pst_ateista
08.10.03, 17:47
Słowo „konkordat” (łac.) oznacza tyle co uzgodnienie, porozumienie. I
rzeczywiście... 28 lipca 1993 roku niepodległa III RP „uzgodniła”, że odtąd
traci znaczną część swojej suwerenności na rzecz państewka Watykan.
Prześledźmy zapisy jednego z najbardziej haniebnych traktatów w historii
Polski.
Pierwszy znaczący w historii świata konkordat został zawarty w 1801 roku
między Napoleonem Bonaparte a papieżem Piusem VII. Na jego mocy liczba
biskupów w cesarstwie została ograniczona do sześćdziesięciu, ponadto cesarz
Francuzów zastrzegł sobie wyłączne prawo do ich mianowania, a ci już
mianowani mieli obowiązek składać mu przysięgę wierności. Taki to był
konkordat; ech, łza się w oku kręci...
Od tego czasu minęło dwieście lat z okładem, społeczeństwa zmądrzały jeszcze
bardziej, ale nie wszystkie.
W poniższym opracowaniu (rocznicowym, jasna cholera) postaramy się udowodnić,
że konkordat podpisany przez ministra spraw zagranicznych Skubiszewskiego z
jednej strony i nuncjusza papieskiego Kowalczyka z drugiej – czyni z Polski
państwo lenne politycznie, ekonomicznie, religijnie i kulturowo wobec
Watykanu...
¤ ¤ ¤
Już sama preambuła owej umowy daje jasno do zrozumienia, że nie podpisują jej
równi partnerzy, bowiem jeden z nich jest bezwstydnie forowany:
„Stolica Apostolska i Rzeczpospolita Polska (...), podkreślając posłannictwo
Kościoła, rolę odegraną przez Kościół w tysiącletnich dziejach Państwa
Polskiego oraz znaczenie pontyfikatu jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła
II dla współczesnych dziejów Polski (...) postanowiły zawrzeć niniejszy
Konkordat...”.
Dalej jest już tylko gorzej. Ot, choćby lakonicznie brzmiący i na oko
niewinny art. 1:
„RP i SA potwierdzają, że Państwo i Kościół są w każdej swojej dziedzinie
niezależne i autonomiczne (...)”.
Problem polega na tym, że zapis ów w jakikolwiek sposób nie określa, co
należy rozumieć przez dziedzinę Kościoła, a co przez dziedzinę państwa. Brak
takiego precyzyjnego określenia sprawia, iż od lat obserwujemy, jak coraz to
inne dziedziny państwa zostają zawłaszczone przez Krk i stają się jego
immanentną częścią: np. edukacja, polityka zagraniczna czy choćby święta
państwowe.
W jawnej sprzeczności z ową „autonomicznością i niezależnością” stoi też art.
4, punkt 2 konkordatu:
„RP uznaje również osobowość prawną wszystkich instytucji kościelnych,
terytorialnych i personalnych, które uzyskały taką osobowość na podstawie
prawa kanonicznego (...)”.
Należy tłumaczyć to następująco: prawo polskie zostało tu z założenia (na
swoim terytorium!) podporządkowane prawu innego państwa (Watykanu), traktując
jego postanowienia – co do jakże fundamentalnego aspektu osobowości prawnej –
jako bezdyskusyjne.
Jednak prawdziwe „schody” zaczynają się dopiero przy kolejnych artykułach.
Oto na przykład w art. 8, punkcie 3 czytamy:
„Miejscom przeznaczonym przez właściwą władzę kościelną do sprawowania kultu
i grzebania zmarłych państwo gwarantuje w tym celu nienaruszalność (...)”.
Rodzi się tu natychmiast pytanie: a gdzie ma pogrzebać swojego zmarłego
rodzina ateistyczna lub innego wyznania, jeśli w danej miejscowości jest
wyłącznie cmentarz katolicki? Z jednej strony – ustawa z 1959 roku gwarantuje
w takich przypadkach pochówek na nim (na równych prawach) każdego
niekatolika, z drugiej strony – z cytowanego i innych artykułów wynika, że
władza świecka nic nie może Krk nakazać i niczego wyegzekwować, bo właśnie
zagwarantowała mu „nienaruszalność”. Oto jeden z wielu przykładów, w których
prawnicy bez trudu wykazują sprzeczność konkordatu z obowiązującym w Polsce
prawem. I nie są to jedynie czcze rozważania akademickie... Wszak
wielokrotnie opisywaliśmy, jak to proboszczowie bezczelnie odmawiają
pochowania na „swoich” cmentarzach niekatolików. Może jednak nie do
końca „bezczelnie”, bo zezwala im na to właśnie... konkordat.
Idźmy dalej. Całkiem paradoksalny z punktu widzenia polskiego prawa jest art.
10 traktujący o małżeństwach tzw. kanonicznych, zrównanych w prawie ze
związkami cywilnymi. Stanowi on między innymi:
„Od chwili zawarcia małżeństwo kanoniczne wywiera takie same skutki, jakie
pociąga za sobą zawarcie małżeństwa zgodnie z prawem polskim (...)”.
To nic innego, jak legalizacja bigamii... Skoro Krk nie uznaje ślubów
świeckich, więc taki – raz zawarty – można zbagatelizować i zawrzeć związek
kanoniczny z innym partnerem. O takiej bagatelnej sprawie, że ślub
konkordatowy zmusza małżonków do jednoznacznego określenia swojego wyznania i
światopoglądu – co leży w jawnej sprzeczności z Konstytucją RP – już nawet
nie ma sensu dłużej się rozpisywać.
W kolejnych artykułach konkordat jest zadziwiająco konsekwentny. Kiedy już
bowiem dochodzi do tzw. prawa pokropku, to na świat przychodzą dzieci, rosną
i idą do przedszkola, a później do szkoły. I tu właśnie pierwszy raz dotyka
je umowa z Watykańczykami, bowiem art. 12 stanowi:
„Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę
tolerancji, Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i
ponadpodstawowe oraz przedszkola (...) organizują zgodnie z wolą
zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych (...). W
sprawach treści nauczania i wychowania religijnego nauczyciele podlegają
przepisom i zarządzeniom kościelnym (...)”.
To fragment jednego z najbardziej kontrowersyjnych zapisów konkordatu.
Sankcjonuje on religijne indoktrynowanie dzieci i młodzieży w placówkach
oświatowych, które z założeń konstytucyjnych zapisów mają być neutralne
światopoglądowo. W tym kontekście eufemistyczny zapis „zgodnie z wolą
zainteresowanych” oznacza, że owymi zainteresowanymi są funkcjonariusze
Watykanu. Zwłaszcza w niewielkich miejscowościach presja kleru katolickiego
(i sklerykalizowanych gron pedagogicznych) jest bowiem tak duża, że rodzicom
i dzieciom nie pozostawia się praktycznie żadnego wyboru. Odmowa
uczestniczenia w religijnej indoktrynacji nazywanej katechezą jest
równoznaczna z zatrważającym ostracyzmem „niepokornych”, dokonywanym także
przez lokalną społeczność, i gorszymi ocenami z innych przedmiotów. Jednak
problem ten dotyczy także wielkich aglomeracji. Na łamach „FiM” opisywaliśmy
wiele podobnych, pożałowania godnych, przypadków rozgrywających się np. w
Warszawie, Krakowie, Łodzi...
Równie niebezpieczne jest zdanie, które mówi o tym, że w zakresie treści
nauczania i sposobie wychowania religijnego katecheta podlega wyłącznie
władzom Krk. W ten sposób niepodległy kraj oddał część swojego niezbywalnego
(jak by się mogło wydawać) prawa do kształtowania przyszłych pokoleń.
Przecież nikt w tym momencie nie może zaprzeczyć, że w ustach nauczycieli
religii takie fundamentalne pojęcia demokracji, jak wolność światopoglądu,
wyznania, wolność seksualna i wolność sumienia brzmią jak największe herezje
i grzechy śmiertelne. Innymi słowy, Polska – w myśl tego punktu lennej umowy –
przestała być państwem światopoglądowo neutralnym i świeckim. Przeciwnie!
Jasno określiła się jako państwo wyznaniowe stojące po stronie „jedynie
słusznej” doktryny religijnej.
Mówi o tym na przykład art. 13:
„Dzieciom i młodzieży katolickiej przebywającym na koloniach i obozach oraz
korzystającym z innych form zbiorowego wypoczynku zapewnia się możliwość
wykonywania praktyk religijnych, a w szczególności uczestniczenie we Mszy św.
(...)”.
Czarno na białym widzimy tu, że państwo polskie stworzyło dwie kategorie
obywateli: lepszych i gorszych. Ci lepsi („dzieci i młodzież katolicka”) mają
prawo do praktyk, a gorsi, np. świadkowie Jehowy, prawosławni, żydzi,