Dodaj do ulubionych

Stopem jechac...

05.08.05, 18:52
Tak juz sie jakos sklada, ze wiekszosc nntpzowych wyjazdow wakacyjnych
wczesniej czy pozniej prowadzi do podrozowania tzw. okazjami. Wydawac by sie
moglo, ze wiek i zwiazany z nim potencjalny przyrost statecznosci poloza tame
wystawaniu na szosach, stacjach benzynowych czy parkingach z kartka z nazwa
miejscowosci (wersja profesjonalna) albo z wystawiona lapa (wersja amatorska).
Zawsze jednak musi sie zdarzyc utkniecie w miejscu pt. najblizszy autobus za
trzy dni. Nie pozostaje wtedy nic innego jak probowac zatrzymac kogos i
oddawac sie pozniej probom konwersacji np. po hiszpansku, w ktorym to jezyku
opanowalem profesjonalnie zdanie 'Un cafe solo y un cafe con leche por favor'
i nic poza tym. Nie chce narzekac, wspomnienia autostopowe mam liczne i w
zdecydowanej wiekszosci pozytywne. Obawiam sie tylko, ze juz niedlugo znajde
sie w krotkiej fazie przejsciowej miedzy wiekiem, w ktorym budzi sie litosc
kierowcow jako dosc mlody=zapewne biedny student, a wiekiem, w ktorym budzi
sie litosc jako dosc stary=zapewne schorowany rencista. A wtedy juz znikad pomocy.
A jakie sa Wasze wspomnienia, doswiadczenia, porady aUtostopowe?
Pyta
Wasz
nntpz

P.S. W miedzyczasie skaczac lekturowo miedzy DKichotem a Kronika Ptaka Nakrecacza.
Obserwuj wątek
    • staua Re: Stopem jechac... 05.08.05, 21:20
      Nigdy nie jezdzilam stopem, nie liczac wozu cyganskiego w Rumunii :-)
      Zone moze wystawiaj na przynete? Z filmow znam te strategie.
      A jak Kronika? Bo mam...
      • braineater Re: Stopem jechac... 05.08.05, 21:37
        Stopem nie, ale za to na gape, wymyslając bajerę na kanara - najlepiej w języku
        którego obaj nie znamy, nałogowo. Nic nie zastąpi tego dreszcza w pociągu lub
        autobusie, gdy wiesz, że kanar jet gnojem i na pewno cie wysadzi w szczerym
        polu oraz radości kombinowania, jak się z owego pola wydostać. Ale to pewno
        zboczenie po komunikacji miejskiej w której bilety i opłaty bojkotuje od 15
        roku zycia i w której wysadzenie gdziekolwiekbądź jest i tak wysadzeniem w
        znanej okolicy:)

        Pozdrowienia:)
        • nienietoperz Kanarkowa rzeczywistosc 08.08.05, 11:58
          Zdarza sie, ze plany jazdy stopem koncza sie podrozowaniem na gape:-)
          A ulubiony kontakt z kanarem to nocna jazda pociagiem internacjonalnym z Wegier
          do Rumunii, tradycyjnie, zeby uniknac taryfy miedzynarodowej, kupujac bilety do
          granicy, i liczac na to, ze cos sie dalej zdarzy. Najpierw zdarzylo sie
          skuteczne przejechanie odcinka miedzy stacjami przygranicznymi. Celnicy biletow
          nie chcieli. Potem zdarzyla sie ministacja po stronie rumunskiej, gdzie liczac
          na to, ze pociag nie odjedzie ni stad ni zowad, wyskoczylismy probowac walczyc z
          pania bilety sprzedajaca. Na wszelki wypadek nie mielismy waluty miejscowej, a
          dolary sie kobiecie wydaly zbyt dawno wydrukowane, wiec wrocilismy na lono
          przedzialu.

          Po pewnym czasie rozpoczely sie dyskusje z pieknie (a przynajmniej mocno)
          wymalowana stateczna pania kanar, ktora rozpoczela procedure sprzedawania
          biletow od wyrazenia wielkiej satysfakcji na widok waluty amerykanskiej, i
          kontynuowala wyciagajac rownie wielki kalkulator. Siedzac naprzeciwko wysoce juz
          rozbawionych nienietoperzy, pani z wielka powaga wystukiwala przerozne
          kombinacje klawiszy, wpatrujac sie w nie ze smiertelna powaga, zagladajac co
          troche do 'cennika' w torbie. Ostatnimi 4 wcisnietymi przyciskami byly: C, 1, 0,
          0. Efekt tej operacji zostal nam przedstawiony na ekranie, w polaczeniu z
          powaznym sapnieciem wydanym przez pania. Nie moglismy sie pozbierac.

          Zakonczylo sie na operacji C, 1, 0.

          Wasz
          nntpz
      • nienietoperz Re: Stopem jechac... + Kronika 08.08.05, 12:13
        Strategia autostopowa z zona jest stosowana zawsze, o ile tylko zona jest pod reka.

        'The Wind-up Bird Chronicle' pare miesiecy temu dostala w prezencie i
        przeczytala zona, i nie specjalnie jej sie spodobala. Ja jestem w 1/4, i na
        razie czytam z przyjemnoscia. Murakami swietnie wykorzystuje do opisu pewnej
        nadrealnosci oszczedny i absolutnie nie wzniosly jezyk. Wyobrazam sobie, ze to
        przeciwienstwo Coelho, ktory to pozostaje mi bez zalu nieznany.
        Jesli chodzi o roznice wewnatrzmalzenskie w odbiorze Murakamiego, to pewnie
        jest to kwestia specyfiki glownego bohatera, ktory odbiera otaczajaca go
        rzeczywistosc w sposob doskonale bierny, obserwujac uwaznie jej przerozne
        niecodzienne aspekty, ale nie probujac ich analizowac. Nie probujac tez
        czegokolwiek w swoim zyciu aktywnie zmienic. O ile Nienietoperzowa jest sama w
        pewnym sensie osoba bardzo bliska takiej konstrukcji psychicznej, twierdzi, ze
        tego typu faceci wyprowadzaja Ja z rownowagi.

        Mam zamiar zabrac Kronike ze soba (i skonczyc) do Bukaresztu.
        Wtedy pewnie bede mial do powiedzenia cos wiecej.

        nntpz
        • braineater Re: Stopem jechac... + Kronika 08.08.05, 12:16
          A bo ja sie drogi Toperzu i równie cenna Toperzowo nadal bedę upierał, że
          Murakami to po prostu są romance dla facetów i tyle. Kopbiety mają Simone de,
          my mamy Harukiego i już:)
          Pozdrowienia:)
          • nienietoperz Re: Stopem jechac... + Kronika 08.08.05, 12:18
            Cos w tym jest - Kronike zona dostala od wielkiego fana HM, plci zdecydowanie
            meskiej.
          • blue.berry Re: Stopem jechac... + Kronika 29.08.05, 19:25
            > A bo ja sie drogi Toperzu i równie cenna Toperzowo nadal bedę upierał, że
            > Murakami to po prostu są romance dla facetów i tyle.

            ojej to chyba oznacza ze jestem jednak facetem:))
    • broch dawno temu.. 05.08.05, 22:06
      w latach 70' zjezdzilem tak cala Polske i Europe. Ludzie mili, czasem (niezbyt
      czesto) dopytywali sie jak sie zyje za kolczastymi drutami oraz czy na kazdym
      dachu ustawione sa gniazda karabinow maszynowych.
      Dzieki uprzejmosci ludzi poznalem miejsca ktorych na mapach turystycznych po
      prostu nie ma.

      Ciezko bylo tylko w Pirenejach i Alpach... oraz po zamachu bombowym w Paryzu
      (~78?): bylem wowczas opalony na czarno i z dluga broda, no i wygladalem na
      arabskiego zamachowca:))

      Pozniej troche sie pogorszylo ze wzgledu na napady na samochody biorace
      autostopowiczow (po 80').

      Do najciekawszych powrotow nalezalo pierwsze przekraczanie granicy RFN/NRD w
      nocy na piechote (mily celnik zachodnioniemiecki pokazal nam granice: laczki po
      stronie RFN i bunkry po stronie NDR:) a potem zaprosil na kolacje po swojej
      sluzbie do domu no i usilowal przekonac ze TAM jest strasznie, No i tak
      zasiedzialem sie do pozna). Oba panstwa dzielila ~2km strefa miedzypanstwowa. Od
      polowy drogi w strone NRD bylem prowadzony szperaczem (na wypadek proby skoku w
      bok, pewnie bym dostal haubiczny ostrzegawczy w plecy). Moj (maly) plecak zostal
      kompletnie wypatroszony w czasie szukania narkotykow i pornografii oraz
      niezgloszonej twardej waluty. Mialem wowczas 18 lat i bez watpienia bylem
      groznym miedzynarodowym przemytnikiem. :))


      W sumie te autostopowe wyjazdy, to byly najfajniejsze wakacje za jeden usmiech.
    • dr.krisk Cos tam pamietam.... 06.08.05, 01:41
      Owszem jezdzilem, ale jak musialem. Z zasady tak planowalem moje podroze, aby
      nie musiec tkwic godzinami na poboczu rozprazonej szony, wachajac spaliny.
      Raczej lazilem z plecakiem po absolutnych poboczach cywilizacji, gdzie raczej
      poczciwa furmanka krolowala. Jakos autostop mi nie przypadl do gustu - te
      wielogodzinne podroze w zle wentylowanej szoferce.... nie, raczej nie.
      Natomiast zabieram autostopowiczow - mialem kilka milych spotkan z
      sympatycznymi i fajnymi mlodymi ludzmi. I tu pytanie do bardziej doswiadczonych
      w tej materii: czy ktos w ogole zabiera tak czesto spotykanych na
      poboczach "mlodych ponurych"? Chodzi mi o owych mlodych ludzi, ktorzy wygladem
      oraz zachowaniem staraja sie pokazac calemu swiatu ze maja go w d..ie.
      Czesto ich mijam - nigdy nie zabieram. Nie z jakiejs bojazni specjalnej, ale
      nie podobaja mi sie.
      I tyle.
      KrisK
    • jenny_s Re: Stopem jechać... 07.08.05, 20:47
      Kilka lat temu pracowałam przez parę miesięcy w hotelu w niewielkiej, górskiej
      miejscowości w Szwajcarii. Praca sympatyczna, wiązała się jednak ze sporą
      niedogodnością: hotel ów od farmy, w której mieszkałam kątem u przemiłej
      rolniczej rodziny, był oddalony o dobrych osiem kilometrów, a dyżur zaczynałam
      o szóstej rano. Poranny spacer zajmował mi półtorej godziny, nie było mowy o
      żadnej komunikacji albowiem, a jedyny rower jaki znalazłam na farmie
      zdecydowanie nie nadawał się zaspane przejażdżki, tym bardziej krowy.
      Pocieszałam się zatem zdrowotnym aspektem sytuacji – nie ma wszak lepszego
      remedium na zaniedbane w wyścigu po indeksy dwóch kierunków mięśnie, niż
      intensywny, marszowy wysiłek na dzień dobry. Tym niemniej po kilku dniach
      zaczęłam mieć dość. I wtedy na skrzyżowaniu dróg pojawił się samochód -
      wysłużony bordowy pickup, którym starszy pan woził mleko do skupu. Zamachałam
      dość beznadziejnie, ale zatrzymał się. Jechał tam dokąd potrzebowałam, cud
      mniemany.

      Okazało się, że pan jeździ codziennie, mniej więcej o tej porze kiedy
      dochodziłam do skrzyżowania, skracało mi to drogę do pracy o jakieś pięć
      kilometrów. I zaczął mnie codziennie zabierać. Kilka razy, kiedy zdarzyło mi
      się trochę zaspać, czekał na mnie na poboczu. Oprócz „dzień dobry panienko” i
      mojego „dziękuję” nie zamieniliśmy przez te kilka miesięcy ani słowa, był
      trochę mrukiem i nigdy na mnie nie patrzył. A ja, zachwycona jego anielską
      cierpliwością dla moich spóźnień, nie ośmieliłam się go zagadywać. Aż do
      ostatniego dnia, kiedy powiedziałam mu, że wyjeżdżam. Spojrzał wtedy na mnie i
      powiedział: „szkoda, przyzwyczaiłem się do towarzystwa”.

      Ja sama nigdy nie zabieram autostopowiczów, zwyczajnie się boję. Ale może
      powinnam.

      jenn

      PS. Pozdrawiam stałych i niestałych uczestników TWA.
      • dr.krisk Ladna opowiesc...... 08.08.05, 00:18
        Z autostopowiczow zabieraj tylko sympatycznych starszych panow.
        Pozdrowienia - KrisK
        • jenny_s przydługi post nie na temat 09.08.05, 20:49
          Z telewizorem kontakt mam nader rzadko, jako że od kilku lat nie posiadam. A
          tak zwana X Muza napełnia mnie przy tych rzadkich okazjach głównie absmakiem z
          powodu utraconego czasu. Z tym większym zdziwieniem zareagowałam na fakt
          nadania przez TVP filmu, który nie dość, że oglądalny, to jeszcze
          najzwyczajniej w świecie zupełnie znienacka mnie zauroczył. A że dzieło
          traktujące o, powiedzmy, ludziach dojrzałych, to skojarzyło mi się z Kriskową
          radą no i postanowiłam się z Wami podzielić wspomnieniem, mimo że nie dotyczy
          wcale autostopu.

          Chodzi o „Bar pod młynkiem” pokazany onegdajszego wieczoru. I choć Redaktor
          Torbicka ma fantastyczny talent do odstręczania potencjalnego oglądacza swoimi
          wydumanymi zapowiedziami, postanowiłam wytrwać przed ekranem. Był to swego
          rodzaju test na to czy dojrzałam już do twórczości Andrzeja Kondratiuka,
          pamiętałam bowiem aż nadto dobrze oszołomienie sprzed lat nastu kompletną
          niezrozumiałością „Gwiezdnego pyłu” i od tego czasu, oględnie mówiąc, unikałam
          jego filmów.

          Kondratiuk nazwał ten obraz romansem z niższych sfer i to chyba wystarcza za
          opis. Ot para pijaków spędza rok na beznadziejnym usiłowaniu bycia razem i
          zarobienia na życie prowadzeniem przydrożnego baru. To drugie w dużej mierze
          bezskutecznie. Jest jednak w tym na poły dokumencie coś niebywałego, prostota
          (przechodząca, prawda, momentami w prostactwo) i szczerość. Życie bohaterów, na
          poboczu drogi krajowej, nudne z pozoru i miałkie, tak jednocześnie spokojne, że
          aż napawające zazdrością człowieka naznaczonego wieczną pogonią za uciekającymi
          sekundami.

          Reżyser spędził z panią Celiną i panem Romanem (w pozaekranowym życiu też są
          parą) dwa lata, podczas których uczyli się jak zagrać pozostając przy tym sobą
          (jest takie słowo „naturszczyk”, ale jakoś nie lubię go używać). To
          niewiarygodne jacy oni są dobrzy i jak zarazem prawdziwi w tym swoim, z
          przeproszeniem, menelstwie. Ona ma w sobie coś, czego nie umiem nazwać, jakąś
          melancholijną (sic!) radość spojrzenia. Znam tylko jedną aktorkę, która potrafi
          tak patrzeć – to Solweig Dommartin, postać z kilku filmów Wendersa.

          Film niewesoły, bohaterowie nijacy, emocji tyle co na czubku noża, a jednak coś
          w nim jest, co robi wrażenie. Ale być może tylko na mnie.

          Pozdrawiam nie obiecując już zawsze pisać na temat.

          jenn
          • dr.krisk Kondratiuk Andrzej. 10.08.05, 01:21
            Lubie te jego niby filmy. "Gwiezdny Pyl" ogladalem kilka razy, bo ja czlowiek z
            prowincji jestem. Swobodnie sie czuje w gumofilcu codziennym naszym powszednim,
            lubie pozorny bezruch takich miejsc jak te sfilmowane przez Kondratiuka.
            Gdybym byl czlowiekiem niezaleznym finansowo od pracy, to bym tylko po takich
            otchlaniach z wezelkiem tulaczym chodzil. Czas ma tam inny, realny (czyli
            krolewski) wymiar.....
            Albo takie cos - wedrowalem kiedys przez pola/lasy i nagle patrze - tory. No to
            ja po tym torze ide. Ide, ide przez dwie godziny z okladem torami przez las,
            nagle wychodze na wielka polane, a na niej tor sie urywa i na jego koncu stoi
            wagon pasazerski, taki z przedzialami do ktorych wsiada sia z peronu...
            Magiczna chwila, prosze panstwa!!!
            KrisK
            • staua Re: Kondratiuk Andrzej. 10.08.05, 03:06
              Bardzo fajna historia :-)
              Tez lubie Kondratiuka, zaczelam od Hydrozagadki, potem Wniebowzieci (kupilam na DVD i Mihai
              obejrzal w tlumaczeniu, smial sie, ale- to nie to), a z nowszych podobalo mi sie Wrzeciono Czasu...
              • broch Re: Kondratiuk Andrzej. 10.08.05, 03:23
                "Gwiezdny pyl" kupilaś w Polsce czy przez net?
                Bardzo lubiałem ten film.
                • staua Re: Kondratiuk Andrzej. 10.08.05, 16:23
                  Nie mam Gwiezdnego Pylu, Wniebowzietych kupilam na Greenpoincie (DVD razem z Dziewczynami do
                  wziecia). Wrzeciono czasu bylo na festiwalu polskich filmow w Lincoln Center. Tez chetnie bym kupila...
                  • broch Re: Kondratiuk Andrzej. 10.08.05, 16:50
                    merlin tez nie ma :(
              • griszah Re: Kondratiuk Andrzej. 29.08.05, 15:44
                Kondratiuk ma swój niepowtarzalny styl. Cały cykl znad Narwi ("Gwiezdny
                pył", "Cztery pory roku", "Mleczna droga" "Wrzeciono czasu") jest bardzo
                klimatyczny. A "Hydrozagadka", "Wniebowzięci", "Jak to się robi" są kultowe dla
                mnie i moich znajomych - ze względu m.in. na Maklakiewicza i Himilsbacha. Żal
                że już odeszli.
      • beatanu Mnie też się spodobała Twoja opowieść... 08.08.05, 01:07
        I odwzajemniam się własnymi wspomnieniami... Właśnie sobie uświadomiłam, że
        jeżdzenie autostopem kojarzy mi się przede wszystkim z: 1)piosenką Karin Stanek
        (?) słuchaną na okrągło kiedyś tam w latach sześćdziesiątych 2)zabawnymi
        sytuacjami językowymi, co nie powinno dziwić bo jeździłam trochę za friko w
        trakcie pierwszego pobytu w Szwecji, po pierwszym roku studiów. Wspomnienie
        pierwsze: czekający na autobus/okazję Niemiec, który podobnie jak trzy z lekka
        wystraszone Polki w pobliskiej (ale jednak ciut odległej) wsi mają dzisiaj
        rozpocząć kurs językowy zorganizowany przez Instytut Szwedzki dla chętnych z
        całego świata. Niemiec z radością trenuje komunikowanie się z nami w języku
        Astrid Lindgren, przy czym ja do końca nie mam pewności czy on JUż mówi po
        szwedzku czy jeszcze po niemiecku, oj trudno mu się pozbyć twardości swojego
        języka ojczystego... Obrazek numer dwa: beztrosko radosny rolnik zaprasza nas
        do swego samochodu, który to samochód schładza się (upał potworny, któreś już z
        kolei lato stulecia)dzięki pootwieranym na przestrzał oknom (wszystkim czterem)
        Huk potworny więc, a do tego niemożliwy do zrozumienia dialekt z zachodniego
        wybrzeża. A szkoda, bo facet bardzo rozmowny był. Ale najprawdopodobnie nie
        dostał zbyt dużo adekwatnych odpowiedzi na swoje pytania, bo nam głupio było po
        raz czwarty zapytać "słucham?" Obrazek trzeci i ostatni: dumny kierowca Volvo,
        o zacięciu lingwistycznym i z uchem podeptanym przez słonia. Przez całą drogę
        (pół godziny?) opowiadał o zaletach swego samochodu i zadawał pytania: "Jak się
        nazywa koń po polsku?" - Koń. "Aha, to tak jak kung (król) "Jak się nazywa
        krowa po polsku?" ...

        Dobranoc!
        Pozdrawiam nową TWA-owiczkę w imieniu własnym i śpiących już pewnie
        (przynajmniej po tej stronie oceanu) TWA-owiczów stałych (chyba nikt się nie
        obrazi?)
        B:)
        • jenny_s Re:Twoja opowieść... 09.08.05, 21:16
          Dziękuję za miłe powitanie.

          Być może zabrzmi to dziwnie, ale zdarzyło mi się kiedyś w Szwecji
          zabrać "canoestopem". To długa opowieść i nie będę Was zanudzać, muszę jednak
          powiedzieć, że moim zdaniem szwedzki jest językiem zupełnie niebywałej urody,
          obfitującym w mile uchu brzmiące twardości i miękkości. Z moich pobytów tam
          pamiętam szereg idiotycznych prób udawania Szwedki i szczególnie jedno słowo,
          które śmieszy mnie do dziś. Mianowicie na sklep po szwedzku mówi się chłop.

          A swoją drogą to ciekawe co ma wpływ na to czy mieszkańcy danego kraju chętnie
          zabierają podróżnych, czy raczej mijają ich obojętnie.

          Pozdrawiam

          j.
          • agni_me moja jenko... 10.08.05, 00:18
            o! jenko, cześć, widzę, że trafiłaś na moje ulubione forum ppp :)

            A Państwu Stałemu rekomenduję - jenn jest fascynującym człowiekiem, piękną
            kobietą, a w dodatku bardzo jej tu brakowało i tego co ma do powiedzenia na
            tematów wiele. :-)
            • broch im więcej 10.08.05, 02:25
              ciekawych ludzi tym lepiej. Po takiej rekomendacji agni_me, mam nadzieję że
              będziesz (jenny_s) zaglądać tutaj często.
    • blue.berry Stopem jechac... w wykonaniu moim 29.08.05, 20:07
      wielkich doświadczeń z autostopem nie mam. ale mam jedno za to takie które jawi
      mi się jako wyjątkowe.
      ale po kolei ( co jest akurat tutaj bardzo adekwatnym zwrotem jak się później
      okaże).
      pierwsze doznania autostopowe to przełom podstawówki i liceum kiedy to będąc na
      obozie woziliśmy się między wioskami na różnej proweniencji furmankach i
      przyczepach. właściwie z tego głównie pamiętam przyczepę jedną, na której
      zdecydowanie chwilę przed nami autostopowały się jakoweś świnie, co odbiło się
      na dość charakterystycznym i absolutnie niezmywalnym (ani spieralnym) zapachem,
      który towarzyszył nam jeszcze przez parę dni.
      później było tylko parę występów (a właściwie bardziej występków) jak na
      przykład podróż Sztokholm –Wrocław która wyglądać powinna tak „autobus – prom –
      pociąg” a wyglądała tak „tir – prom – tir”. tu głównie pamiętam, że nie
      wiedzieć czemu najważniejszym elementem mojej garderoby był wielki słomiany
      kapelusz w kolorze złota przyozdobiony aksamitną czarną różą. pasował do
      autostopu niewątpliwie.
      najdłuższa wyprawa moja to podróż na początku studiów. byłam ja i moja
      koleżanka i wakacje i absolutny brak pomysłu co by tu zrobić (no bo czasem
      wcale nie jest tak łatwo zapełnić 3 miesiące czasu). myślałyśmy, myślały i tak
      oto wymyśliły my, aby za pomocą autostopu udać się (tu palec zawisł nad mapą)
      do Harlemu (znaczy taka miejscowość koło Amsterdamu). czemu tam? a bo nazwa
      ładna. żeby nie było za łatwo drogę „tam” wybrałyśmy via Wiedeń (no bo przecież
      warto zobaczyć).
      powiem Wam jedno, trasa Wiedeń – gdzieś w Holandii, przebiegła nam w tempie na
      tyle ekspresowym, że czasem nie miałyśmy nawet chwili na to żeby się odświeżyć
      (a co dwie damy w końcu) czy coś zjeść. przygód złych nie było żadnych (wiem,
      wiem miało się to szczęście). do dziś najmilej wspominam włoskiego kierowcę
      tira, który w podróż zabrał swojego małego synka i oczywiście mówił tylko po
      włosku. my oczywiście nie mówiłyśmy po włosku ale to kompletnie nie
      przeszkodziło nam w parogodzinnej miłej konwersacji. oprócz tegoż kierowcy
      równie miło wspominam pana który zawrócił i zawiózł nas w przeciwnym kierunku
      jakieś z 80 km oraz młodzieńca który zatrzymał swoje czerwone wyścigowe autko
      (marki już dziś nie pomnę) aby do mikroskopijnego bagażnika zapakować nasze dwa
      monstrualnie wielkie plecaki i pomknąć z nami z szybkością 250 km per godzina.
      później autostop objawiał mi się jedynie w pasji mojego przyjaciela, na którym
      widocznie kilometry spędzone na podróżach odbiły tak mocne piętno, że potrafił
      porzucić samochód w Brugii (Belgia) aby autostopem udać się na przejażdżkę do
      Amsterdamu. „bo tak jest fajniej”. i owszem było. szczególnie kiedy staliśmy w
      holenderskim punkcie „nic”, lał deszcz, a ostatni samochód zdechł jakieś milion
      lat temu.
      tak że wiele przygód z ta formą podróży nie miałam. ale miałam za to jedną,
      która swoje nadrabia.
      otóż w czasach licealnych razem z moją przyjaciółką często „robiłyśmy” trasę
      wrocław – katowice. przyczyny było zazwyczaj imprezowo-towarzyskie a „robienie
      trasy” odbywało się po bożemu czyli pociągiem. i tak raz właśnie byłyśmy przed
      taką podróżą, z tym, że tym razem musiałyśmy stawić się w katowicach o
      określonej godzinie bowiem sprawa dotyczyła wizyty u okulisty gdzie moja
      przyjaciółka za wszelką cenę chciała nabyć cud współczesnej techniki i
      medycyny – szkła kontaktowe (to naprawdę było ście lat temu).
      i takoż w ostatniej chwili lądujemy na dworcu, i co się okazuje – że nasz
      (Nasz) pociąg który powinien dowieźć nas na upragnioną godzinę, już wolnych
      biletów ani miejscówek nie posiada (za nic w świecie nie pamiętam czemu akurat
      tak się stało, że tak totalnie był zajęty i tak totalnie ekskluzywny, znaczy
      miejscówki i te takie). no to my w ryk że my musimy pojechać i że żaden
      późniejszy pociąg nas nie zbawia. podpowiedziano nam żeby pójść pogadać z
      kierownikiem pociągu. a właściwie z wieloma bo tam chyba każdy wagon miał
      swojego kierownika wagonu. no to dawaj. a tu każdy nadęty i zawzięty. nie i
      nie. biletów nie ma, miejscówek nie ma – nie ma jechania. no to my, że będziemy
      grzeczne, że sobie przycupniemy, że… NIE!
      i tak chodziłyśmy od wagonu do wagonu aż wagony się skończyły. lokomotywą się
      skończyły. popatrzyłyśmy na siebie wiedząc że determinacja w nas wielka i że
      musimy pojechać i dawaj na maszynistę. z wielkim rykiem i łzami, że my musimy a
      nikt nas nie chce i w ogóle. tak się chłopina przejął (pewnie głównie widokiem
      czterech oczu wydłubanych spanielowi) że… nas zabrał. znaczy do lokomotywy
      zabrał. i powiem Wam – zabawa była przednia. kryć się trzeba było w tylnim
      składziku przy każdej stacji co by nikt nie widział nadliczbowych pasażerów a
      właściwie kolejstopów. ale jak my rwali przez te polskie prerie, to dziewczęta
      mogły wyłazić z ukrycia i siedzieć sobie na przodku. ba nawet zwalniać i
      przyspieszać. podróż minęła jak z bicza strzelił. widoki „od frontu szyn”
      okazały się o wiele ciekawsze no a zawód maszynisty wielce kuszący.
      zdarzyło się to raz i nigdy nie zostało powtórzone. i bardzo dobrze. bo jest
      wyjątkowe, dobrze zapamiętane i mogłam to opowiedzieć. taki to był mój
      niecodzienny autostop.
      dziękuję za uwagę.
      • dr.krisk Niesamowite.... 30.08.05, 01:04
        Juz widze oczami wyobrazni owa smolista lokomotywe pedzaca przez zasniezone
        czarno-biale pola, a w niej sumiastowasego maszyniste oraz dwie panienki w
        szkolnych granatowych plaszczykach....
        Piekna opowiesc - nawet jezeli lokomotywa byla spalinowa a panienki mialy dredy
        i kolczyki w nosie.
        KrisK
        • blue.berry Re: Niesamowite.... 30.08.05, 13:08
          coz, nie bede rozwiewac tak cudnego wyobrazenia, niczym z jakiejs rosyjskiej
          powiesci:)

          jedynie uchylajac rąbka rzeczywistości powiem że dredy i kolczyki w nosie były
          o wiele póżniej.
          • nienietoperz Szynostop 31.08.05, 17:06
            Obraz w istocie słodki... Słyszałem o uboższej wersji miejskiej:
            znajomym łódzkim dziewczętom za czasów studenckich, zimy pewnej mroźnej,
            przyszło wracać w nocy z imprezy na końcu miasta do domu. Ulice puste, śnieg
            sypiący w oczy - ogólnie dramat. W pewnym momencie do dramatu w białej scenerii
            dołączył tajemniczy tramwaj. Znajome zamachały wdzięcznie rączkami czterema,
            tramwaj zwolnił, zatrzymał się, i zokna wychylił się tramwajarz z sumiastym
            wąsem (wąs sumiasty to już licentia poetica, ale tak jakoś pasuje, a poza tym
            czyni post Przydługim). Na gorący dziewczęcy apel o podwiezienie na ulicę K...
            tramwajarz zasępił się i po chwili zadał kluczowe w tej sytuacji pytanie:
            `A tory tam som?'

            Tory były, i wszystko skończyło się pomyślnie.
    • griszah Re: Stopem jechac... 30.08.05, 11:17
      nienietoperz napisał:
      > Tak juz sie jakos sklada, ze wiekszosc nntpzowych wyjazdow wakacyjnych
      > wczesniej czy pozniej prowadzi do podrozowania tzw. okazjami.

      Właściwie autostop to nie to samo co okazja. Autostopem podróżuje się z
      założenia za darmoszkę. Okazja jest popularna przy wyjazdach z większych miast
      i celują w tym osoby zamieszkujące miejscowości pobliskie i np. wracające z
      pracy. Zwyczajowo wtedy odpala się kierowcy złocisza lub na piwo (zresztą
      zatrzymują się oni z reguły w nadziei na takie korzyści). Prawdziwy
      autostopowicz okazjom mówi „NIE”!! Najwięcej podróżowałem stopem w czasach
      licealnych i studenckich. Dużym ułatwieniem był mundur harcerski (procentował
      obraz harcerza przeprowadzającego przez jezdnię staruszkę). Moim rekordem in
      minus było 5 godzin czekania w Poroninie – już wtedy nie byłem harcerzem ale
      kumpel był w pełnym harcerskim rynsztunku i nie pomagało.

      >z kartka z nazwa miejscowosci (wersja profesjonalna) albo z wystawiona lapa
      (wersja amatorska).

      Jak ja jeździłem to kartka z miejscowością była ekstrawagancją – najczęściej
      jednak machało się łapą. Zresztą w Anglii machanie łapą przyjęto dosyć dziwnie,
      bo ten gest odczytywano jako wezwanie pomocy do jakiegoś wypadku. Tam dopiero
      dowiedziałem się o stylu europejskim polegającym na wystawianiu kciuka.
      Pozdrawiam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka