lupus.lupus
18.08.03, 10:54
Co łączy PPR, PZPR, SDRP i SLD? Służalczosć?-pewnie. Magnes dla wszelakich
miernot?-niezaprzeczalnie.Krew na rękach?- wiadomo. Z trudem skrywany
antyintelektualny charakter?- bez wątpienia. Formacje te łączy coś jeszcze.
Bandycka geneza.
Poniżej tekst Piotra Gontarczyka z "Rzeczpospolitej"
Uwaga dla administratora- wklejam cały tekst. Teksty z "Rzeczpospolitej"
przestają być dostępne po kilku dniach.
"W latach 1944 - 1945 kierownictwo Polskiej Partii Robotniczej pozyskiwało
spore sumy pieniędzy, złota i kosztowności. Pochodziły one przede wszystkim z
konfiskat, jakich dokonywał aparat bezpieczeństwa podczas aresztowań
przestępców, folksdojczów, działaczy polskiego podziemia czy "wrogów
klasowych" lub "burżujów". Niewielka część z tych środków szła na
finansowanie działalności partyjnej, znacznie więcej trafiało do kieszeni
członków aparatu centralnego PPR.
Istnieje wiele świadectw i dokumentów, z których wynika, że w czasie wojny
kierownictwo Polskiej Partii Robotniczej utrzymywało się z działalności
rabunkowej. Grupy bojowe złożone z członków aparatu centralnego PPR, a nawet
działacze ścisłego kierownictwa komunistycznej konspiracji w dzień działali w
partii, a w nocy - by użyć terminologii z dokumentów PPR - "robili sklepy na
Pradze".
Celem innych, podobnych "akcji" były urzędy pocztowe, zakłady usługowe,
sklepiki jubilerskie w centrum Warszawy (łupione w 1943 r.) czy mieszkania
zwykłych obywateli. Zbliżoną działalność prowadziło wielu lokalnych działaczy
PPR, a także przytłaczająca większość oddziałów komunistycznej partyzantki.
Ofiarami przeprowadzanych przez nie "akcji zaopatrzeniowych" padali przede
wszystkim Polacy. Co ciekawe, po wojnie wysocy funkcjonariusze partyjni nie
uważali podobnej działalności za coś niewłaściwego. Wieloletni przywódca
PPR/PZPR, Władysław Gomułka, ps. Wiesław, napisał w
pamiętnikach: "Funkcjonariusze partyjni i pracownicy aparatu GL musieli
przecież z czegoś żyć. Skoro kierownictwo PPR i Gwardii Ludowej nie było w
stanie zapewnić im środków na utrzymanie, rozwiązanie przez nich tego
problemu na drodze Çprywatnych eksówČ trudno było potępiać".
Objęcie władzy w 1944 r. nie wpłynęło wyraźnie na poziom i morale aktywu PPR,
otworzyło za to przed jego członkami nieporównywalnie większe możliwości
działania. Wiele wojewódzkich i powiatowych komitetów PPR, mając do
dyspozycji aparat administracyjny, bezpieczeństwa i milicję, działało niemal
z takim samym rozmachem jak w czasie okupacji. Według jednego z meldunków
Urzędu Bezpieczeństwa, dotyczącego sytuacji w Płockiem: "jesienią 1945 r. na
terenie powiatu płockiego zostały utworzone trzy grupy terrorystyczno-
rabunkowe, rekrutujące się z b. członków PPR - GL z czasów okupacji, członków
PPR i funkcjonariuszy MO po wyzwoleniu. Dowódcami tych grup byli Krajewski
Jakub, Markowski Lucjan i Krypiński (Jan). Grupy te działały na polecenie
Krajewskiego Jakuba, jako sekretarza Komitetu Powiatowego PPR w Płocku, w
porozumieniu z niektórymi szefami powiatowych UBP".
W latach 1945 - 1947 grupy działaczy PPR: Jakuba Krajewskiego, braci
Siemiątkowskich i inne, złożone z lokalnych działaczy partyjnych,
funkcjonariuszy MO i UB, dokonały co najmniej kilkunastu zabójstw i wielu
napadów rabunkowych. Jednak, według ustaleń aparatu bezpieczeństwa, niektóre
elementy aktywności wspomnianych działaczy można interpretować jako działania
o charakterze na poły politycznym: "W listopadzie 1945 r. część grupy pod
dowództwem Markowskiego dokonała likwidacji kierownika ÇSpołemČ w Płońsku -
Mielcarczyka, którego przywieźli w okolice Warszawy i zastrzelili. Po tej
akcji cała grupa przyjechała do Warszawy i zatrzymała się w lokalu Komitetu
Wojewódzkiego PPR, a po trzech dniach wyjechała do Grójca, gdzie zatrzymała
się u ówczesnego sekretarza Powiatowego Komitetu PPR. Wieczorem tego dnia w
porozumieniu z szefem PUBP Grójec - Zapartym Stanisławem - i referentem
nieustalonego nazwiska zabrali z miasta czterech ludzi, rzekomo członków PSL,
których wywieźli za Grójec i zastrzelili. W kilka dni po likwidacji w Grójcu
Markowski ostrzegł Siemiątkowskiego Bolesława, aby się wystrzegał, gdyż jeden
z tych czterech zlikwidowanych w Grójcu był prezesem powiatowym PSL i
ponieważ odniósł jedynie rany, odkopał się i udał prosto do Warszawy. (...) W
końcu 1945 r. dokonali rabunku na księdza Zułkowskiego w Bielsku, któremu
zrabowali 10 tys., a następnie na księdza Kobukowskiego, któremu zrabowali 12
tys. W lutym 1946 r. dokonali napadu na księdza we wsi Zagroba, któremu
zrabowali konie, bryczkę, świnie, oraz na księdza w Proboszczowie, któremu
zrabowali konie i wóz".
Podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji poważną część kancelarii
wewnętrznej komunistycznego aparatu partyjnego z lat 1944 - 1945 zajmowały
sprawy nierozliczonych pieniędzy, fikcyjnej sprawozdawczości dotyczącej
liczby członków, nadużyć, kradzieży i morderstw popełnianych przez członków
lokalnych struktur PPR.
Analiza wielu dokumentów archiwalnych wskazuje, że aparat partyjno-państwowy
komunistów był - obok Armii Czerwonej i pospolitego bandytów - jednym z
najpoważniejszych źródeł przestępczości kryminalnej na terenie kraju. Rabunek
był normalną metodą działania Milicji Obywatelskiej i UB. Dość powiedzieć, że
nigdy nie udało się rozliczyć co najmniej kilku milionów dolarów, które -
przesyłane wcześniej z Londynu na potrzeby walczącego kraju - wpadły w ręce
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego podczas likwidacji struktur polskiego
podziemia. Przejęte środki finansowe po prostu "znikały" za sprawą członków
kierownictwa MBP. Można postawić tezę, że taki stan aparatu nowej władzy był
skutkiem wojennej demoralizacji i był daleki od intencji ówczesnych
przywódców PPR, którzy mogli nie wiedzieć o różnych aspektach przestępczej
działalności kierownictwa MBP. Wielu czołowych komunistów, jak choćby
Władysław Gomułka, do dziś jest przedstawianych jako wzór ascetycznych
rewolucjonistów. Czy zasadnie?
Prezentowane obok archiwalia przez wiele lat znajdowały się w tzw. szafach
Bolesława Bieruta i do upadku komunizmu należały do najtajniejszych
dokumentów przechowywanych w archiwach Komitetu Centralnego PZPR. Nigdy nie
były publikowane. Niemal wszystkie zostały sporządzone przez członków
ścisłego kierownictwa partii na zwykłych kartkach papieru - tylko część z
nich zawiera oficjalne nadruki lub pieczątki Urzędu Bezpieczeństwa i KC PPR.
Z dokumentów tych wynika, że w latach 1944 - 1945 komunistyczne kierownictwo
pozyskiwało (głównie z UB) spore sumy pieniędzy, złota i kosztowności, z
których co najmniej część zasilała kieszenie członków aparatu centralnego
PPR.
Mechanizm funkcjonowania "lewej kasy" KC PPR był prosty. Podczas licznych
aresztowań przestępców, osób, które podpisały niemiecką listę narodowościową
(lub tylko z niemiecka brzmiącym nazwiskiem), działaczy polskiego podziemia
czy po prostu ludzi zamożnych ("wrogów klasowych" lub "burżujów") w ręce
aparatu bezpieczeństwa wpadały duże ilości pieniędzy, złota i kosztowności.
Dobra te były gromadzone przez poszczególne wojewódzkie urzędy bezpieczeństwa
publicznego i po zinwentaryzowaniu przesyłane do KC. Czy działania te były
legalne? W czasie wojny łupy zdobyte na nieprzyjacielu (np. osobach
narodowości niemieckiej czy w urzędach niemieckich) powinny zasilić skarb
państwa. Tym bardziej po jej zakończeniu. Struktury bezpieki mogły dokonywać
konfiskat mienia i zabezpieczać dowody przestępstwa należące do
aresztowanych, jednak o ich przepadku na rzecz skarbu państwa mógł
zadecydować tylko wyrok sądowy. Proceder przesyłania do KC PPR pieniędzy,
złota i kosztowności należących do osób aresztowanych przez UB był więc
niezgodny z prawem.
Co ciekawe, obok UB podobną działalność prowadziły: milicja, znajdujące się
na ziemiach zajmowanych przez Armię Czerwoną oddziały Armii Ludowej, a także
lokalne struktury