oxycort
03.06.03, 13:32
Była taka bajka na winylowej płycie, którą słuchałem dziecięciem będąc, a na
niej piosenka. Znaczy piosenek było tam wiele, ale ta jedna strasznie smutna
była i wyrywała brutalnie niewinną mą duszyczkę z korzeniami. Wówczas zwykle
przeskakiwałem ją, bowiem słuchanie o głodnym pajacyku, to było ponad moje
siły wtedy. Jednocześnie ta prosta i piękna melodia ogromnie mnie
fascynowała, a niemożność słuchania jej do woli, była mi powodowodem
dodatkowych rozterek i uczucia wewnętrznego rozdarcia.
Dziś piosenka ta do mnie powróciła, lecz niekompletna. Szło to mniej więcej
tak: (środkowojęzykowe, podniebienne "ł" ma tu - rzecz jasna - fundamentalne
znaczenie)
DLugi się skończyL dzień
Wieczorny kLadL się cień
Biedny Pionokio poczuL że
Jeść mu się bardzo chce
Ach zjadLby co by mógL
Byleby zabić gLód
Żadnych frykasów mu nie potrzeba
ZjadLby kawaLek suchego chleba.
Tutaj mam czarną dziurę, wiem tylko, że na końcu kolejnych wersów pojawiało
się banalne "tralala" - co już jako pacholęciu wydawało mi się ogromnym
nietaktem. Nobo kto to widział, żeby takiego posępnego blusiora kończyć
niestosownym, wesołym "tralala"
Pamięta ktoś ciąg dalszy?
~~
ox