basia.basia
25.07.04, 23:01
Wklejam ten tekst, bo zrobił na mnie wielkie wrażenie.
O wielu rzeczach nie wiedziałam a też nigdy nie byłam
na Powązkach.
W weekendowej Rzepie jest jeszcze jeden artykuł na zbliżone tematy.
Napisany przez dwóch francuzkich historyków (współautorów "Czarnej księgi
komunizmu"), którzy omawiają wiedzę Francuzów na temat powstania
warszawskiego, która jest minimalna i do tego zafałszowana:)
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040724/plus_minus_a_6.html-----------------------------------------------------------------------------
SIERPNIOWE KOSZMARY
W Alei Zasłużonych
1 sierpnia stałem, wystraszony kajtek, w piwnicy rodzinnego domu na
warszawskiej Kolonii Staszica, patrząc, jak dwaj dorośli mężczyźni kują mur
do piwnicy sąsiadów. Mieli przerąbać bezpieczny od ostrzału niemieckich
snajperów podziemny korytarz wzdłuż naszego odcinka ulicy Filtrowej. Pamiętam
dwa błyszczące od potu torsy herosów i zamachy kilofami: od prawego ramienia
w lewo i w dół, od lewego ramienia w prawo i w dół. Od matki dowiedziałem się
później, że mieli po 18 lat. Wątpliwe, czy przeżyli powstanie. W naszej
dzielnicy było ono krótkie, lecz krwawe.
Następnego ranka do drzwi domu zapukał dowódca odcinka. Był w cywilnym
ubraniu, lecz w czarnym berecie niczym od generała Maczka. Stałem w drzwiach,
słuchając umawiającego się z domownikami, iż będą wpuszczali jego łączniczkę
(harcerski mundurek, gruby warkocz, przejęte ważnością misji niebieskie oczy)
tylko na hasło "Maryla" - imię mojej matki. To o takich jak owa łączniczka
napisał później Jerzy Jurandot:
Dziewczyny są po to, by żyć w pełnym słońcu,
Jak kwiaty rozkwitać i cieszyć wzrok chłopców.
Nie po to, by wojną zatrute jak śmiercią,
Oddawać jej pierwszej swą miłość dziewczęcą.
Nie po to, by kroków na schodach w noc słuchać,
I gnić na Pawiaku i konać na Szucha.
A tyle ich było w katowniach SS:
Młodziutkich, bez jutra, milczących po kres.
Jeśli dostała się w ręce zbirów z rosyjsko-hitlerowskiej brygady RONA,
pacyfikującej warszawską dzielnicę Ochota, mogła konać w budynku dzisiejszego
Ministerstwa Środowiska przy ul. Wawelskiej, gdzie ronowcy urządzili sobie
miejsce rozrywek seksualnych. Gdy pijani wracali z akcji, rozebrane do naga
polskie dziewczęta splatały się w ludzki kłąb, z którego bandyci wyciągali
ofiary za ręce, za nogi.
Dziś leżą pod brzozowymi krzyżami w ordynku jak pod sznur. Tłum warszawiaków
odruchowo skieruje się ku nim, w prawo od głównej alei, za PRL przemianowanej
na Aleję Zasłużonych. Ludzie nawet nie zauważą, iż mijają grobowce bohaterów
z całkiem innego dramatu.
Górując nad dolinkami - powstańczą i katyńską - spoczywają w dostojnych
grobowcach: poświadczony w źródłach historycznych agent NKWD Bolesław Bierut,
poświadczony w źródłach historycznych agent Lenina i Trockiego, oficjalny
zdrajca ojczyzny, Julian Marchlewski, poświadczony w źródłach historycznych
agent Kominternu Karol Świerczewski, poświadczony w źródłach historycznych
agent NKWD od 1939 roku Zenon Nowak ("tak czy owak, Zenon Nowak"), wreszcie
Władysław Gomułka, za którego kadencji ubeckie łobuzy skatowały krnąbrnego
Stefana Kisielewskiego, w związku z czym złośliwcy dopisują do jego
epitafium "krytyk literacki". Leży w pobliżu generał Kazimierz Witaszewski,
politruk wojskowy w okresie stalinowskim, wsławiony jako "Gazrurka", i jego
serdeczny przyjaciel, specjalista PPR od mokrej roboty, Julian Kole,
późniejszy wiceminister finansów.
Grobowce Bieruta i Marchlewskiego są niemal niewidoczne, przesłonięto je
bowiem dyskretną kurtyną z krzaków tui. Wokół cokołu Marchlewskiego zachował
się jednak cytat z jego wiekopomnych przemyśleń na plebanii w
Wyszkowie: "Służyć interesom narodu polskiego może tylko ten, kto służy
intere ..." - resztę cytatu zagłuszyły tuje i mech. Tych dwóch więc nie
widać, natomiast grobowce Świerczewskiego, Nowaka, Gomułki, Władysława Wichy
(szef bezpieki w latach sześćdziesiątych) kwitną w pełnym słońcu tuż obok i
tuż ponad zagłębioną w dolince kwaterą żoliborskiego Zgrupowania
AK "Żywiciel".
Nie jest w polskim obyczaju wyrzucać truchła z grobów i grzebać je pod murem.
Zauważmy, że właśnie pod murem, w odległej części cmentarza wojskowego, za
PRL przemianowanego na komunalny, wegetuje symboliczny grobowiec z
napisem: "Bohaterom i ofiarom terroru sowieckiego i służb bezpieczeństwa,
1939 - 1956". Ci, którzy terror sprawowali, leżą w godniejszych kwaterach, w
wyższej części cmentarza. Idzie się tam wzdłuż grobowców na wpół anonimowych
podpułkowników, obowiązkowo odznaczanych "chlebowym" orderem Odrodzenia
Polski. Brak na owych grobach wszelkiej wzmianki o resorcie, w którym
położyli tak wielkie zasługi.
Ponieważ nie jest w polskim obyczaju przenoszenie szczątków ludzkich pod mur
cmentarny, musimy się pogodzić z obecnością enkawudzistów i ubeków w
sąsiedztwie bohaterów. Zważmy jednak, że tym sposobem odbywa się w naszych
oczach zabór polskiej historii przez ideologię obcą nam i wrogą. Nowe
pokolenia czerpią wiedzę historyczną z trzech głównie źródeł: z przekazów
rodzinnych, ze szkoły wspartej uczonymi księgami historyków oraz z napisów na
grobowcach naszych cmentarzy. To ostatnie źródło zostało zatrute. Obawiam
się, iż w przyszłości również będziemy truci.
Nie życzę im bynajmniej nagłej śmierci, lecz gdy generałowie Wojciech
Jaruzelski i Czesław Kiszczak u kresu życia poproszą o godne kwatery na
cmentarzu bądź co bądź wojskowym, któż będzie miał serce im odmówić? Wszak to
generalicja - z wieku im i urzędu ten zaszczyt należy. Generał Jaruzelski
promowany jest przez niektórych jako człek zacny i zbawca ojczyzny techniką
mniejszego zła, generał Kiszczak promowany jest jako człowiek honoru.
Promotorom nie przeszkadza fakt, że obaj panowie znacznie wcześniej zostali
wypromowani na swe urzędy przez generała Breżniewa i marszałka Greczkę. Obaj
zostaną więc pochowani w paradnych grobowcach powyżej ubogich kwater
powstańczych, a kompania Wojska Polskiego odda salwy honorowe nad szczątkami
powstańców Warszawy na cześć mianowańców: wojskowego dyktatora-zbawcy
ojczyzny i szefa bezpieki-człowieka honoru.
Gdy zaś po ten sam zaszczyt zgłosi się jakiś, na przykład, Jerzy Urban,
dowodząc, że był wszak ministrem, członkiem wojskowego rządu Jaruzelskiego,
koszmar dopełni się. Mam nadzieję, że będzie to koszmar Urbana, który jakoby
miewa proroczy sen: na mój pogrzeb - mówi Urban - stawią się jedynie woźnica
z koniem i grabarz. Lecz ja wiem, że na jego pogrzeb przyjdzie tłum ludzi
spośród tych, którzy nie pojawią się za tydzień przy kwaterach powstańców z
AK. -
JERZY JASTRZĘBOWSKI