"skóry"

IP: *.law.uj.edu.pl 11.03.02, 12:51

Trochę przycichły dyskusje o "sprawie łódzkiej". Wątków było wiele i stanowiły
świetne miejsce do popisów różnych domorosłych prawników. Dawniej w Polsce
podobno najwięcej było lekarzy, teraz każdy zna się na prawie.

W Rzeczpospolitej ukazał się 11.03. felieton Pierwszego Prezesa SN. Miłej
lektury.

Rozważania pierwszego prezesa Sądu Najwyższego
Wywód bez konkluzji

LECH GARDOCKI

Od ponad miesiąca opinię publiczną szokują coraz to nowe informacje o "łódzkim
nekrobiznesie". Zasługą mediów jest ujawnienie tej afery i danie impulsu
organom ścigania do działań.

Jak wiadomo, chodzi o informowanie przez lekarzy, sanitariuszy i kierowców
łódzkiego (okazuje się, że nie tylko łódzkiego) pogotowia o stwierdzonych
zgonach i przyjmowanie za to od firm pogrzebowych pieniędzy. Wstrząsające są,
oczywiście, podejrzenia, że pracownicy pogotowia, w tym lekarze, zwlekali z
udzieleniem pomocy pacjentom, a nawet czynnie przyczyniali się do ich
uśmiercenia.

Przy całym uznaniu dla mediów trudno pogodzić się z pewnymi używanymi przez nie
określeniami, zwłaszcza zaś zwrotem "handel skórami". Dziennikarze
odpowiedzieliby zapewne, że określenie to zaczerpnęli z języka osób
zamieszanych w aferę, języka, którego media nie akceptują, przeciwnie: chcą w
ten sposób dobitnie pokazać, że nawet w nim zadomowił się cynizm i pogardliwy,
naruszający godność człowieka i powagę śmierci stosunek do ciał zmarłych. Na
pewno tak jest, ale wydaje mi się, że media przeceniają inteligencję
przynajmniej niektórych swoich odbiorców, którzy mogą bezkrytycznie ten żargon
przejąć.

Cała ta afera ma co najmniej dwie warstwy, które łączą się ze sobą jako pewne
zjawisko społeczne, ale z prawnego punktu widzenia muszą być wyraźnie
oddzielane. Pierwsza to zarzuty morderstwa czynnego lub przez celowe
nieudzielanie pomocy. Z prawnego punktu widzenia nie ma co o tych strasznych
zarzutach dyskutować. Trzeba je rzetelnie sprawdzić i albo uznać za nie
potwierdzone, albo doprowadzić do surowego ukarania sprawców.

Inaczej przedstawia się sprawa zarzutów korupcji, w znaczeniu przyjmowania
(przez lekarzy) i dawania (przez przedsiębiorców pogrzebowych) pieniędzy za
informacje o zgonie. Jest to, niewątpliwie, proceder niegodziwy, naruszający
zasady etyki lekarskiej i sprzeczny z wizerunkiem lekarza, z jakim jako
pacjenci chcielibyśmy mieć do czynienia. Ale z jego oceną prawną są pewne
problemy. Przede wszystkim do niedawna wcale nie było jasne, że lekarz może być
karany za łapownictwo, jeśli przyjął korzyść majątkową w związku z leczeniem.
Sam prezentowałem w swoim podręczniku prawa karnego pogląd, że odpowiedzialność
taka wchodzi w grę tylko wtedy, gdy przyjęcie korzyści miało związek z
czynnościami takimi jak wystawianie zwolnień lekarskich, zaświadczeń o stanie
zdrowia, orzeczeń o inwalidztwie, przyjmowanie do szpitala itp. Leczenie
natomiast nie jest tym, co kodeks karny nazywa "pełnieniem funkcji publicznej",
a w konsekwencji przyjmowanie korzyści w związku z leczeniem nie jest
przestępstwem. Inni autorzy szli jeszcze dalej, pisząc, że sprawcą przestępstwa
przyjęcia łapówki może być tylko funkcjonariusz publiczny, a ten należy do
wąsko ujętej przez kodeks kategorii osób, do której lekarze w zasadzie się nie
zaliczają.

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że odmienny pogląd zwyciężył ostatnio w
orzecznictwie Sądu Najwyższego. W uchwale z 20 czerwca 2001 r.
stwierdził: "Pełnienie funkcji publicznej, o której mowa w art. 228 § 1 kodeksu
karnego, obejmuje czynności ordynatora w publicznym zespole opieki zdrowotnej,
zarówno związane z administrowaniem, jak i z udzielaniem świadczeń zdrowotnych
wymienionych w art. 2 ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodzie lekarza (...) oraz
w art. 3 ustawy z 30 sierpnia 1991 r. o zakładach opieki zdrowotnej (...) -
finansowanych ze środków publicznych".

Uchwała ta mówi wprost o odpowiedzialności ordynatora, bo tego dokładnie
dotyczyło zadane SN pytanie, ale w jej uzasadnieniu dość wyraźnie sformułowano
pogląd, że podobnie należy traktować związane z udzielaniem świadczeń
zdrowotnych czynności szeregowych lekarzy (na koniec swego wywodu SN zastrzegł
się tylko, że nie dotyczy to wręczania korzyści majątkowych z wdzięczności za
efekty leczenia, jeżeli zachowanie takie mieściłoby się w granicach zwyczaju,
ale tematu granic tego zwyczaju SN nie rozwijał). Pogląd ten powtórzył w
uchwale z 18 września 2001 r.

Linia orzecznictwa SN jest więc wyraźna. Chociaż formalnie wspomniane uchwały
wiążą tylko sądy, które zadały pytanie w konkretnej sprawie, to w
rzeczywistości rzadko się zdarza, by w innych sprawach sądy niższe nie
podporządkowywały się orzecznictwu SN. Problem polega jednak jeszcze na czymś
innym. Mianowicie, przepis k.k. uznaje za łapownictwo tylko przyjęcie
korzyści "w związku z pełnieniem funkcji publicznej". Tak więc przyjęcie jej od
pacjenta w związku z rzeczywistą czy tylko spodziewaną lepszą opieką lekarską
czy w związku z przeprowadzeniem operacji przez konkretnego chirurga podpada na
pewno pod przepis o łapownictwie, przy przyjęciu jego interpretacji
zaprezentowanej ostatnio przez SN. W aferze, o której mowa, nie chodzi jednak o
takie sytuacje.

Czy przyjęcie korzyści za zawiadomienie przedsiębiorcy pogrzebowego o zgonie
pacjenta pozostaje w związku z udzielaniem pomocy lekarskiej, czy tylko z
okolicznością, że przy okazji lekarz uzyskał informację, którą następnie
sprzedaje? Przenosząc problem na inny przykład: czy policjant odpowie za
łapownictwo tylko wtedy, gdy przyjmie korzyść za niewymierzenie mandatu, czy
także wtedy, gdy interweniując w sprawie kolizji drogowej, zawiadomi umówionego
przedsiębiorcę usług pomocy drogowej o zdarzeniu i przyjmie za to od niego
określoną kwotę?

Nie zazdroszczę prokuratorom i sędziom, którzy będą musieli ten problem
rozstrzygać. Trudność tkwi w tym, że kodeksowe pojęcie "w związku z pełnieniem
funkcji publicznej" można rozumieć szerzej lub węziej. Przy szerszym rozumieniu
trudno twierdzić, że nie było żadnego związku między przyjęciem przez lekarza
korzyści a tym, że była ona zapłatą za informację uzyskaną w związku z
udzielaniem przez niego pomocy zdrowotnej. Przy węższej interpretacji wymagać
by należało merytorycznego związku przyjęcia korzyści z leczeniem.

Tego problemu nie da się rozstrzygnąć przez dalszą analizę językową zwrotu "w
związku z pełnieniem funkcji". Z którejkolwiek strony mu się przyglądać, nie
stanie się on przez to bardziej jasny. Pozostaje więc szukać argumentów przez
odwołanie się do sensu przepisu (czy jak lubią mówić prawnicy: ratio legis) o
łapownictwie. Czy ustawodawca chciał karać jako szkodliwe społecznie każde
uzyskanie korzyści przez osobę pełniącą funkcję umożliwiającą to uzyskanie? Czy
też chodzi tu tylko o to, by przyjmowanie korzyści nie prowadziło do
dyskryminacji pacjentów, którzy ich nie wręczają? A może o to, by przyjmowanie
korzyści nie podważało zasady bezpłatności usług publicznej służby zdrowia?

W tym miejscu chcę przerwać i usprawiedliwić się z dwóch rzeczy. Po pierwsze,
że podejmuję temat ściśle łączący się z konkretnymi toczącymi się
postępowaniami. Nie chcę wpływać na ich wynik przez obronę lub oskarżanie
podejrzanych, ale uważam, że nie ma nic złego w ukazaniu problemów prawnych,
jakie się przy tej okazji pojawiają. Po drugie, że zostawiam swój wywód bez
konkluzji, co może czytelnika zirytować, ale czynię to dlatego właśnie, że
lansując jeden z możliwych poglądów prawnych w tej sprawie, wykroczyłbym poza
rolę wynikającą z pełnionej przeze mnie funkcji.

----------------------------------------------
tekst pochodzi z Rzeczpospolitej z 11.03.2002
----------------------------------------------

    • Gość: mn Cisza na morzu, bałwan śpi? IP: *.law.uj.edu.pl 11.03.02, 18:10
      No i proszę, tylu było dyskutantów, co jeden to lepszy znawca problemu, a tu
      nic. Cisza. Autorytet autora ich tak onieśmielił? Chyba nie - dotąd było tak,
      że im większy autorytet, tym większy mu cudzysłów do tego autorytetu dodawano.
      • radca Re: Cisza na morzu, bałwan śpi? 11.03.02, 18:18
        Gość portalu: mn napisał(a):

        > No i proszę, tylu było dyskutantów, co jeden to lepszy znawca problemu, a tu
        > nic. Cisza. Autorytet autora ich tak onieśmielił? Chyba nie - dotąd było tak,
        > że im większy autorytet, tym większy mu cudzysłów do tego autorytetu dodawano.

        Cisza ?

        Mylisz sie kolego.Ja bardzo chetnie moge podyskutowac o takich PROBLEMACH.
        Zapewniam Cie,ze nie jestem tym "autorytetem" -jak to nazywasz.Lecz poznalem
        wiele takich niby "autorytetow" i to nie tylko ze srodowiska lekarskiego ,ale tez
        i z "WYMIARU SPRAWIEDLIWOSCI".

        radca


    • Gość: zdd Re: IP: *.astercity.net / 10.135.128.* 11.03.02, 23:47
      No niech cie cholera weźmie druchu mn. Jakiś kretyn musiał nauczyć cię
      umiejętności kopiowania tekstów w tak bezmyślny sposób.
      I jak to w ogóle zdołałeś pojąć TY bezmyślna istoto ( o umiejętności włączenia
      komputera nie wspomnę)?
      Wstrząsem było stosowanie pavulonu i innych metod "wspomagania" śmierci, a ty
      tu jakieś prawnicze pierdoły kopiujesz o handlu informacją.
      Toż to prawdziwe rozwadnianie problemu. Może ty z obsady którejś z trzech
      przesławnych karetek?
      Ja już arsenał dziadka odkopał i jak nic oni gardła dadzą!
      • Gość: smk Re: IP: *.kki.krakow.pl 13.03.02, 08:21
        Gość portalu: zdd napisał(a):

        > No niech cie cholera weźmie druchu mn. Jakiś kretyn musiał nauczyć cię
        > umiejętności kopiowania tekstów w tak bezmyślny sposób.
        > I jak to w ogóle zdołałeś pojąć TY bezmyślna istoto ( o umiejętności włączenia
        > komputera nie wspomnę)?
        > Wstrząsem było stosowanie pavulonu i innych metod "wspomagania" śmierci, a ty
        > tu jakieś prawnicze pierdoły kopiujesz o handlu informacją.
        > Toż to prawdziwe rozwadnianie problemu. Może ty z obsady którejś z trzech
        > przesławnych karetek?
        > Ja już arsenał dziadka odkopał i jak nic oni gardła dadzą!

        Jeden ćwierćintelygent się jednak odezwał...

Pełna wersja