basia.basia
13.03.04, 18:55
Wyborcza przekora
Jedną z dziwnych prawidłowości, jakie zauważono w trakcie wszystkich wyborów
w Polsce po roku 1989, jest wyborcza przekora. Przejawia się w tym, że im
bardziej kandydat jest atakowany – przez media, przez konkurentów, przez
niezależne instytucje – tym większą zdobywa popularność, i tym większe szanse
ma na wybór. Zaczęło się – jak Państwo z pewnością pamiętacie – od Stana
Tymińskiego. Kiedy dziennikarze się zorientowali, iż ów typ dość podejrzany
uzyskuje poparcie, ruszyli do ataku. Zdobywali o nim różne kompromitujące
informacje; publicyści i komentatorzy dowodzili, że to człowiek niepoważny;
inni zaś po prostu drwili z niego i naśmiewali się. W rezultacie poparcie dla
Stana T. wzrosło szybko o kilka procent, a przy okazji wzrosło również
oddanie zwolenników. Czy pamiętacie Państwo ową matkę, która Stanowi wręczyła
swoje dziecko-niemowlę, aby ten pobłogosławił je samym dotykiem swej reki?
(...) Ostatnim spektakularnym przykładem takiej przekory była kampania
Kwaśniewskiego. Zaczęło się od Inicjatywy ¾, która – wbrew intencjom autorów –
dołożyła mu parę kresek. Później wzięły się do roboty media i zaczęły
wynajdywać rozmaite sprawy, które zwykle kandydata na wysoki urząd
załatwiają: Polisa, zeznanie majątkowe, kupno mieszkania za grosze, wreszcie
ów dyplom magisterski, którego Kwaśniewski nigdy nie uzyskał. Im więcej
znajdowani brzydkich stron kandydata, tym jego szanse rosły, a oddanie
zwolenników – podobnie ja w przypadku Stana T. – stawało się coraz bardziej
gorące. Wreszcie sam Wałęsa ostro atakując Kwaśniewskiego w debatach
telewizyjnych – to nic, że słusznie – oddał boskiemu Olowi ostateczną
przysługę.
Jak to tłumaczyć? Wszystko wskazuje na to, iż ludzie kierują się reakcją
brania w obronę człowieka pokrzywdzonego. Im głośniej i dobitniej się kogoś
krytykuje, tym bardziej utwierdzają się w przekonaniu, iż ów ktoś jest
nieszczęśnikiem krzywdzonym przez grupy i instytucje kierujące się egoizmem
i prywatą. Innymi słowy, zwiększający się hałas nie dowodzi winy owego
człowieka, ale stronniczości tych, którzy hałas wzbudzają. Interesujące
byłoby sprawdzenie, czy zorganizowana w mediach i na ulicach kampania przeciw
jakiemuś mniej lubianemu politykowi, na przykład Kaczyńskiemu, przysporzyłaby
mu poparcia.
Jeśli prawdą jest powyższe tłumaczenie, to oznacza, iż spora część naszych
miłosiernych i współczujących rodaków kieruje się podejrzliwością, a więc
uczuciem, które do pewnego momentu idzie w parze i inteligencja, a od pewnego
momentu przekształca się w naiwność, a nawet, paradoksalnie, w łatwowierność.
Owa matka wręczająca swe dziecko Tymińskiemu nie była osobą o prostoduszności
świętego Franciszka, ale z pewnością kimś, komu się wydawało, że pojęła całą
perfidię klik rządzących Polską, i dlatego zapałała gorącym uczuciem do
peruwiańskiego Inczu-czuny (jak Tymińskiego nazwał kiedyś Adam Michnik).
Podobnie wielu dzisiejszych entuzjastów boskiego Ola nabrało do niego
gorących uczuć, gdy uznało, że skoro niektórzy takie okropne rzeczy mu
przypisują, to pewnie sami mają stokrotnie gorsze na sumieniu.
Elektorat, który reaguje w ten sposób nie jest elektoratem łatwym, gdyż
kieruje się perwersyjnym odruchem moralności i perwersyjnym odruchem
racjonalności. Ale kto chce wygrać wybory, ten musi wiedzieć, co jak i do
kogo mówić. Inaczej niech idzie na ryby, które wprawdzie też są podejrzliwe,
ale za to – co jest rzeczą powszechnie znaną – nie mają głosu.
Autor: Ryszard Legutko