tlenek_wegla
13.01.09, 11:20
Natrafiłem na ciekawy post w sąsiednim wątku:
"Ludzie smieja się z nauk przedslubnych, szkół dla rodziców, poradni
rodzinnych ,a potem się dziwią, że sami mają takie problemy.
Znam wiele małżenstw,ktore w ten sposób się rozwiodły.
I do końca śmiały się z tych wszytskich nauk, szkół, kursów i za nic
nie dały sobie pomóc..."
Czyli wg piszącej to brak zrozumienia /nieuczęszczania/ nauk przedmałżeńskich
był odpowiedzialny za niepowodzenie i rozpad małżeństwa? Dziwna teoria. Moim
zdaniem było odwrotnie.
Dobry katolik nie może poznać partnera/partnerki dobrze przed ślubem.
Mieszkanie razem i uprawianie seksu - zakazane. Później takie sierotki udają
się na kilkotygodniowy kurs przedmałżeński i uważają, że są gotowi...
I dopiero wtedy zaczynają się schody. Odkrywają, że jedno lubi zostawiać
skarpetki na fotelu, a drugie doprowadza to do szewskiej pasji. jedno nie wie
za bardzo co robić w łóżku i leży zawstydzone, a drugie zaczyna uważać ją/jego
za osobę oziębła... Etc, etc...
Takie rzeczy wychodzą w praniu. Podczas wspólnego mieszkania. Właśnie to
powinno być obowiązkowe przed ślubem minimum pół roku wspólnego mieszkania i
wspólnego gospodarowania. A nie jakieś śmieszne nauki prowadzone przez
stukniętych katechetów, lub księży teoretyków.
Procent rozwodów zmniejszyłby się.