytamsmile

            Dziekuje Maryno!!!
            Kran
            • maryna04 Re: Grecja w 13 dni III 01.09.07, 12:10
              Troche mi sie pomylilo i opuscilam jeden dzien na ladzie. Nie bede
              juz zanudzac, wspomne tylko o najwiekszym wrazeniu z tego dnia.
              Teatr w Epidaurus. Slynie ze wspanialej akustyki. Do dnia
              dzisiejszego, szczegolnie w sezonie turystycznym odbywaja sie tu
              widowiska teatralne. Oczywiscie przede wszystkim sztuki z klasyki
              greckiej, ale tez i wspolczesne - jak zuwazylam na wywieszonych
              plakatach. Ze starozytnym amfiteatrem kontrastuje ustawiona
              wspolczesna scena, reflektory i inne urzadzenia, ktorych wymaga
              wspolczesna inscenizacja. Zwiedzajacych tu wiele. Numerem popisowym
              jest "wystep" przy scenie jakiegos uczestnika azeby udowodnic z
              jak daleka bez mikrofonow dobrze slychac. I wlasnie za usilna namowa
              pilota spiewala jakas pani po polsku (o cyganach), a wtorowala jej
              rozsiadla w rzedach jej grupa. Bylo to zupelnie mile. Nasza pani
              nie zmuszala nas do spiewow, za to zademonstrowala swoje popisy,
              szept, ktory niosl sie naokolo, bicie sie dlonia w klatke
              piersiowa..., ktore dudnilo z daleka. Nawiasem mowiac polska grupa
              znacznie lepiej reprezentowala sie od naszej, gdzie jednak bylo
              sporo grubasow. Trojka naszych polskojezycznych nawiazala z nimi
              kilkuminutowy sympatyczny kontakt....
              Vula przez caly czas odpowiada na rozne pytania, opowiada takie
              siakie ciekawostki, o zyciu wspolczenej Grecji. Np. o oliwie. Oliwka
              praktycznie zyje wiecznie , zielona i czarna sa z tego samego
              drzewa, tylko z roznego okresu dojrzewania. Najlepsza oliwa extra
              virgin jest z zielonych. Z tych zbiorow oliwek schodzi na temat
              emigrantow, ktorzy -jak wiadomo- na calym swiecie za niewielka
              oplata zbieraja zbiory w bogatszym, czy nieco bogatszym kraju od
              swojego(co musialam dodac - bo Grecja nie objawila mi sie jako
              bogaty kraj). Nie rozwijajac szczegolow jej poglady wyrazone
              delikatnie, ale jasno na temat szkodliwosci emigrantow i wejscia do
              Unii, ktora spowodowala nie tylko podwyzszki cen, ale wlasnie zalew
              tych robotnikow, ktorzy powoduja ciagle wysokie bezrobocie sa bardzo
              dalekie od moich. Wieczorem na pogaduszkach okazuje sie,ze tez od
              pogladow rdzennych Amerykanow, ktorzy wprawdzie niewiele sie znaja
              na ekonomii UE, ale naogol dziwili sie jej pogladom na emigrantow. W
              Ameryce bardzo wielu jest tez przeciw, ale jej uzasadnienia byly
              jak na amerykanski gust wielce niepoprawne politycznie.
              No i w koncu jedziemy switem do Pireusu gdzie mamy
              sie "zaokretowac", czy jak to sie mowi mily Wodniku dla takich
              pasazerskich cywilow jak my? Poznaje slowko angielskie, ktorego w
              zyciu nie slyszalam "embarkation" no i odpowiednio "disembarkation",
              ale czy to ja plywalam takimi kolosami. Wsrod wysp Galapagos pan
              ekwadorczyk na pewno go nie uzywal, ale tam procedura byla prostsza.
              No to dojezdzamy do portu skad odplywaja te turystyczne statki. Na
              pewno odplywa wiecej niz jeden, bo rozne osoby trzymaja tabliczki z
              roznymi nazwami statkow, zeby wiedziec, w ktorej kolejce sie
              ustawic. Niestety walizki musimy miec przy sobie bo oczywiscie
              kontrola przez bramkejak do samolotu. Vula przekazuje nas Denis,
              zgodnie z informacja podana w instrukcji wycieczkowej,( bez
              niepotrzebnych dyskusji wsrod uczestnikow "Ile?"), ze zwyczajowo
              daje sie pilotowi 10EU, podobnie kierowcy dajemy dolaczone nam
              jeszcze z programem wycieczki wiele miesiecy temu koperty i juz
              podazajac za Denis wieziemy nasze walizki. Moja znajoma mowi, ze
              najwiekszym wynalazkiem XX-wieku byla karta kredytowa, ja coraz
              bardziej przychylam sie do innego kandydata - walizka na kolkach.
              Zillion ludzi, ja mam podobno mine przerazona. Ale wszystko idzie
              sprawnie, tlum rozplywa sie w usystematyzowane kolejki, wkrotce po
              przejechaniu walizek przez detektory juz sie ich pozbywamy. Beda
              staly pod kajutami. Potem kolejka zwalnia. Gdy docieramy do wejscia
              staje sie to zrozumiale. Kazdy podaje paszport, pan, czy pani robi
              zdjecie, ktore zachowuje w komputerze, dostajemy plastikowe ID,
              ktore jest nie tylko dowodem identyfikacyjnym przy wejsciu na
              statek w kazdym porcie (ID jest skanowane i juz nasza buzka
              pokazuje sie na ekranie), ale jest tez kluczem do pokoju i karta
              kredytowa na statku. Dostajemy pokoje na 7-mym pietrze. Walizki sa
              juz na miejscu, napisalam pokoje - bo to jednak nie kajuta. Na
              korytarzach dywany, kandelabry, stale czyszczony mosiadz, liczne
              restauracje, bary, basen, sale na meetingi grup przed
              disemmbarkation, fitniss club, sklepy, sale widowiskowe. Wszystko
              tak logistycznie rozpracowane juz na etapie budowy, ze nie mijasz
              sie z tlumem, z wyjatkiem zejscia ze statku na atrakcyjna
              wycieczke,kiedy robi sie waskie gardlo przy wyjsciu. Na statku
              wydaje sie, ze jest pusto. Nasz statek, jak twierdza bywalcy takich
              podrozy nalezy do malych, tylko 700 pasazerow i 500 osob obslugi.
              Moja rodzina w zeszlym roku plywala po Karaibach cruisem, ktory mial
              prawie 3 tysiace samych pasazerow. A najwiekszy, wodowany kilka lat
              temu Queen Elizabeth, jak opowiadali ci ktorzy widzieli go
              zacumowanego w NY wygladal przerazajaco, potezna sciana wysokosci
              drapacza chmur. Az sobie kiedys zajrze kiedys na strone z tymi
              cruisami. A swoja droga jak to zycie nie znosi prozni. Kiedy z
              przyczym oczywistych statki pasazerskie zmarly smiercia naturalna
              w konkurencji z samolotami wkrotce znaleziono inny pomysl na nie.
              Plywajace, luksusowe hotele - dla tych, ktorzy chca byc prowadzeni
              za raczke, chca sie zmeczyc mniej, lub wiecej (wszak nie musisz
              wogole schodzic na lad - sam sobie wybierasz wycieczki, w ktorych
              chcesz uczestniczyc). Sa goracy pogardzacze cruisow, ale i goracy
              ich zwolennicy. A ja uwazam na podstawie tego mojego malutkiego
              doswiadczenia - jest to jeden ze sposobow na wakacje. Ma dwie
              najwieksze wady - 1.Jest to sposob drogi - za mniejszy, czy wiekszy
              luksus trzeba jednak zaplacic 2. Dostepnosc smacznego, "darmowego"
              jedzenia nigdy nie zostaje bez sladu na tuszy. Praktycznie mozna
              jesc na okraglo omal cala dobe, sniadania bufetowe, ale tez z karty,
              lunch podobnie, do tego jakies specjalnosci dnia, wieczorem
              oficjalna kolacja, w strojach lekko uroczystszych. To i kobitki
              moga wreszcie wziac swoje sukienki z szafy na spacer, mozna nawet
              miec tyle sukienek ile wieczorow, dla tych ktore to lubia. Moi
              znawcy ciagle mowili: och jak tu malo wszystkiego w porownaniu z
              zeszlym rokiem, ale i tu zajec w podgrupach, grupach,
              indywidualnych wiele. Odwalilismy dwie lekcje tancow greckich
              prowadzone przez Slowaczke, zahaczylam o kurs jezyka greckiego,
              zdobylismy dwukrotnie jako druzyna "Yankee NY" pierwsze miejsce
              w quizie z wiedzy ogolnej - prowadzony przez Wloszke. Za pierwszym
              razem omal nie przegralismy sie z powodu kompromitujacej niewiedzy:
              jakie jest najmniej zasolone morze, nie wiedzielismy tez w jakim
              jezyku nie wystepuja litery k j, i jeszcze jakies, dla ulatwienia
              podane bylo, ze jest to jezyk europejski. Wieczorem wystepy, po
              pracowitym dniu schodzenia na lad, gdzie intensywne "zajecia" juz
              niewielu chodzilo na sale widowiskowa.
              Szeregowa obsluge statku stanowia mlodzi i mniej mlodzi ludzie z
              calego swiata, nawet sie dziwilam, ze nie spotkalismy akurat
              Polakow, natomiast wielu z Dalekiej Azji. Mysle, ze nie pracuja po 8
              godz. dziennie z wolnymi dwoma dniami i wiekszosc zapewne tygodniami
              nie wychodzi poza swoj rejon pracy i spania. Ale tez kontrakty nie
              sa naogol dluzsze niz pol roku czy 9 miesiecy. Najwazniejsza pani
              organizatorka i zarazem KO, zapowiadala przez glosniki w jezyku
              angielskim, francuskim, hiszpanskim, i na pierszym miejscu zawsze w
              greckim. Znawcy poszczegolnych przedmotow mowili, ze nie ma akcentu
              ani w brytyjskim, ani we francuskim, ani w hiszpanskim. A ja
              zwrocilam uwage, ze wogole nie zapowiada po niemiecku, na trasie
              tez ich nie spotkalam. Gdzie sie podziali? Ktos powiedzial
              dowcipnie, ze pojechali na Floryde, bo tam tanio.
              • wodnik33 Re: Grecja w 13 dni III 01.09.07, 12:48
                Przeczytalem, wydrukowalem, wpiete do Zbioru. Teraz gdy ktos ze
                znajomych bedzie lecial do NY to dam mu z prosba by Twoj autograf mi
                przywiozlsmile)) Dziekuje.Pozdrawiam..
                • warum Re: Grecja w 13 dni III 01.09.07, 14:16
                  Mam nadzieje,ze Wodniku zrobiles "porzadna" zszywke, czyli wszystkie
                  wczesniejsze opisy tez ,zeby mozna je bylo skopiowac jak juz bedzie szansa na
                  autograf autorki?/ b.prosze/ To dopiero bedzie perelka w kolekcji. Maryno,
                  popatrz lepiej na mapke/ a nie w nasz polityczny kanal/ i juz zacznij planowac
                  kolejna podrozsmile tak masz swoj wklad w historie i z pozytkiem dla innych.
                  • maryna04 Re: Grecja w 13 dni V 02.09.07, 06:40
                    Gdybym nie pisala po nocach i switem, to bym przynajmniej
                    numeracje zachowala prawidlowa, a tak to opuscilam nr IV.
                    No to plyniemy, prosto na wysepke Mykonos. Wysepka nalezy do zbioru
                    wysp Cyklady , ktore otaczaja starozytna swieta wyspe Delos. Od tych
                    swietosci starozytnych, z okresu wczesnego chrzescijanstwa i
                    wspolczesnego kosciola ortodyksyjnego mozna dostac zawrotu glowy.
                    Dobrze, ze chociaz muzulmanie pozostawili bardzo niewiele sladow, a
                    przynajmniej o nich sie nie mowi. Dobijamy do brzegu po poludniu w
                    miasteczku Chora. Czas mamy do 9.30wieczorem, kiedy to odplywamy.
                    Kto nie zdazy, to nie trzeba nawet mowic narobi sobie duzo klopotow.
                    Z daleka miasteczko wyglada jak na pocztowkach z Grecji. Prostokatne
                    biasle domy na wzgorzach, Denis nawet mowi, ze domy bieli sie 3
                    razy w roku. Cos lekko przesadza, ale jakie ma to znaczenie, ze z
                    bliska to jednak te domy farby pare lat nie widzialy. Miasteczko,
                    kiedys jak wszystkie tutaj baaaardzo ubogie, teraz zyje z turystki i
                    tych co pokupowali sobie tu domy jako miejsce do zycia. Turystow na
                    nadbrzeznej ulicy tlumy, zdala pyszni sie 5 wiatrakow. Otumaniona
                    problemami ekologii i taniej energii nawet w pierwsze chwili mysle,
                    ze produkuja energie elektryczna. Nie produkuja nic od dawien
                    dawna, ale jak malowniczo wygladaja. Labirynt uliczek pnacych sie
                    stromo do gory, odrestaurowane domy z patiami, w kwiatach. To
                    zapewne tych nowych wlascicieli, urocze, takie same hoteliki. Nie ma
                    juz tu gwaru, ani ludzi, ale coraz natrafiamy na kupy obrzydliwych
                    smieci. Schodzimy w dol, Olaf koniecznie potrzebuje zjesc
                    osmiornice, ktora tak zachwalala jako potrawe grecka, a szczegolnie
                    lokalna Denis. Przeciez gdy wrocimy - mamy kolacje. Trudno siadamy
                    w jakiejs nadbrzeznej tawernie wsrod rozwieszonych osmiornic. Widok
                    nie napawa mnie optymizmem, bo nie jestem eksperymentatorka,
                    zamawiaja osmiornice grilowane i marynowane, czy cos takiego.
                    Pociete na kawaleczki stracily juz swoja groze, chwala Bogu, bo ja i
                    tak ciagle pamietam z restauracji w Pireusie oczka 4 kalamarow za
                    25 EU. Bardzo byly sugestywne. Nawet jadalne, Olafowi baaaardzo
                    smakuja. On wskutek przebywania z kolegami azjatyckimi najbardziej
                    lubi taka kuchnie koreanska, chinska i japonska, to i to smakuje mu
                    wielce. jego mama gotuje w domu jakies obiady wprawdzie z
                    wplywami kuchni latynowskiej ale jednak nie chinskiej. Ale on juz
                    je po chinsku, od jakiegos czasu ciagle slyszy: dlaczego trzymasz
                    glowe tak nisko i wreszcie on sam wyjasnia, przeciez tak sie je
                    kiedy uzywa sie paleczek, zeby bylo blisko. O i zjechalam z tematu,
                    ale o Olafku nie usune. jeszcze zachod slonca, denis nazwala piasek
                    na plazach zloty, dla nas mnie bury, ale to tak dla formalnosci.
                    czy ktos tu przyjechal plazowac? Naogol nawet w NY w bialym drobnym
                    piasku nie plazujemy. A tu tak pieknie jak na pocztowce, albo i
                    piekniej. niestety statek czeka, a potem nie bedzie czekal. Wkladam
                    sukienke nr pierwszy i ostatni i ide na kolacje. potem idziemy na
                    show. zgodnie z informacja w codziennie wydawanym biuletynie
                    wystepuja przewaznie pracujacy na statku. Zawsze obsluga gosci musi
                    miec kilka profesji, trzeba umiwc pracowac za lada baru, a
                    wieczorem tanczyc greckie figury, nawet piosenkarki i ekwilibrysci
                    w ciagu dnia sie nie lenia.
                    Wracamy do pokoi, na lozku biuletyn na jutro, och nie zdaze na
                    lekcje greckiego, no i jesli chcemy sie "zabrac" na wycieczke na
                    wyspe Rodos, to juz o 7.30 musimy byc po sniadanku. No i czy
                    turystyka jest rzecza latwa?
                    Slynne Rodos to juz powazna co do wielkosci wyspa. najwazniejsza
                    wsrod 12-tu wysp tworzacych oczywiscie... tzw. Dodekany. Do Azji
                    mniejszej, czyli Turcji "rzut stad beretem". Stolica tez sie nazywa
                    Rodos i jest juz "powaznym" miastem, w porcie ktoreo cumuje nasz
                    statek. Historia wyspy jest wielce ciekawa. kolejne opupacje prze
                    setki lat, nawet wloska w XXwieku. Dopiero w 1948 r. stala sie
                    czesci skladowa wspolczesnej Grecji. Dumni jestesmy, ze przez
                    dwiescie lat niewoli nie wynarodowilismy sie, Rodejczycy, okupowani
                    omal 2 tys. lat nie zatracili swojej tozsamosci. Poniewaz w latach
                    1912 - 1942 Rodos bylo pod okupacja Wloch, (potem jeszcze Niemcy
                    zdazyli)pobudowali sie tu oni na dobre. Przy reprezentacyjnej
                    ulicy, stoja jeszcze bardzie reprezentacyjne gmachy publiczne
                    zbudowane w stylu klasycystycznym. Wlosi przy okazji odbudowali
                    Palace of Grand Master, zniszczony wiek wczesniej przez trzesienie
                    ziemi. Miala to byc letnia siedziba krola Wloch, a potem
                    Mussoliniego. Przewodnik pokazuje nam tzw. Hospital byl to we
                    wczesnym sredniowieczu hotel polaczony ze szpitalem. Miejscowy
                    przewodnik, ktory nas oprowadza pyta podstepnie, o date odkrycia
                    Ameryki, wszyscy odpowiadaj chorem, na to on mowi, wlasnie w roku
                    1492 budynek ten zaczeto odbudowywac i odrestaurorywac po
                    kilkuwiekowych zniszczeniach. Amerykanie wzdychaja z podziwem,
                    zapominajac, ze w owym czasie ich antenaci tez mieszkali w Europie.
                    W innym miejscu pokazuje nam stare budynki zbudowanw jeszcze w
                    czasach wypraw krzyzowych. Budynki te nie tylko nie sa ruina, ale sa
                    zamieszkale do dzis. Wielkie rzeczy, niech przejedzie sie do
                    Krakowa. Pan przewodnik ma wiedze, ale skrzetnie omija widoczne z
                    wielu miejsc miasta dwa minarety. Pytam sie w koncu o nie, mowi
                    jedynie, ze sa nieczynne. No to co tu pytac wiecej. Rodos kojarzy
                    nam sie od razu z Kolosem Rodyjskim 26- metrowym odlewem z brazu
                    boga slonca heliosa, ktory stal te XXY-wiekow temu u wejsciu do
                    zatoki. Pomnik stal niecale 80 lat w III i II wieku przed nasza
                    era. I zostal w pamieci ludzkosci na zawsze - jako jeden z 7 cudow
                    swiata starozytnosci. Po tak krotkim okresie wskutek trzesienia
                    ziemu upadl, ale Pytia z Delf nie pozwolila juz mieszkancom wyspy
                    go podniesc, bo przyniesienie to nieszczescie wyspie. No i juz wtedy
                    pierwsi turysci przyjezdzali ogladac upadlego na kolana kolosa. Az
                    do VII wieku naszej ery kiedy to Turcy najechali na wyspe i
                    rozpoczeli panowanie na niej na dlugie wieki. Wkrotce pocieli pomnik
                    na wiele kawalkow i 900 wielbladow przewiozlo go do Syrii, gdzie
                    sprzedano jako zlom. I ta przypowiescia o upadku giganta koncze ten
                    odcinek.
                    • omeri Re: Grecja w 13 dni V 02.09.07, 09:25
                      Zawsze chcialam się przejechac takim statkiem. Twoje barwne opisy
                      przypomnialy mi moja podroz do Grecji przed 10 lat, dziękujęsmile
                      • jan.kran Re: Grecja w 13 dni V 02.09.07, 15:16
                        Przeczytalam dwa razy a teraz drukuje ostatnia czescsmile
                        Podziwiam za to ze umiesz zaplanowac swoje podroze a potem jeszcze
                        tak ciekawie i barwnie opisac.
                        Kransmile
                      • maryna04 Re: Grecja w 13 dni VI 02.09.07, 16:13
                        Na wyspach coraz wiecej sladow z czasow pierwszych wiekow
                        chrzescijanstwa. Kult sw. Pawla, przynajmniej wsrod naszych
                        przewodnikow dominuja. Tu przemawial, tu pisal, w muzeum w
                        miasteczku Potmos na poczesnym miejscu znajduje sie obraz -
                        przytulone glowy Piotra i Pawla - jako symbol jakiejs jednosci
                        obrzadku wschodniego i rzymskiego. Wielce to wszytko ciekawe.
                        Wybiegne troche do przodu, ale wrocilam z podrozy z przekonaniem, ze
                        moje dotychczasowe przekonanie, ze slowo "ortodoksyjny" swiadczy,
                        ze ten kosciol jest bardziej zacofany - jest niesluszne. To tamten
                        kosciol jest blizszy nauczaniom Jezusa i pierwszych chrzescijan. A
                        rozpad w Konstantynopolu niewiele mial wspolnego z wiara, ale z
                        ustaleniem wladzy centralnej, tak niezgodnej z nauczaniem Chrystusa.
                        No i oczywiscie Pawel, wielki umysl, filozof, podroznik, ktorego
                        poglady wielokrotnie byly bardzo uniwersalne (no wiadomo, nie
                        czytalam listow sw. Pawla, ale tak cytuja go nasi opiekunowie), to
                        gdziez tej umyslowosci dorownuje Piotr? Chrzescijanstwo z okresu sw.
                        Pawla i pozniej mialo swoja kolebke w Azji Mniejszej, jednak przez
                        wieki nie utrzymalo sie. Dlaczego, skoro zawladnelo Europa. Na pewno
                        jest na to wiele odpowiedzi.
                        No to wracamy na "lanczyk", znow gora jedzenie, do tego piwo
                        lokalne potem dluzsza chwila na sjeste i znow idziemy na miasto. Juz
                        bez obowiazkow. Wloczymy sie po uliczkach, w slepikach znajduje
                        produkty reeksportowane z Chin, bo na metkach jest napisane
                        cyrylica zdjelano w Kitaji (czy jak to sie dokladnie nazywaja te
                        Chiny). Siadamy przy jakims stoliku, kawe pijam juz tylko "po
                        grecku", czyli "turecku", ale bron Boze nie myle sie przy
                        zamowieniu, podobnie z innym uzywkami piwo i wino tylko lokalne.
                        Wracamy, bo odbijamy o 8-mej, a ja ide na najwyzszy poklad
                        obserwowac jak to bedzie. Ciekawia mnie spoznialscy. Jedni za piec
                        minut do godziny zero biegna z przerazeniem w oku (ja tez raczej do
                        takich naleze). Mysle - ostatni, gdzie tam, dostojnym krokiem idzie
                        dwoch panow, przystaja i zaczyna sie szukanie, jak sie okazuje
                        portfela, w ktorym lezy sobie ID. Zadnej nerwowosci, potem jeszcze
                        niespiesznie rodzina z jednym dzieckiem w wozku, a drugim na reku.
                        Jest juz kilka minut "po", w koncu dochodzi spokojnym krokiem
                        mezczyzna rozmawiajac przez tel. Ten to ma nerwy - mysle. Nie
                        wchodzi jednak, cos rozmawia. Jak sie za chwile okaze byl to
                        wyslannik kolegi taksowkarza, ktory wiozl spozniona grupke, azeby
                        zatrzymac statek. Zatrzymal. Corocznie w skali swiatowej na
                        cruisach " ginie" bez wiesci co najmniej kilkadziesiat osob. To
                        tacy wlasnie, ktorzy zejda, ale juz nie wejda. Bo tak chca,
                        zniknac. No chyba, ze zalozyc bardziej dramatyczny scenariusz -
                        wepchniecie do wody.
                        No to ruszamy, Wodniku, jakie to imponujace dla takiego laika jak ja
                        jak ten kolos tak do tylu, spuszczony z liny powolutku sie cofa. A
                        potem prujemy juz do przodu. No to czas na kolacje o 9-tej, na
                        szczescie przynajmniej porcje zamawiane z karty przystosowane sa do
                        rozmiarow ludzkiego zoladka. A potem ide na najwyzszy poklad
                        polezec, czy mnie po.....o. Przeciez jutro pobudka o 5.30-tej. Bo
                        zaliczamy, jak na filmie, dwa kraje w jednym dniu. Rano wyspa
                        Patmos - sa dwie wersje. Jedna bardziej objazdowa, druga wiecej
                        pielgrzymkowa. Wybieramy ta ostatnia. Te biale miasteczka na wyspach
                        i tak nam sie zleja wkrotce w jedna calosc, a ten szlak rodzacego
                        sie chrzescijanstwa jest ciekawszy. No to schodzimy na lad w
                        miasteczku Chora, nasza pilotka na pewno jest nauczycielka w
                        miejscowej szkole. Skad to wiadomo? Wyspa w czasach rzymskich byla
                        taka Syberia dla zeslancow. Tu zostal zeslany sw. Jan Ewangelista,
                        zamieszkal w pobliskie grocie i tam doznal Objawienia spisanego
                        przez jego wiernego ucznia Prochorosa, a objawienie to znane jest
                        pod nazwa Apokalipsa. I wreszcie na stare lata dowiedzialam sie,
                        skad sie wziela ta Apokalipsa. A stad. Tresc tej przepowiedni jest
                        przerazajaca, nie wiem jak wspolczesny kosciol radzi sobie z nia.
                        Siedzimy chwile w malej cerkiewce , ksiadz ichniejszego obrzadku
                        odprawia modly. Jest cos mistycznego. Pytam "znawce przedmiotu" co
                        to jest w tej Apokalipsie, oczywiscie wypisz, wymaluj to co jest w
                        kazdych czasach. Zawsze wyglada, ze juz tak jest zle, ze nastapi
                        koniec swiata. Ale z takich roznych przeslanek, ze to juz tuz tuz
                        konie swiata - jedna we wspolczesnym swiecie jest niepokojaca:
                        odtworzenie sie panstwa zydowskiego. Pytam,ile razy ludzie juz
                        wierzyli, ze juz, tak naprawde w jakims sredniowieczu w czasie
                        zarazy. Zjezdzamy w dol od groty, pani pilotka pokazuje ukryte na
                        wzgorzach seminarium a potem szkole srednia ufundowana, oczywiscie,
                        przez Patmosczenczyka z NY, dzielnica Astoria. Jakos zrobilo sie
                        lzej na duszy.
                        Na wiele wiekow malenka wysepka ginie w mrokach historii.
                        Dopierow pojawia sie w okresie bizantyjskim. To tutaj zostaje
                        pobudowany klasztor imienia tego sw. Jana. W klasztorze jest obraz
                        namalowany przez ElGreco - wlasnie swietego Jana. Obraz jest nie
                        tylko dzielem sztuki, ale i przedmiotem kultu religijnego. Co roku
                        w dniu Patrona niesiony jest na czele procesji. Imponujaca jest w
                        klasztorze biblioteka. Oczywiscie zaledwie kilka dziel nawet z 6-
                        tego wieku wystawione jest w gablotach, tez pierwsze drukowane
                        ksiegi, trzy z nich to sztuki starogreckie. Jakos cieplo w tym
                        muzeum, czy aby nie szkodzi to na ksiazki, a jak jest w archiwum, w
                        ktorym znajduje sie kilka tysiecy takich cudow? Dalej znajduja sie
                        ze dwie sale z wykopaliskami. Po prostu szok kulturowy w porownaniu
                        z poprzednimi salami. Nie ma tu juz kultu ciala, jakies gzymsy,
                        kolumny. A swoja droga nie po raz pierwszy mysle, ze swiat
                        antyczny i chrzescijanski dziela "Himalaje", albo tez przepasc
                        glebokosci i szerokosci Wielkiego Kanionu. Laczy ich wlasciwie
                        jedynie wykorzystanie materialu budowlanego z jednych swiatyn na
                        drugie. Tak wiele wiemy o czasach antycznych (tzn, nie ja akurat,
                        ale ludzkosc w postaci swoich przedstawicieli - naukowcow), a potem
                        wszystko niknie w tysiacu lat mrocznej historii. Mozna zaprzeczyc,
                        ze tez wiele wiemy, dla mnie to jednak jakies ciemne, okrutne czasy.
                        Nie ma w nich zwyklego czlowieczenstwa i radosci z poprzedniej
                        epoki, czlowiek jest tylko grzeszny i musi byc ukarany. Gdzie ta
                        radosc z bachanalii (wiem, w Grecji byl Dionizos.), igrzysk
                        sportowych, pieknych efebow, wspanialej architektury, a nawet jak w
                        Grecji z poczatkow demokracji. Czy wiecie, ze srednia dlugosc zycia
                        ludzkiego przez omal poltora tysiaca lat skrocila sie w porownaniu
                        ze srednia zycia w czasach hellenskich? A teraz szybko na statek, bo
                        po 12-tej juz bedziemy w Turcji.
                        • mammaja Re: Grecja w 13 dni VI 02.09.07, 22:12
                          Wreszcie nazbieralo sie na solidna porcje i przeczytalam jednym
                          tchem, milo bylo bardzo przeczytac !
                          • maryna04 Re: Grecja w 13 dni VI 03.09.07, 15:01
                            No to po wczesnym lunchu dobijamy do Turcji, co nie brzmi
                            imponujaco, wobec modnych wyjazdow z Polski do Turcji - i to nie na
                            kilka godzin, ale na kilkanascie dni. Ja tam nie jestem taka
                            wymagajaca, wystarczyloby mi w tym rejonie dwa pelne dni, bo
                            plazowanie nad morzem lub basenem hotelowym moge zrobic "u siebie na
                            miejscu". Denis uprzedza, zeby nie oczekiwac cudow, bo miasto do
                            ktorego przybijamy - Kusadasi, to cos jak Miami, tyle ze w Turcji.
                            Nadbrzeze to kilka moli, przy ktorych po jednej i drugiej stronie
                            cumuja takie wlasnie statki cruisowe. Po drugiej stronie naszego
                            mola cumuje statek poltora razy dluzszy i wyzszy od naszego.
                            I juz wita nas wielce przystojny, czarujacy przewodnik turecki.
                            Ladies & gentelmen, akcent brytyjski, poczucie humoru, elegancja, a
                            takze duma jak wszedzie ze swojej ojczyzny. Wlasnie w ichniejszym
                            parlamencie wybieraja prezydenta, ktorego zona chodzi w chustce. Ta
                            chustka moze nic nie znaczyc, ale mysle, ze dla takich jak on w
                            sercu zakradl sie niepokoj. Wczesniej Denis nieladnie zadrwila, ze
                            mimo, ze bedziemy zwiedzac starozytny Efez, to nazwisko Ataturka
                            padnie wiele razy. Oj nieladnie Denis, Ataturek, ktory wprowadzil
                            Turcje we wspolczesny swiat ma zaslugi dla tego kraju nie do
                            przecenienia. Nie lubia Grecy Turkow, czy to dziwne, naogol nie
                            lubi sie silniejszego sasiada (skad my to znamy?). To nie Grecja
                            okupowala Turcje, tylko wrecz przeciwnie, a armie Turecka liczy
                            niewiele mniej milionow zolnierzy niz ludnosc Grecji. Nasz
                            przewodnik ani razu nie podszczypuje Grecji, a wrecz przeciwnie
                            chwali wspolczesnych Grekow i z zachwytem opowiada o czasach
                            starozytnych.
                            No to wrocmy do naszej wycieczki. Przejezdzamy przez te Miami -
                            Kusadasi. Hotele, ruch budowlany - chyba Polacy tez sie przyczyniaja
                            do tego boomu. Dalej kierujemy sie na wielka dume archeologiczna
                            Turcji - Efez. Po drodze mijamy miejsce, gdzie stal kiedys jeden z
                            cudow swiata - swiatynia Artemidy, ktora potem zburzono, azeby
                            wybudowac na jej miejsce swiatynie chrzescijanska w 4-tym wieku
                            naszej ery. Takie wowczas byly metody. Material budowlany nie byl
                            tak latwo dostepny, czy produkowany i stare budowle wykorzystywano
                            na nowe. Przewodnicy Greccy ladnie to nazywali - nie barbarzynstwem,
                            ale recyclingiem.
                            Dojezdzamy na miejsce. Przewodnik opowiada historie wykopalisk,
                            zapoczatkowanych w XIX wieku, ktore okazaly sie najlepiej
                            zachowanym miastem z tamtych czasow (a co z Pompea?), a wiec i
                            skarbnica wiedzy o tamtych czasach. Miasto jak na tamtejsze
                            standarty mlode, zaledwie kilka wiekow prze nasza era zbudowane nad
                            zatoka. Jednak wskutak zamulajacej zatokie rzeki dzis od wody dzieli
                            go jakies 10 km. Mamy pelne wyobrazenie jak to miasto wygladalo,
                            zachowane ulice, ktore bez watpienia byly oswietlone. Po jednej z
                            nich szedl raczka w raczka Antoniusz i Kleopatra, gdzie indziej
                            nauczal sw. Pawel, teatr, agora, wille patrycjuszowkie, a takze cos
                            na ksztalt wspolczesnych "kondominiow", laznie, szalety,
                            pozostalosci systemu dostarczania wody a takze jakies kanalizacji.
                            Nawet ja "to widze". No i omal na koniec trasy biblioteka
                            ufundowana przez namiestnika rzymskiego Celsusa. (Poczatki
                            charytatywnosci - mozna by odnotowac.) Pan ciagle zwraca nam uwage
                            na doskonale zachowane napisy po grecku, bo wprawdzie Efez osiagnal
                            swoja swietnosc jako miasto imperium rzymskiego, ale widocznie w
                            Azji Mniejszej swiat byl kosmopolityczny. Greka byla wowczas tym co
                            dla wspolczesnego swiata jest angielski. Z ciekawostek pan mowi, ze
                            nie brakuje pieniedzy na wykopaliska, bo to dziedzictwo swiatowe,
                            ale prace wstrzymuja spory naukowcow, co robic i jak, i ktore
                            wazniejsze: hellenskie, czy nastepujace po nich i na nich rzymskie.
                            Niestety, nie zaplanowano wycieczki do muzeum archeologicznego.
                            Najpierw wszystko co wykopano, wywozono do krajow skad pochodzily
                            ekipy, ale od 1906 roku wszystko zostaje w Turcji.
                            Pan przewodnik nie bylby potomkiem kupcow arabskich, gdyby nam nie
                            zaproponowal showu z dywanami, a takze poprosil, ze kiedy wrocimy
                            juz do tej Ameryki, to opowiadajac o wrazeniach z wycieczki 5 minut
                            poswiecic jego wspanialemu krajowi. Bo Grecja nie wymaga reklamy, a
                            jego kraj jeszcze ciagle tak. No i co, nie mily facet? W hurtowni
                            dywanow, juz spowrotem w Kusadasi pan, o wygladzie, jezyku i
                            manierach brytyjskiego lorda prowadzi piekny pokaz dywanow wraz z
                            poczestunkiem. O tkajacej wlasnie pracownicy nie mowi inaczej jak
                            lady, a pracownikach rozwijajacych kolejne cuda jak ekwilibrysci -
                            przyjaciele. Sam dochodzi do cen, oczywiscie nieprawdopodobnie
                            drogie. Ale szybciutko dziele cene na ilosc lat, ktore owa lady
                            musi poswiecic, zeby utkac ten dywan. Zalosna suma, juz mam zglosic
                            to pytanie o zarobek lady, ale szturchaja mnie z boku, zebym nie
                            psula atmosfery.
                            Potem jeszcze po okolicznych pasazach handlowych przechadzka,
                            akurat takie lepsze. Kupuja jedynie zestaw do zaparzania kawy po
                            turecku (znaczy po grecku, chociaz przed laty identyczny dzbanuszek
                            przywozilam z Jugoslawii) w zestawie z filizaneczkami i kawa
                            zmielona odpowiednio -zostawie ja jako wzorzec - na jak mialko
                            nalezy mlec). Pamietam, ze dawniej szczytem zamoznosci, a takze
                            pogardy dla tej zamoznosci byl kozuch z Turcji. Pytamy o sklep,
                            lecimy do niego, bo czasu niewiele. Chyba krucho z moja pamiecia, bo
                            ceny takie, ze w czasach kozuchow tureckich w Polsce mozna byloby
                            wybudowac polowe chalupy za zgloszona cene. Nawet 4 -krotnie
                            obnizona jest zastraszajaca. A na dodatek wprawdzie skory wyprawione
                            pieknie, ale kolory, fasony, kroj - straszne. Widocznie nie w tych
                            sklepach kupowali nasi kupcy.
                            Wszyscy wiedza o ktorej wyplywa nasz statek, wiec uspokajaja, zeby
                            sie nie spieszyc. No to po kolejnej kawie kupujemy lody. No nie,
                            takiego .....a to nie zdzierze. Za trzy gulki lodow na trzech
                            rozkach zazyczyl sobie juz nieco mniejszy dzentelmen 18EU. Czy
                            Amerykanie (no bo tak nas oceniaja) zawsze wygladaja na takich
                            idiotow, po krotkiej dyskusji omal mu wciskam w twarz te lodziki i
                            na statek. Jest piec minut czasu, na szczescie spotykamy Denis,
                            ktora przeciez nie ma zamiaru sie spoznic.
                            Tak, podroze ksztalca, po wizytach w Polsce, Grecji i Turcji
                            stwierdzam, za najtanszym krajem na zakupy jest Ameryka. Oczywiscie
                            nie 5-tej Aleji czy Madison. Welcome to America.
                            • maryna04 Re: Grecja w 13 dni VIII 03.09.07, 16:09
                              Znow opuscilam numeracje, ale przyrzekam, ze to juz ostatni
                              kawalek.
                              Rano zegnamy statek, znow podziwiam organizacje. Wprawdzie
                              przybijamy o 8-mej, ale prosza o opuszczenie pokoi, jesli to
                              mozliwe wczesniej. Bo o 10-tej przyjmuja juz kolejnych turystow no
                              to obsluga hotelowa ma co robic. Walizki mielismy obowiazek
                              wystawic na korytarz do 12-tej w nocy. W hotelu jestesmy juz o
                              dziewiatej, a walizki juz na nas czekaja. Dzien wolny, wieczorem
                              wspolna kolacja grupy i rozjezdamy sie, omal kazdy innym samolotem,
                              ale zapewniony mamy "dostawe" na lotnisko. Dla kilku z nas bardzo
                              istotne, bo pobudke mamy 3 -ciej rano. Nasza podgrupa umawia sie na
                              5-ta ppol. i kazdy robi co chce. Ja jade najpierw do reklamowanej
                              dzielnicy, chyba juz nawet nie nalezacej do miasta - Kifisia. Cale
                              mnostwo ulic willowych , domy w glebokim cieniu starych drzew, duzo
                              domow kilkurodzinnych, kazde we wlasnym stylu i wlasnej zieleni.
                              Bogato tu, spokojnie i bardzo ladnie. Wracajac stamtad wysiadam na
                              stacji metra przy centrum olimpijskim. Ide niepewnie, czy aby tam
                              mozna wejsc. A mozna, mozna. W olsniewajacym i straszliwie palacym
                              sloncu "zaliczam" kolejne obiekty; do plywania, biegania, grania,
                              jezdzenia. Nowoczesnosc w postaci powyginanych konstrukcji, szkla,
                              przestrzeni i.... w sumie bardzo przygnebiajace wrazenie. Na
                              horyzoncie ani czlowieka, co drugie nie bardzo podrosle, w pospiechu
                              zasadzone drzewo juz dawno zeschniete, konstrukcje stalowe
                              rdzewieja, plyty betonowe pekaja... I nagle fatamorgana, zdala widze
                              dwojke dromadow - to moja corka z mezem, jedyni oprocz mnie na tym
                              obiekcie turysci. Rozstalismy sie kilka godzin temu, okazuje sie, ze
                              Olafek pogardzil takimi prymitywnym pomyslami i wraz z Sonia
                              poszedl do Muzeum Cykladow. Oni rownie zdebieli na moj widok, bo
                              zadne z nas nie mowilo jakie ma plany, a wrazenia z tego centrum
                              maja rownie przygnebiajace jak ja. To wszytko wybudowano na
                              zaledwie 15 dni, a teraz co z tym zrobic? Nawet targu jak na polskim
                              oslawionym stadionie nie ma sensu tu robic. Za dwa tysiace lat
                              pozostanie tu mniej niz ze starozytnej Olimpii. Rozstajemy sie
                              przyrzekajac sobie solennie do 5-tej nie wchodzic sobie w droge.
                              Znow jade do Pireusu, przysiadam w jakiejs kawiarence. Rozmawiam z
                              grecka para, ktora tez przyjechala tu turystycznie. Zawsze w jakims
                              kraju zapominam, ze tubylcy tez nie musza znac swojego kraju od
                              zawsze i jezdza u siebie na wycieczki takie same jak zagraniczni.
                              Mowie o tym stadionie, oni na to, ze spedza to z oczu sen wladza
                              greckim, oczywiscie schodzimy na temat pozarow. Juz nie po raz
                              pierwszy slysze, ze czesc z nich to podpalenia, celem wykupu gruntu
                              pod budownictwo, czy turystyke. Radza mi jak sie dostac spowrotem
                              do miasta - zamiast metrem - elektrycznym tramem naziemnym. Ja juz
                              go wypatrzylam wczesniej i ostatni odcinek do promenady nadmorskiej
                              pokonalam nim. Bardzo nowoczesny i szybki srodek lokomocji. Jednak
                              oczarowana jestem najbardziej jesli chodzi o transport atenskim
                              metrem. Nowoczesne, tylko w marmurach, wiele stacji to po prostu
                              male muzea. Jakies wykopaliska za szklana sciana, murale,
                              punktualnie, cichutko, "dystyngowana" muzyczka przed zapowiedziami.
                              W porownaniu z tym metrem, nowojorskie to hades. Ale i tak te
                              nowojorskie lubie, ono jest jak czlowiek - niedoskonale, ale na ogol
                              dobrze funkcjonujace.
                              Kiedy dowiadujemy sie, gdzie nam Denis zaplanowala pozegnalna
                              kolacje, to rezygnujemy, elgancki lokal to mozna znalezc wszedzie,
                              ale juz bez atmosfery. Wiec idziemy na kolacje w niewielkiej grupie,
                              jedzonko pyszne, potem na bardzo dlugi spacer wokol akropolu, ile tu
                              jeszcze tych zaulkow, schodow, tu nawet nie ma za wiele turystow,
                              siedza lokalni. Dochodzimy na szeroka promenade parkowa wzdluz
                              Akropolu. Dzieci sie bawia na gruncie, po ktorym nalezaloby stapac,
                              jacys chlopcy wysciguja sie na rowerach kto predzej dojedzie do
                              bramy zamykajacej wejscie na Wzgorze. Po prostu profanacja.
                              No i to by bylo tyle, chociaz mogloby byc duzo wiecej, ale nie juz
                              nie strasze c.d.
                              • mammaja Re: Grecja w 13 dni VIII 05.09.07, 18:26
                                No i cieplo bylo, Maryno, nieprawdaz? Zapachnialo portowa knajpka,
                                cazykami i matexa smile pozdrawiam z lodowatego kraju smile
                                • jan.kran Re: Grecja w 13 dni VIII 05.09.07, 18:46
                                  Kolejna porcja wydrukowanasmile)
Pełna wersja