mao111
07.05.10, 23:45
Gazeta Wyborcza nr 636, wydanie z dnia 19/07/1991 , str. 3
Jarosław Kaczyński na czwartkowym spotkaniu w Lublinie, zapytany o sprawę
ujawniania list agentów i współpracowników dawnej Służby Bezpieczeństwa,
odpowiedział:
"Należę do nielicznych, którzy znają te listy. Wynika to po prostu z mojego
urzędu. Otóż tam jest wiele nazwisk bulwersujących. Jednocześnie nie ma
żadnego dowodu, że te listy i te materiały nie są sprokurowane. I tutaj jest
moralny dylemat. Ich ujawnienie wywołałoby wstrząs, ale jednocześnie mogłoby
wielu, a może nawet i wszystkim spośród tych ludzi, którzy by zdziwili
społeczeństwo swoją dawną współpracą z SB, uczynić ogromną krzywdę. Bo nie ma
żadnej metody, żeby udowodnić, że dany zespół papierów nie jest bardzo dobrze
zrobionym falsyfikatem".
Ta sprawa na pewno będzie stawała w kampanii wyborczej. Ja nie będę Rejtanem,
który padnie w drzwiach sali, żeby nie dopuścić do takiej decyzji ? oświadczył
Kaczyński. ? Zdaję sobie sprawę, że mamy do czynienia z materią niezwykle
delikatną. Znaczna część agentów, i to tych najbardziej groźnych, najbardziej
perfidnych, nie jest umieszczona w spisach. Po prostu wszelki ślad po nich
został zlikwidowany. Przez przypadek nazwiska niektórych z nich ustalono. Z
tego wynika, że może być tak, że niewinni dostaną po głowie, a winni będą się
śmiali. Zwykła uczciwość nakazuje mi to powiedzieć, tak że
co do ostatecznej decyzji nie wypowiadam się.
Potem już nie miewał wątpliwości...