Dodaj do ulubionych

Siedleccy b-boye w Polityce.

17.05.05, 19:19
W jutrzejszej polityce będzie całkiem fajny tekst o b-boyach - czyli
tańczących breakdance. Spora część materiału jest o siedleckiej grupie b-
boyów, kilka wzmianek o knajpie "Sacie" itp :)
Jak ktoś się będzie dopominał, to mogę jutro wkleić tekst. Fotek nie wkleję :D

PA!wel
Obserwuj wątek
      • marianeq Cały tekst. 18.05.05, 12:24
        Na stronie Polityki cały tekst (prawdopodobnie z fotkami) będzie pewnie w
        okolicach poniedziałku - może trochę wcześniej.


        Usta w rozdziawie, megadługi czas reakcji na bodźce, zero płynności ruchów:
        większość narodu nie odrywa się od ziemi, a w breaku to konieczność. Mając zaś
        życiową zajawkę, zostajesz b-boyem. Walczysz w Bitwie o Konin albo zajmujesz
        trzecie miejsce na majowych zawodach Warsaw Challenge, jak b-boye z Siedlec.
        Nie mając zajawki, siedzisz w biurze i boisz się obniżek wynagrodzenia.

        Był kolega o ksywie Lego, a także paru jego najbliższych ziomków z miasta
        Siedlce. Przyswajali wiedzę z zakresu szkoły, a po zachodzie resetowali umysły
        w cafe Sata. Mieli silną zajawkę na walkę z nudą, z tym że nuda zwyciężała.

        Cafe Sata była mniej więcej kultowa. Pierwsza miała telewizor podłączony do
        anteny satelitarnej i oferowała MTV. Kto wchodził z dworu, mówił aloha,
        zamawiał napój i odczuwał luz. Czarni bracia z Ameryki nadsyłali satelitą
        zdobycze zmasowanej rozrywki. Message był prosty: rapuj, tańcz, maluj mury.
        Albo umyj oczy mydłem i giń.

        Breakdance czekał w Siedlcach na odkrycie. W 1999 r. Lego został b-boyem.

        U źródeł siedlecki b-boying był kawałkiem dykty rzuconej na chodnik. Na dykcie
        kręcił się Lego w czerwonym dresie i kuzyn z podstawówki Antek. Przechodnie
        poznawali dzięki nim inne kultury. Lego, ziomka o figurze szczypiorku,
        kojarzono dotychczas z sekcją tańca towarzyskiego MDK. Tymczasem katował z
        Antkiem dyktę na rogu ulicy jak Afroamerykanin. Miał w sobie prawdę o
        człowieku, który uwierzył w breakdance. Lego i Antek nazwali się Crazy Guys.

        Wkrótce dykty dymiły na innych ulicach downtown Siedlce. B-boye z Twisting
        Squad i Atomic Team też byli podłączeni do MTV i instruktażowych filmików z
        netu. Tańczył Bercik, rolkarz-akrobata. Saper, grafficiarz. Molo z fryzurą
        afro. Większość zbliżała się do dwudziestki. Tylko Iraz, urzędnik ochrony
        środowiska w Mińsku Mazowieckim, pokochał break tuż przed trzydziestką. Mieli
        szczerą zajawkę na amerykańskie kino o b-boyach z lat 80. Pod kątem fabuły było
        to kino dla ćwoków. Jednak message pozawerbalny niosło mniej więcej kultowy.
        Czarni i smagli koledzy znad rzeki Hudson, w tamtejszych Siedlcach, zamiast
        oldskulowo podrzynać sobie aorty zbitą butelką, walczyli na breakowe figury. Tę
        tradycję zwano bitwą, czyli battle, czyli batelką.

        Lego i koleżeństwo zaszczepili ten klasyk u siebie. Wyniknął z tego wielki
        respekt dla konkurencji. Po batelkach b-boye resetowali się w cafe Sata.
        Obowiązywał spontan. Z biegiem wieczoru ćwiczyli tricki między stołami.
        Zbratani na maksa stworzyli wspólną grupę Street Kids Crew. Gdy zajawka opadła,
        dziwili się, jak można wymyślić równie badziewiastą nazwę.

        Od 2002 r. w Siedlcach rządzi skład Spasiba Breakers. We wschodniej Europie są
        czwarci. Nie mają trenerów, ćwiczą w swojej dawnej podstawówce. Pomagają sobie
        w kłopotach. Spasiba Family obejmuje najbliższych, dziewczyny i
        najwierniejszych fanów. Oprócz wspomnień imprezowych archiwum rodzinne notuje
        chwilowe upadki. Dwa wypadnięte dyski. Rodzice z zawsze gotowym do użycia
        widmem wózka na kółkach, jeśli się ten break nie skończy. Saper w piżamie
        ćwiczący z ziomkami figury na szpitalnym korytarzu tuż po tygodniowym bezruchu
        na ortopedii.


        Nie będąc b-boyem oszczędzam kasę na ochraniaczach na łokcie i kolana. Częściej
        oglądam telewizję, bo nie muszę trenować. Zostawiam światło w biurze, aby
        wywołać złudzenie, że praca mnie pochłania. W wolne dni wstaję wieczorem i jem
        śniadanie. Słucham Jamesa Browna, ojca breakdance, ale nie tańczę do jego muzy.
        Pierwszy raz zobaczyłem polskiego b-boya w telewizji w połowie lat 80. Tańczył
        jak robot, w dresie z tafty. Wywalał się i wstawał. Wydawało się, że ma
        problem. Jednak był niesiony pozytywną zajawką, jak b-boye, których oglądam na
        batelkach. Ja cierpię na jej brak.


        Spasiba Yo! – z respektem odzywa się ludność, gdy się idzie chodnikami Siedlec.
        To miłe, a miłą ludność wynagradza się uśmiechem. Lata płyną, Molo dostał
        robotę przy produkcji koszulek z nadrukami, ma córeczkę, stracił afro. Antek
        stracił zajawkę i został hiphopowcem. Lego stracił szczupłość szczypiorku,
        przemówiły rodowe geny. Na forach w necie środowisko mówi o nim „cetnar żywego
        breaka”. Jednak uśmiech zamiera, gdy się widzi, jak cetnar rwie parkiet na
        treningach. Break wciąż w nim płonie. Lego wyszukuje muzykę do tańca. Są
        kuzyni, którzy ściągają z netu byle jaką muzykę. Inni przekopują sklepy z
        płytami analogowymi, szukając tej mniej więcej kultowej. Musi być motorycznie i
        rytmicznie.

        Gdy spojrzeć refleksyjnie, to megawiele rzeczy się pozmieniało. Na studia do
        uptown Siedlce przyjechało paru zdolnych b-boyów ze wschodniej Polski i
        dołączyło do Spasiba Breakers. Dorastają nowi. Młody, brat Sapera, robi freeza,
        czyli zastyga w pozie tak wyszukanej, że niekumaci podchodzą zobaczyć, w którą
        stronę ma zwróconą dupę. Żaku, emigrant z Radomska, robi headspina, czyli
        bańkę, czyli kręci się na głowie. Naraża się na chorobę b-boyów robiących
        headspina – łysienie. Saper robi salta w wybranym kierunku. W breaku nie
        wystarczy już elegancko giąć się w oldskulowym stylu Jamesa Browna. Jest
        ciśnienie na figury akrobatyczne, zwane powerami. W polskim b-boyingu styl
        ściera się z powerem. Ideałem jest b-boy wszechstronny, łączący tradycję z
        nowoczesnością, jak niegdyś Cepelia.

        Tak w Spasiba Breakers objawił się Simon. Otóż stała kolejka chętnych na studia
        o nazwie zootechnika w Siedlcach. Kilku kuzynów się w kolejce dziwnie gięło,
        jakby cierpieli na ADHD. Umawiali się, że wtańczą do sekretariatu legendarnym
        krokiem uprock z lat 60. To był punkt zwrotny, w którym większość przyszłych
        zootechników zdecydowała, że są to koledzy niepoważni. A także zakodowany
        przekaz dla Marty, która przyjechała z Chełma na studia ze swoim b-boyem. Marta
        spytała, czy Siedlce potrzebują ziomala biegłego w breaku. Potrzebowały.

        A teraz wyobraźcie sobie b-boyów po zootechnice racjonalnie hodujących
        zwierzynę domową. Wszystko by zdechło. Spasiba Breakers studiują psychologię.
        Saper jako grafficiarz – psychologię z plastyką. Żako anglistykę.


        Konin. Horse City. Battle of the Year North-East Europe 2005. Impreza kozacka i
        mniej więcej kultowa. Sami b-boye z zajawką plus prawie kompletnie pozbawiona
        zajawki publika. Nie chodzi o dziewczyny, one z natury wolą mniej nerwowy
        taniec, bo lubią płynnie poruszać biodrami. Chodzi o chłopaków przebranych za
        Murzynów, którzy przy marihuance załatwiają w ubikacji swoje sprawy z gett
        Horse City. Na przykład chcą wiedzieć, czy w istocie ich kuzyn zapodał dupy na
        psach, czyli doniósł policji. Jest to pytanie pozaartystyczne, z innego
        amerykańskiego filmu.

        Kozacy polskiego breaka łażą po głównej sali, uśmiechają się i podają sobie
        ręce. Są tu najlepsze składy, takie jak Azizi, Nontoper Mielonka, Ready to
        Battle, Crazy Squad, Spasiba czy White Hillside Breakers z Białegostoku.
        Niektórzy lansują się na dobrych kumpli, bo batelka to teatr pełen wyszukanych
        póz, jak oldskulowy musical West Side Story. A na forach internetowych rzucają
        mięsem. Środowisko pełne jest niedomówień, niechęci, dąsów, b-boyów
        pokazujących sędziom gołe dupy i fuck you. Aśka, organizatorka, na początku lat
        90. raperka, teraz już w to wbija, ale kiedyś się przejmowała. Najważniejsza
        jest promocja kultury współczesnej ulicy. Breakdance, obok rapu i graffiti,
        należy do kultury hiphopowej.

        Na scenie niesieni pozytywną zajawką b-boye walczą na ruchy. Dwa składy stają
        naprzeciw siebie, co chwilę ktoś wyskakuje na środek i improwizuje do zadanej
        przez didżeja muzyki. Są ziomkowie, którzy mają ruchy we krwi. Inni robią małpi
        przegląd technik i freezów jak headspin, headslide, windmill, flare, electric
        boogie. Pozostali stroją miny i pozy. Pokazują uderzającymi o siebie
        przedramionami, że pr
          • marianeq Re: Cały tekst. 18.05.05, 16:21
            emektb napisał:

            > paweł wcale nie cały. pamiętaj o ograniczeniach!

            Jak to "nie cały"? Na portalu pełny tekst większości tekstów jest w dostępnych
            kilka dni po środowym ukazaniu się w kioskach.

            > poza tym mam już gazetkę w
            > formie papierowej:)

            Ja miałem wczoraj i dlatego dałem znać wczoraj :D
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka