japas 31.05.05, 20:56 WYPRYSKI NARODU, PRZEBRZYDLE BANDZIORY, KIEDY NA WAS PATRZE, CORAZ BARDZIEJ CHORY STAJE SIE MOJ UMYSL, ZOLADEK I FLAKI. PARSZYWE ROBAKI, WYJETE SPOD PRAWA, ELITA KOSLAWA!!!!! Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
kaczor99 Kaczyzm 31.05.05, 21:05 Życie Warszawy www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=11&news_id=63944 Prezydent był niemiły Pacjenci Szpitala Bielańskiego zeznawali w sądzie „Nie twój interes” – tak według relacji pacjenta Lech Kaczyński odpowiedział chorej kobiecie na pytanie, kogo szuka w sali Szpitala Bielańskiego. Świadkowie incydentu sprzed trzech lat zeznawali wczoraj w sądzie. Wczoraj przed śródmiejskim sądem odbywała się sprawa Marii Machery, pielęgniarki, która na polecenie prezydenta stolicy musiała odejść z pracy w Szpitalu Bielańskim. Teraz domaga się od szpitala przywrócenia jej do pracy i odszkodowania. Przypomnijmy, że 22 lipca 2003 roku po godz. 21 do szpitala trafiła pacjentka z pooperacyjną raną, z której sączyła się krew. Zabrano ją na oddział chirurgiczny. Mniej więcej godzinę później w szpitalu pojawił się prezydent. Krwawiąca kobieta była jego znajomą. Zaczęła się awantura Prezydent oburzył się, że kobiecie jeszcze nikt nie pomógł. Personel, poinformował go, że lekarze są na sali operacyjnej. Wtedy, słysząc krzyki z męskiej części oddziału, przyszła dyżurująca pielęgniarka Maria Machera. – Bardzo mocno umalowana pani odpowiadała mi w niezwykle arogancki sposób – mówi prezydent Kaczyński. – Ja tylko zwróciłam uwagę prezydentowi. Powiedziałam, że nie spodziewałam się po nim takiego zachowania. Biegał po całym oddziale i krzyczał na wszystkich – mówi Maria Machera. Szybka reakcja Trzy dni po wydarzeniu dyrektor szpitala wezwała pielęgniarkę. Powiedział, że musi odejść. Oficjalne powody to redukcja etatów i... niegrzeczne zachowanie wobec pani dyrektor szpitala. Choć pielęgniarka zdecydowała się odejść za porozumieniem stron, twierdzi, że nie miała wyboru. Dyrekcja miała sugerować, że zwolni ją dyscyplinarnie. W końcu kobieta postanowiła pójść do sądu pracy. Wczoraj sędzia przesłuchał trzech byłych pacjentów szpitala, świadków wydarzeń z 22 lipca 2003 r. Zostali powołani na wniosek pełnomocnika Marii Machery, mecenasa Andrzeja Lipiaka. Chce on wykazać, że prezydent miał wpływ na odejście kobiety. Zaprzecza temu szpital, choć Lech Kaczyński sam ten fakt potwierdzał, m.in. na łamach Życia Warszawy. Złe zachowanie – Prezydent był chamski – zeznał Zbigniew Sielicki, były pacjent szpitala. – A jego znajoma na drugi dzień została umieszczona sama w dwuosobowej sali oddziału męskiego, skąd najpierw usunięto jednego pacjenta. – Słyszałem, jak prezydent krzyczał, że pozwalnia lekarzy i pielęgniarki i zamknie szpital – wspomina Stanisław Zieliński, również pacjent. Aleksandra Paziewska zeznała, że prezydent wszedł do sali, w której leżała. – Jedna z pacjentek zapytała, kogo szuka. A on na to: „Nie twój interes” – opowiada kobieta. Prezydent twierdzi, że w tej sprawie ktoś pomaga pielęgniarce zbierać świadków. – Absolutnie nigdy do kobiety się tak nie odezwałem. Zawiadomię prokuraturę o składaniu przez świadka fałszywych zeznań – mówi. Sam prezydent też może znaleźć się w sądowej sali, bo wczoraj sędzia zaznaczył, że może wezwać go na przesłuchanie. Data: 2005-05-31 Gazeta Wyborcza miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2738170.html Władza krzyczy, władza zwalnia, czyli kulisy incydentu w Szpitalu Bielańskim Bogdan Wróblewski 30-05-2005 , ostatnia aktualizacja 30-05-2005 23:58 Sąd bada, jaki wpływ na zwolnienie pielęgniarki ze Szpitala Bielańskiego miała wieczorna wizyta w placówce prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pacjenci zapamiętali krzyki prezydenta i zapowiedź... zwolnień. Do incydentu z prezydentem w roli głównej doszło wieczorem 23 lipca 2003 r. Znajoma Lecha Kaczyńskiego trafiła do Szpitala Bielańskiego z krwawiącą raną. Została na oddziale chirurgicznym, gdzie miała być poddana zabiegowi. Po godz. 21 do szpitala przyjechał prezydent. Zastał pacjentkę bez opieki, w zakrwawionej sukience. Według prasowych relacji prezydent się zdenerwował. Czy tak bardzo, że Maria M., pielęgniarka, która "odważyła się" zwrócić mu uwagę, po kilku dniach dostała wymówienie? Teraz, w sądzie pracy walczy o pięć tysięcy złotych zadośćuczynienia i uznanie rozwiązania umowy o pracę za bezprawne, bo pod wpływem gróźb. - Wizyta prezydenta w szpitalu miała wpływ na decyzję dyrektora o rozwiązaniu umowy o pracę - przekonuje Andrzej Lipiak, pełnomocnik pielęgniarki. Pozwany - czyli szpital - domaga się oddalenia pozwu, bo formalnie umowa została rozwiązana za porozumieniem stron. Wydawało się, że sprawa zakończy się błyskawicznie, sąd zgodził się jednak posłuchać świadków "wydarzenia na oddziale chirurgicznym". Wczoraj zeznawali pacjenci. Aleksandra P. (sprzedawca, 61 lat) leżała na sali na wprost pokoju pielęgniarek. - Drzwi były otwarte i zauważyłam, że przeleciał mi pan Kaczyński. "Chyba białe myszki widzisz" - na to inne chore. Ale nagle wpadł do naszego pokoju. Nie powiedział nawet dobry wieczór. "Kogo pan szuka?" - zapytała jedna z pań. "Nie twój interes" - burknął. Chciał lekarzy. Myśmy z ciekawości powychodziły na korytarz. Któraś z pielęgniarek powiedziała: "Musi pan trochę poczekać, bo lekarze są na bloku" [operacyjnym] - relacjonowała. - Co pan prezydent odpowiedział? - pytał mec. Lipiak. - Nie słyszałam, ale był niegrzeczny - odparła kobieta. - Krzyk był na cały oddział - jako następny opowiadał Zbigniew S. (ekonomista, 64 lata) - "Gdzie są lekarze, pozwalniam was, lekarze, pozwalniam pielęgniarki!". - Kto krzyczał? - pytał sędzia. - No, nie bardzo wiem, bo ich jest dwóch, Kaczyńskich - odparł Zbigniew S. Na drugi dzień dowiedział, że na męski oddział przyjęta został kobieta, a wyrzucili z pokoju pacjenta. - Mówili, że znajoma prezydenta, ale nie wiem, bo nie odwiedzał jej później. Między pacjentami była informacja, że ta pielęgniarka została zwolniona - opowiadał, co było dalej. Kto chodził, to z łóżek powstawał, takie były krzyki - dodawał z kolei Stanisław Z. (50 lat, masarz). Widział rozmowę Marii M. z prezydentem, choć słowa do niego nie doszły. - Byłem za daleko. Siostra stała, głowa opuszczona, a pan Kaczyński krzyczał. Krzyczał! Teraz sąd nie wyklucza, że na świadka wezwie Lecha Kaczyńskiego. Chyba że wcześniej dojdzie do ugody. Wczoraj pełnomocnik szpitala dał pierwszy sygnał, że to możliwe. Adwokat pielęgniarki też nie powiedział nie. Rzeczpospolita www.rzeczpospolita.pl/dodatki/warszawa_050531/warszawa_a_5.html Echa wieczornej wizyty Lech Kaczyński zachowywał się po chamsku - zeznali wczoraj świadkowie w trakcie procesu wytoczonego przez pielęgniarkę zwolnioną z podległego ratuszowi Szpitala Bielańskiego. Pielęgniarka twierdzi, że została zwolniona za zwrócenie uwagi prezydentowi Warszawy. 23 lipca 2003 roku około godz. 21 do Szpitala Bielańskiego zgłosiła się Ewa Ziomecka-Junczyk, znajoma prezydenta Kaczyńskiego (jest członkiem rady nadzorczej miejskiej spółki Zarząd Pałacu Kultury i Nauki). Czuła się źle po przeprowadzonej wcześniej operacji. Została przyjęta, pielęgniarki pobrały jej krew. Nie zbadał jej jednak od razu żaden lekarz. - Dwóch naszych chirurgów akurat operowało, a trzeci był na szybkim oddziale ratownictwa - mówi Maria Machera, zwolniona pielęgniarka. - Koleżanki uznały, że nie ma zagrożenia życia i ta pani może zaczekać na lekarza. Po paru minutach do szpitala przyjechał Lech Kaczyński i zażądał, żeby jego koleżankę natychmiast ktoś zbadał. - Domagał się, żeby lekarze przerwali operację i zeszli do jego znajomej - twierdzi Machera. - Pielęgniarka z sali operacyjnej powiedziała, że zejdą za 7 minut. To nie uspokoiło prezydenta. Jak zez Odpowiedz Link Zgłoś
julko Re: Kaczyzm 01.06.05, 06:43 Co w/g Ciebie "kaczyzm" ma wspólnego z odbywaniem kary przez Rywina.Stosujkesz idiotyczne manipulacje,jak prawdziwy komuch. Odpowiedz Link Zgłoś