Gość: gorin
IP: 5.2.* / *.chello.pl
13.10.03, 17:22
"Gry biurokratyczne
Armia urzędników rośnie o 30 tys. osób rocznie, zaś wicepremier Hausner
zapowiada likwidację... 65 etatów. - To wielka bezczelność władzy - uważają
profesorowie Kieżun i Kulesza.
(INF. WŁ.) W Polsce jest obecnie prawie 530 tysięcy urzędników - wynika z
danych GUS. W ciągu ostatniego pięciolecia przybyło ich 142 tys., zatem
średnio w ciągu roku armia urzędnicza rosła o prawie 30 tys. osób. - Gdy
słyszę, że w ramach akcji oszczędzania pieniędzy ze środków publicznych
wicepremier Jerzy Hausner zapowiada likwidację w przyszłym roku... 65 etatów
w urzędach centralnych, to krew się we mnie gotuje - mówi prof. Witold Kieżun
z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w
Warszawie.
- Kiedy pierwszy raz usłyszałem o zamiarze zlikwidowania 65 etatów, byłem
przekonany, że wicepremier Hausner zapomniał dodać słowa "tysięcy". Gdy
okazało się, że nie przejęzyczył się..., do teraz nie mogę nadziwić się, jak
wielka może być bezczelność władzy i jak głębokie przekonanie, że Polakom
można wcisnąć do głowy największy absurd i oczekiwać uznania - twierdzi prof.
Michał Kulesza, znawca prawa administracyjnego z Uniwersytetu Warszawskiego,
autor reformy samorządowej z 1999 r.
Prof. Kieżun podkreśla, że przykład doprowadzenia do absurdu liczby
urzędników daje prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nasz rozmówca przypomina,
że w II Rzeczpospolitej w Kancelarii Prezydenta zatrudnionych było około 40
osób (Polska w latach 30. XX wieku liczyła niewiele mniej mieszkańców niż
obecnie, za to jej powierzchnia była o jedną czwartą większa; porównywalne są
natomiast kompetencje prezydentów II i III RP). Podczas prezydentury Lecha
Wałęsy (1990-1995) w kancelarii pracowało około stu osób. Zaś Kwaśniewski
zatrudnia ponad 600 ludzi!
556 urzędników pracowało w końcu ub.r. w Kancelarii Premiera. Znowu odwołajmy
się do porównań: w przedwojennej Kancelarii Premiera było od 40 do 70
pracowników. Dzisiaj samych tylko sekretarzy lub podsekretarzy stanu jest w
rządzie Leszka Millera 89, gdy w niemal 60-milionowej Francji jest ich 32.
Prof. Kieżun za patologię uważa również, że sektor publiczny ma do swojej
dyspozycji ponad 50 tys. samochodów. - Naszą szeroko pojętą władzę cechuje
gigantomania, megalomania i tytułomania - podsumowuje profesor.
I choć wicepremier Hausner wiele mówi o konieczności cięć, w tym w
administracji, to - jak ujawnił "Parkiet" - liczba etatów w instytucjach
państwowych w przyszłym roku ma być o około 100 tys. większa niż w 2002 r.
Tak bowiem wynika z zapisów w ustawie budżetowej. Szalony wzrost liczby
urzędników związany jest przede wszystkim z planami zatrudnienia w Urzędzie
Komitetu Integracji Europejskiej, do którego ma trafić około 60 tys. osób,
pozostali dostaną pracę w innych instytucjach.
Nie tylko jednak zwiększy się nam znacznie liczba etatów urzędniczych, ale
również wzrosną wydatki na ich utrzymanie. Rok temu pochłonęły one 12,6 mld
zł, w tym roku będzie to już 14,5 mld zł, a w przyszłym - prawie 16 mld zł.
Należy dodać kilka miliardów złotych na środki specjalne, z których wypłacane
są m.in. premie i nagrody, oraz na ubezpieczenia społeczne i Fundusz Pracy.
Prof. Michał Kulesza radzi Polakom, aby starali się nie przyjmować za dobrą
monetę wszystkich planów rządu Leszka Millera. - Ten rząd dużo mówi, mało
robi, a jeśli już podejmie jakąś decyzję, to najczęściej jest ona nietrafna -
mówi prof. Kulesza.
Za dużo czy za mało?
Polska jest krajem na wskroś zbiurokratyzowanym - tak sądzi większość z nas.
Część ekspertów uważa, że istota problemu nie leży w tym, że mamy w nadmiarze
urzędników, ale w tym, iż w gruncie rzeczy wykonują oni nikomu niepotrzebną
pracę. Zbyt wielu urzędników zajmuje się bowiem rządzeniem innymi
urzędnikami, zbędną analizą danych, produkowaniem dokumentów itp., a za mało
jest takich, którzy bezpośrednio służą ludziom, pomagają im w załatwianiu
bieżących spraw.
Fachowcy boleją również nad tym, że w Polsce działają w istocie trzy rządy:
Kancelaria Premiera, Kancelaria Prezydenta oraz Rada Ministrów, z
poszczególnymi resortami. W każdym z nich tę samą pracę wykonuje wielu ludzi.
Prof. Michał Kulesza uważa natomiast, że nikt nie jest obecnie w stanie w
pełni wiarygodnie stwierdzić, czy urzędników mamy za mało czy za dużo. - Do
tej pory nikt nie przeprowadził analizy i liczby zadań, które muszą
przeprowadzić urzędnicy. Jeśli zatem tego nie wiemy, to na jakiej podstawie
można wyciągać wniosek, że biurokracja w Polsce jest zanadto rozdmuchana albo
odwrotnie? To skandal, ale ciągle zatrudnianie w administracji odbywa się
najczęściej na zasadzie, że komuś się wydaje, że tyle a tyle osób powinno
pracować w danym urzędzie. Robi się to wyłącznie na przysłowiowe "oko" lub po
znajomości - podkreśla nasz rozmówca.
Jednocześnie mamy do czynienia z potężnym lobbingiem biurokracji, która
skutecznie blokuje wszelkie kroki podjęte w kierunku jej uszczuplenia.
Armia bez dowództwa
Profesor Michał Kulesza wskazuje również na kolejne niedomaganie: - Ciągle
zmieniają się zadania administracji i nie ma w tym nic złego, że tworzy się
nowe stanowiska, biura czy departamenty. Lecz u nas jest tak, że obok nowych,
które są konieczne, nie likwiduje się nikomu już niepotrzebnych etatów
urzędniczych. Niemal regułą jest, że jeżeli np. 12 lat temu w jakimś
ministerstwie powołano do życia jakiś departament, bo taka była wtedy
potrzeba, i zatrudniono w nim iluś urzędników, to do dzisiaj, choć ich praca
jest już nikomu niepotrzebna, oni nadal pracują, tylko Bóg raczy wiedzieć,
czym się zajmują.
Nasz rozmówca za karygodne uważa też, że mimo iż mamy ponadpółmilionową armię
urzędniczą, nie ma żadnej instytucji, która zarządzałaby taką masą ludzi,
określała jej zdania, wskazywała nieefektywne działania, propagowałaby
efektywne itp. Profesor przyznaje, że gdyby powstał tego typu urząd
(przypomnijmy, że rząd Jerzego Buzka uchwalił ustawę powołującą Główny Urząd
Administracji Publicznej, ale we wrześniu 2001 r. prezydent Kwaśniewski ją
zawetował) - to choć musiałoby w nim znaleźć się sporo kolejnych etatów,
jednak pozytywów było nieporównywalnie więcej. M.in. moglibyśmy wreszcie
dowiedzieć się, ilu urzędników powinno być w Polsce.
Kilka milionów?
Prof. Witold Kieżun nie ma wątpliwości, że powinniśmy zredukować liczbę
etatów w administracji o przynajmniej 70 tysięcy. Swoje wyliczenia
przedstawia na podstawie analiz i porównań między funkcjonowaniem świata
urzędniczego w wielu krajach. Jednocześnie zwraca uwagę, że faktyczna liczba
urzędników jest znacznie wyższa niż podaje GUS (czyli prawie 530 tys.).
Twierdzi, że dane GUS-owskie podają tylko liczbę zatrudnionych w
administracji państwowej i samorządowej, ale nie uwzględniają pracujących w
licznych agencjach, funduszach celowych, przedsiębiorstwach publicznych,
różnego rodzaju służbach, jednostkach pomocniczych itp.
Prof. Kieżun liczbę wszystkich urzędników w Polsce szacuje na... kilka
milionów. - Z pewnością mamy, w przeliczeniu na liczbę ludności, więcej
urzędników niż najbardziej zbiurokratyzowane państwa świata, takie jak
Belgia, Szwecja, Francja czy Niemcy - mówi."
Z Dziennika Polskiego