protozoa
18.01.08, 12:53
Ludzie w rózny sposób znoszą żałobę. Jedni ubierają się na czarno,
pogrążają w rozpaczy, inni ( i tu mam bliski przykład mojego męża)
nie noszą żałobnych ubrań, starają się żyć normalnie, pamiętając o
Zmarłych, wspominając dobre przezyte z nimi chwile, odwiedzając grób
itd.
Ludzie w rózny sposób raguja na wiadomość o śmierci majbliższych
lub/i ich nieuleczalnej chorobie. I... niestety wielu z nich obarcza
winą lekarza, który jest posłańcem złych wiadomości.
Jak to się dzieje? Różnie, mało przyjemnie, często z krzykami,
awanturami, straszeniem ( ja wam pokażę, uruchomioe swoje znajomości
itd). Bywa, w skrajnych przypadkach, rzucanie sie z pięściami na
lekarza, czasem na ziemię, ataki rozpaczy itd.
Staramy się zrozumieć ludzi, nie rozmawiamy o trudnych sprawach na
korytarzu, proponujemy szklanke wody, tabletke na uspokojenie,
proponujemy, aby zaczekał w szpitalu na przyjazd kogos z krewnych.
Piszemy na kartce numer pokoju, gdzie załatwiane są formalności i...
na tym nasza rola sie kończy. Wracamy do chorych, do domu, wieczorem
idziemy do teatru. Nie rozpamiętujemy, bo sami byśmy zwariowali. To
zdarza się czasem bardzo młodym lekarzom.
Pamietam sytuację z 1993 roku. Byłam świezo po stażu podyplomowym,
zaczynałam pracę na chirurgii od trzymania haków. Późnym wieczorem
karetka pogotowia przywizła 74 letniego pana L. Stan ogólny bardzo
ciężki. Szefem dyzuru jest dr P. Chirurg z kilkunastoletnim stażem.
Podejrzewa zator krezki i dzwoni po szefa. Badania potwierdzaja
przypuszczenie starszego kolegi. Szef zjawia się po kwadransie. Nie
ma watpliwości - zator. Operowac zy nie? Przychodzi bardzo
doświadczony anestezjolog, odradza. Pacjent ma ponadto chorobe
wieńcową i nieco podwyższone parametry nerkowe. Szef się zastanawia.
Pacjent został przywieziony dośc późno. Kilkanaście godzin od
wystąpienia pierwszych objawów ( rodzina była przekonana, że
gwałtowne bóle brzucha sa następstwem błędu dietetycznego). Kolega
postanawia podjąć sie operacji. Wszyscy jesteśmy świadomi, że
zaniechanie to 100% śmierć, a operacja daje mu 2 może 5% szansy.
Po raz pierwszy w życiu widzę takiego chorego. Prosimy do pokoju
żonę, syna i córkę. Mówimy, że stan jest ciężki a rokowanie złe. Ale
dajemy bardzo niewielka szansę. Zapada decyzja - operować.
Anestezjolog jeszcze ma wątpliwości, szef, kolega i drugi bardzo
doświadczony chirurg z Izby ida na blok. Ja ściagam jeszcze jednego
kolegę, który robił juz kiedys z sukcesem takie operacje. Ma się
domyć gdy dojedzie. Jest noc. Szef i kolega są w szpitalu
ponadplanowo. Nie dostaną za to nawet 10 groszy. Rozmawiam jeszcze
z rodziną i idę na blok. Rodzina robi wrażenie normalnej, po cichu
chyba sie modli. Myję sie do operacji, ale wiem, ze na tym etapie
mojej wiedzy nie pozwola mi nawet trzymac hakow. Za ciężki stan.
Koledzy walczą o pacjenta, niestety. Walka przegrana. Było to do
przewidzenia. Pan L podzielił los 95-98% innych ludzi z ta chorobą.
Szef, dr P, dr W ledwo sie trzymaja na nogach. Nie wychodzimy do
rodziny. Szef zapala papierosa, my pijemy kolejną kawę. Po 20
minutach juz nieco podobni do ludzi wychodzimy z bloku. Mamy
spuszczone głowy i świadomość przegranej. Przegranej z chorobą!
Rodzina łapie nas za rekawy. Prosimy do pokoju, tłumaczymy. Ja
proponuje cos do picia, biegnę do punktu pielęgniarek po dyżunre
Relanium. Doświadczona siostra patrzy na mnie ze
współczuciem. "Jeszcze pani tego pozałuje, pani doktor" - mówi.
Wracam do pokoju. Córka i syn wymyslaja szefowi, grożą, obu kolegom,
mnie też się dostaje.
Epitety :"mordercy" , "zabójcy", "konowały", "łachudry" + najgorsze
życzenia pod adresem naszym i naszych rodzin, słychac na całym
korytarzu. Za oknem brzask. Szef i kolega ( ten nie dyżurny) jadą do
domu. Chca sie umyc i ogolić. Ja dzwonię do męża. Ten ( ma o 5 lat
więcej doświadczenia zawodowego niż ja) przewiduje kłopoty.
Wyjątkowo dokładnie wypełniamy Historię Choroby i dokumentację.
To mój (?) pierwszy zgon na stole. Opowiadam o tym rodzicom ( sa
lekarzami), dziadkom ( sa lekarzami)...
Mija jakiś czas. Dostajemy powiastkę do sądu ( szef, koledzy i ja),
w którym oskarża się nas o spowodowanie śmierci chorego.
Na pierwszej rozprawie sąd udowadnia krok po kroku absurdalność
oskarżenia. Wychodzimy czyści, ale zestresowani. Przez pół roku żona
kolegi ( w ciąży zresztą, ale o tym nikt nie musiał wiedzieć)
dostaje telefony z pogróżkami.Szef miał wiele podobnych w treści
karteczek za wycieraczką samochodu). Dlaczego o tym piszę, ano
dlatego, że jest to forum o śmierci, żałobie, ciężkich
nieuleczalnych chorobach. Są takie. Trzeba się z nimi pogodzic i
podejść do nich....godnie.Czasem z pokorą.
Jak widzicie zapamiętałam ten dzień ze szczególami. Pamietam pogode
za oknem, nazwisko chorego, jego wiek, a nawet wygląd.
Od tego czasu upłynęło wiele lat. Szef odszedł na emeryturę, jeden z
kolegów przejął po nim klinikę, anestezjolog i drugi z kolegów są
daleko od Polski, mnie przybyło siwych włosów, zrobiłam
specjalizację I i II stopnia z chirurgii. I jestem ostrożniejsza w
kontakcie z pacjentami. W tzw. "międzyczasie" zostałam wpisana na
listę biegłych sądowych, często bywam w sądzie. Nie zawsze i nie
wszędzie koledzy sa bez winy, jednak znaczna część oskarżeń nie ma
jakiejkolwiek merytorycznej podstawy.
Przeczytajcie ten tekst i przemyście go. Może nasuna Wam się
reflesje.
Chirurg, kobieta, od 17 lat przy stole, dziś po 1 operacji usunięcia
pęcherzyka żółciowego, czekająca ( z braku anestezjologów) na
kolejny zabieg.