xtrin234
08.03.07, 11:41
napisał w Rzeczpospolitej "kolegom" z Wyborczej Igor Janke:
Nie będę przepraszać za Prawo i Sprawiedliwość
"Gazeta Wyborcza" zaangażowała się w walkę z PiS. My nie angażujemy się we wspieranie PiS. To ta zasadnicza różnica. Ale w świecie "Gazety", tak jak w świecie polityków, można być albo za, albo przeciw, nie można po prostu starać się oceniać na chłodno - pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Ulubionym narzędziem publicystów, którzy nie mogą pogodzić się z dopuszczeniem do publicznej debaty innych poglądów niż te, które wyznają oni sami, jest obrzucanie drugiej strony epitetami i insynuowanie im nieczystych intencji.
Wszyscy ci, którzy po wygranych przez braci Kaczyńskich wyborach nie ogłosili, że kończy się demokracja i Polska zostaje odcięta od Europy, zostali uznani za "dziennikarzy reżimowych" (autorzy: Wiesław Władyka, Mariusz Janicki), "pisjonarzy" (Tomasz Lis), "publicystów propisowskiej gildii" (Paweł Wroński), a w wersji łagodniejszej za dziennikarzy "wspierających rząd" albo przynajmniej "wspierających projekt IV RP".
Jacek Żakowski nie ma wątpliwości, że Bronisław Wildstein pisał we "Wprost" teksty propisowskie po to, by dostać fotel prezesa w TVP. Podobanie jak Piotr Skwieciński całe życie miał poglądy takie, a nie inne, po to, by w końcu dostać pracę w PAP.
Tomasz Wołek nie ma wątpliwości, że "Rzeczpospolita" to "gazeta rządowa", a Paweł Wroński apeluje, by "prawicowi publicyści" wzięli współodpowiedzialność za to, co zrobił rząd PiS.
"Gazeta" partyjna
Trudno im zrozumieć to, że jeśli ktoś ma inne poglądy, to nie używa ich do jakichś ciemnych prywatnych interesów. Trudno zrozumieć im, że jak ktoś opowiada się za walką z korupcja albo za lustracją, to nie od razu musi chcieć lansować jakąś partię. W głowach wielu moich kolegów to po prostu się nie mieści. Jeśli krytykujesz kogoś - to znaczy, że go zwalczasz, jeśli chwalisz - to lansujesz, albo jeszcze lepiej - robisz to po to, by coś uzyskać.
Trudno im zrozumieć, że nawet jeśli ktoś zgadza się z częścią działań rządu, to w innych sprawach się z nim nie zgadza i nie jest to - jak to uroczo ujął profesor Władyka - "krytyka alibijna".
Trudno zrozumieć to wszystko kolegom z "Gazety Wyborczej", których naczelny najpierw był posłem, potem nieustannie mieszał politykę i dziennikarstwo, a sama "Gazeta" wspierała przez lata wprost Unię Demokratyczną, a potem Unię Wolności. Łącznie z tym, że wydawca "Gazety" wpłacał pieniądze na konto tej partii.
Na te wszystkie zarzuty można by odpowiedzieć tym samym językiem: X uprawia "dziennikarstwo insynuacyjne", Y jest "publicystą postkomunistycznym", Z należy do "gildii Aleksandra Kwaśniewskiego". Nie przyjmę jednak metody moich kolegów i nie stworzę tu listy dziennikarzy "liberalnych", "lewicowych" ani "postkomunistycznych".
Nie po nazwisku
Paweł Wroński w tekście "Naiwni czarodzieje IV RP" we wczorajszej "Gazecie Wyborczej" wyśmiewa "prawicowych dziennikarzy", którzy chcieli - powiedzmy ogólnie - naprawy państwa. Tylko że co w tym złego? Tak, ja też bardzo chciałem naprawy państwa, ktokolwiek by jej dokonał. I kiedy miał pojawić się PO - PiS, miałem nadzieję, że zrobi to PO - PiS, który miał być odtrutką na okropne czasy rządów Millera i SLD. Kiedy to się nie udało, nie wpadłem jak wielu innych dziennikarzy w histerię, tylko sprawdzałem, co z programu naprawy państwa może zrealizować rząd PiS, a potem sojusz PiS - Samoobrona - LPR. I przyznaję, stawałem się coraz bardziej krytyczny, gdy dostrzegałem, że PiS coraz bardziej odchodzi od tego, co zapowiadało.
Tak samo za rządów Leszka Millera mogliśmy chwalić go, kiedy obniżał podatki dla biznesu, wynegocjował dobre warunki wejścia do Unii, albo za Marka Belki, który, co prawda niezbyt śmiało, ale jednak ułatwiał życie przedsiębiorcom.
Wroński, ponieważ szczerze nie cierpi Kaczyńskich, chciałby, żebyśmy, tak jak "Gazeta" i "Polityka", zakrzyknęli od razu: "Kaczyński jest tragedią dla Polski!". Otóż nie chciałem tak krzyknąć, bo nie jest zadaniem dziennikarza ocenianie polityków po nazwisku, tylko po tym, co robią.
Nasza krytyka rządu narastała, aż sam napisałem, że rewolucja PiS gnije. Zapewne kroplą, która przelała czarę goryczy, było wyrzucenie z telewizji Bronisława Wildsteina, ale pisałem to nie dlatego, że tak kocham Wildsteina, ale dlatego, że oznacza to koniec nadziei na niezależną telewizję publiczną.
Nie miałem problemu, aby to napisać, kiedy tylko to zauważyłem. Podobnie zachowało się zresztą kilku innych dziennikarzy - jak ich nazywa bezprzymiotnikowy, niezależny i bezstronny Wroński - "prawicowych".
Po prostu myślę inaczej
Nie miałem z tym problemów, bo ja w swoich tekstach nie walczyłem o sukces PiS. Ani mój naczelny, ani ja nie wzywaliśmy nigdy na pierwszej stronie do głosowania na jakąkolwiek partię. Chciałem sukcesu kraju, modernizacji, stworzenia mechanizmów szybkiego rozwoju gospodarczego, obniżenia podatków, walki z korupcją, walki z układami, z patologiami, które ujawniły się tak wyraźnie za rządów SLD. I jeśli ktoś zaczynał to robić, to, co dobre, starałem się nazywać, chwalić, a to, co złe - krytykować. A według "Gazety" niemal wszystko, co robił PiS, było złem.
"Gazeta" zaangażowała się w walkę w PiS. My nie angażujemy się we wspieranie PiS. To ta zasadnicza różnica. W świecie "Gazety", tak jak w świecie polityków, można być albo za, albo przeciw, nie można po prostu starać się oceniać na chłodno.
A jeśli już ktoś, nie daj Boże, wykazywał więcej sympatii dla jednej strony albo wiary w to, co robi - natychmiast jest określany jako ktoś, kto walczy o przychylność rządzących, po to, by dostać posadę.
Żeby było jasne - choć Agora kiedyś negocjowała z Millerem korzystne dla siebie zapisy ustawy o mediach, nie posądzam ani Pawła Wrońskiego, ani wielu innych kolegów z "Gazety" o interesowność. Nie posądzam o nią Jacka Żakowskiego, choć on sam tak bardzo lubi to robić wobec innych. Jeśli Żakowski krytykuje Kaczyńskiego, to nie myślę, że robi to dlatego, by w czasie, kiedy władzę obejmie Tusk czy jakaś lewica, zostać prezesem TVP. Jestem pewien, że on po prostu tak myśli. A ja po prostu myślę inaczej.
Jedni krytykują, inni przyklękają
Jak bardzo te wszystkie posądzenia legły w gruzach, widać najlepiej po zachowaniach - "prawicowych", jak chce Wroński - dziennikarzy w sytuacjach, kiedy widzą, że coś dzieje się nie tak. Publicyści związani z Kościołem nie mieli żadnych oporów, aby jednoznacznie przeciwstawić się hierarchom, kiedy ci chcieli kryć księży posądzanych o współpracę z SB. Kiedy PiS zaczął błądzić, to właśnie publicyści z o poglądach konserwatywnych otwarcie zaczęli krytykować ich rządy. Kiedy prawicowi politycy chcieli wziąć telewizję publiczną, to ci "sprzedajni prawicowi dziennikarze" rezygnowali z pracy w TVP.
Czy "Gazetę" stać na to, aby dziś, z perspektywy, skrytykować cokolwiek, co zrobił Tadeusz Mazowiecki czy Leszek Balcerowicz? Nie, to są święte osoby, przed którymi tylko przyklęknąć można.
Otóż ja nie mam problemów z tym, żeby uznać, że rząd Kaczyńskiego odchodzi od swoich założeń i błądzi coraz bardziej. Moim marzeniem nie jest Polska Kaczyńskich ani Polska Tuska czy Rokity. Moim marzeniem jest normalna Polska. Ze świetnie rozwijającym się biznesem, świetnymi uczelniami, autostradami, ośrodkami naukowymi, niezależną publiczną telewizją, gdzie gospodarką nie rządzą układy, a etyki zawodowej dziennikarzy nie uczą byli agenci. To tak trudno zrozumieć?
Jesteśmy dziennikarzami
W redakcji "Rzeczpospolitej" nie wspieramy Kaczyńskich ani Rokity czy Marcinkiewicza. Nie odbywają się żadne narady polityczne, nasz naczelny nie chadza na wódkę do prezydenta, żeby naradzać się, jak tu zakopać rów między Tuskiem a Kaczyńskim, zniszczyć postkomunistów albo, jak zlikwidować "Gazetę".
My po prostu jesteśmy dziennikarzami. Nie mamy, tak jak "Gazeta", "naszych projektów politycznych". Wiem, że trudno w to uwierzyć kolegom z "Wyborczej" i "Polityki".
Dlatego nie będę pr