Dodaj do ulubionych

Jan Wrobel o Stoiberze

IP: *.ibch.poznan.pl 28.06.02, 15:16
Zamieszczam tekst Jana Wrobla jaki ukazal sie niedawno w Zyciu na temat wypowiedzi
kandydata na kanclerza Edmunda Stoibera. Teksy ten zamiescil uprzednio Dziki. Sadze,
ze temat jest na tyle ciekawy ze warto go kontynuowac. Dla mnie wprowadza on nieco
realizmu w ocene stosunkow polsko-niemieckich. Jest tez mocnym argumentem przemawiajacym
za przystapieniem Polski do Unii. Ja sam naleze do sceptykow.


"Kres polsko-niemieckiej fikcji

Polska to europejski słabeusz. Gdyby było inaczej,
Edmund Stoiber nie odważyłby się wysuwać żądań wobec
Polski

Polska jest krajem słabym militarnie i gospodarczo
zacofanym. Nie ma strategicznych przyjaciół na
Zachodzie. W rokowaniach akcesyjnych z Unią Europejską
jakieś państwo czasem nam w czymś pomoże, czasem w
czymś zaszkodzi, ale właściwie tylko o Niemczech mówi
się czasem, że są naszym orędownikiem w tzw.
Europie. Chętnie i często pojawiają się też u nas tezy
o doskonałych stosunkach naszego kraju ze Stanami
Zjednoczonymi.
Chwalić Boga, rzeczywiście są dobre - ale płytkie. Od
wielu lat trudno wskazać, co właściwie Polska może dać
Ameryce, poza miłością. W tej sytuacji najpoważniejszy
kandydat na przyszłego kanclerza Niemiec postanowił
pogrozić nam palcem.

Koniec okresu ochronnego

Byłoby błędem, gdybyśmy słowa Stoibera zagdakali
argumentacją odwołującą się do historii. Takie dyskusje
o przeszłości trzeba oczywiście prowadzić. I nie
wprowadzać relatywizmu - Niemcy zabijali, Niemców
zabijano, wszystko się jakoś w historii wyrównało...
Podejmowanie tropu Centrum Wypędzonych, było polskim
błędem, ponieważ to centrum, organizowane za niemieckie
pieniądze i z potrzeby niemieckiego serca, w naturalny
sposób podejmie wątek okrutnych konsekwencji wojny, a
zepchnie na margines kwestię odpowiedzialności za
wywołanie wojny.
Tylko że argumentacja historyczna, chociaż ważna, tym
razem jest zupełnie nieistotna. Jak w "Siedemnastu
mgnieniach wiosny" my wiemy, że Stoiber wie, iż my
wiemy, że on wie, kto wywołał wojnę światową, a kto
wypędził Niemców z Polski. Apel Stoibera nie ma na celu
wznawianie pięćset dwudziesty piąty raz dyskusji nad
okolicznościami wojny światowej. Jest za to sygnałem,
że skończył się czas traktowania Polski przez Republikę
Federalną, jak potrzebującego wsparcia chorego
bliźniego.
Bo przez te wszystkie lata od odzyskania przez Polskę
niepodległości nasz zachodni sąsiad traktował nas po
partnersku, ba, nawet z atencją, wbrew oczywistej
dysproporcji znaczenia międzynarodowego.
Próżno by szukać aż takiej grzeczności w stosunkach USA
z Meksykiem czy Rosji z Litwą. Za to między Berlinem i
Warszawą - pełna elegancja. Za słowami i wieńcami szło
dyplomatyczne wsparcie, a wreszcie - pieniądze.
Wiem, że narażę się wielu rodakom, ale muszę przyznać,
że z pewnym zdumieniem patrzyłem, jak dużym poparciem
moralnym cieszyła się idea funduszu "Pojednanie".
Próba przeliczenia nieszczęść robotników przymusowych
na pieniądze, i to prawie po pięćdziesięciu latach, to
dziwactwo prawne i etyczne. Czyż nie większe
odszkodowanie należy się tym, którzy jako dzieci
uciekali z płonących miast pod ogniem stukasów
w
1939 roku?
Niemcy przegrały wojnę, którą nie sprowokowane wywołały
i z której wyszły z piętnem niezmywalnej hańby.
Sypnięcie po latach groszem ani nie mogło wpłynąć na
bilans historyczny, ani otworzyć nowego rozdziału w
stosunkach z Polakami. To pierwsze było niemożliwe, bo
w stosunku do cierpień Polski i Europy w latach wojny
sprawa pracy przymusowej była epizodem. To drugie -
ponieważ warunki pojednania zostały już dużo wcześniej
spełnione. Połakomiliśmy się wszakże na niemiecką
ofertę z bardzo prostego powodu. Cóż, dawali,
to czemu nie brać. Nasza kasa pusta, nasi renciści i
emeryci biedni. Brać.
A dlaczego nie Rosja?
Taka sytuacja, w której większy wciąż pomaga słabszemu,
wciąż udając, że to dialog pełnowartościowych
partnerów, nie może trwać w nieskończoność. Wypowiedź
Stoibera to kolejny sygnał, że po latach siania, zbliża
się czas zbiorów. Kolejny - bo przecież już uprzednio
obecny kanclerz Schroeder usztywnił stanowisko w
sprawie polskiego rolnictwa. Orędownik Polski w Unii
Europejskiej poczuł się już chyba tą rolą zmęczony.
Nawiasem mówiąc, to właśnie rząd Schroedera od wielu
miesięcy naciska Czechy w sprawie antyniemieckich
dekretów Benesza wydanych zaraz po wojnie. To bardzo
charakterystyczne, że na widelec wzięto dwa państwa
relatywnie słabe i mające po 1989 roku szczególnie
dobre stosunki z... Niemcami właśnie. Gdyby chodziło o
spory historyczne (a nie chodzi!), to oczywiście byłoby
nie od rzeczy przypomnieć Stoiberowi mapkę Prus
Wschodnich sprzed wojny. Wyraźnie widać na niej, że
znaczną ich część przejęli po 1945 roku Rosjanie (tzw.
obwód kaliningradzki). Charakterystyczne, że o Rosji
nie ma ani słowa w apelu Stoibera. Tylko o Czechach i
Polsce. No tak, ale po co zadzierać z silnym, skoro
można ze słabym.


Bezbronni

Komentator "Rzeczpospolitej", Jerzy Haszczyński, zwraca
uwagę, że niemiecki polityk domaga się od Polski,
"jedynie symbolicznych gestów". Pisze dalej: "Polacy
wykonali już wiele takich gestów - zrobili to biskupi w
1965 roku, czynili to politycy, jak choćby minister
spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski, który w
1995 roku ubolewał przed niemieckim parlamentem z
powodu dramatu wysiedleń Niemców z Wrocławia czy
Szczecina. (...) Czy rzeczywiście jedynie symbolem
byłoby anulowanie dekretów Bieruta? Związek
Wypędzonych, któremu Stoiber często patronuje, domagał
się już odszkodowań, oczywiście symbolicznych. Co może
być dalej? I jak to wpłynie na stosunki
polsko-niemieckie?".

Osobiście wolałbym u publicystów raczej konwencję
odpowiedzi, niż retorycznych pytań, ale zwłaszcza
ostatnie pytanie postawione jest, przyznajmy, trafnie.
Otóż odpowiedź nasuwa się sama - Niemcy będą się
starały przypomnieć Polsce, kto w tej części świata
dysponuje ogromnym potencjałem gospodarczym, a kto -
słabiutkim potencjałem historycznym. Być może okaże
się, że apel Stoibera to falstart. Że jeszcze nie
nadszedł czas naciskania Trzeciej Rzeczypospolitej
przez jej najważniejszego europejskiego, hm...
partnera. Ale to kwestia tygodni i miesięcy raczej, niż
dziesięcioleci.
Prawdę mówiąc, możemy robić dumne miny i przypominać
odmienność wojennych losów bohaterskiej Polski i
przeklętych Niemiec. Niemniej trzeba pogodzić się
z
rzeczywistością. Nie mamy żadnego "planu B" na wypadek,
gdyby Niemcy przestali odgrywać rolę dobrego wujka, a
zaczęli prowadzić politykę "coś za coś". Poza słowami,
poza - jak apelował poseł z PSL Janusz Dobrosz -
robieniem szumu, nie mamy żadnej tarczy nad sobą.
Ostatnie dwanaście lat było sympatycznym okresem w
historii polsko-niemieckiej, bo mówiąc o przyszłości,
ciągle wracano do powojennego rachunku sumienia i
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka