Dodaj do ulubionych

room czy flat?

05.12.06, 14:49
Powiedzcie mi, gdzie według was lepiej mieszkać?
W styczniu mój facet zaczyna pracę w Reading, a obecnie jesteśmy jeszcze w
Polsce, wynajmujemy małe mieszkanko (12mkw pokój, 7mkw kuchnia). Wcześniej mój
chłopak dzielił dwupokojowe mieszkanie z różnymi, zmieniającymi się co jakiś
czas ludźmi i z żadnym z nich nie udało się nawiązać kontaktu - każdy miał
swoje życie i już.

Teraz sobie optymistycznie zakładamy że w Anglii to będzie inaczej, bo
przecież tam ludzie częściej się przemieszczają więc pewnie są bardziej
otwarci (oczywiście nie wiem na pewno - tylko polskie czasopisma tworzą taki
obraz Polaka nieskłonnego do zmian i niemobilnego). No i w Anglii w
mieszkaniach są saloniki, które umożliwiają spotykanie się na "neutralnym"
gruncie. Nikogo tam nie znamy więc kombinujemy że fajnie byłoby mieszkać pod
jednym dachem z większą ilością osób. No ale czy ta nasza wizja nie jest zbyt
optymistyczna ;-) Może jednak lepiej byłoby nam we flacie?

Jak myślicie - tak generalnie, bo rozumiem, że możemy akurat trafić inaczej -
czy fajnie się mieszka z innymi? Czy też mamy przestać się łudzić, wynająć
samodzielne mieszkanie a znajomych szukać gdzieś indziej?
Obserwuj wątek
    • annamaria0 Re: room czy flat? 05.12.06, 14:58
      To zalezy od Waszego wieku - ja juz jestem za stara na dzielenie domu z kims spoza najblizszej rodziny.
      Kiedy bylam mlodsza, za czasow studenckich, nie doskwieralo mi to tak bardzo, ale teraz byloby nie do
      wytrzymania, zwlaszcza, ze nie znosze nieporzadku, brudnych naczyn w zlewie, podkradania jedzenia z
      lodowki, egzekwowania dyzurow w sprzataniu itd - a takie sa realia mieszkania po 5,8 czy 10 osob pod
      jednym dachem. Na pewno tez jest to duzo trudniejsze z dzieckiem.
      • mysia-mysia Re: room czy flat? 05.12.06, 15:05
        > To zalezy od Waszego wieku - ja juz jestem za stara na dzielenie domu z kims sp
        > oza najblizszej rodziny.

        Oj, a my byśmy jeszcze poszaleli w stadzie (tak jak w akademiku) - zwłaszcza że
        to taki ostatni podryg ma być przed założeniem rodziny. Tylko że w poprzednim
        mieszkaniu mojego chłopaka życie stadne nie było możliwe - wszyscy schodzili
        sobie z drogi. Ale z drugiej strony trudno się dziwić, bo tam w kuchni dwie
        osoby to już był tłok.
    • mysia-mysia Zapomniałam dodać 05.12.06, 15:00
      że obecny pokój jest w naszym wyobrażeniu strasznie mały i chcielibyśmy mieć
      większy, natomiast własna kuchnia nie jest nam tak potrzebna do szczęścia.
      Finansowo lepiej nas wyniesie wynajęcie dużego pokoju niż własnego mieszkania z
      małym pokojem. A "kawalerki" z dużymi pokojami to tam chyba w ogóle nie występują.
      • annamaria0 Re: Zapomniałam dodać 05.12.06, 15:04
        Odpowiednikiem polskiej kawalerki jest tzw. studio flat - a wiec mieszkanie z reguly z jednym duzym
        pokojem, bez podzialu na salon i sypialnie.
      • anya.po.prostu z własnego doświadczenia 06.12.06, 21:19
        jeśli chcecie więcej przestrzeni i odpowiada Wam życie studenckie
        to dzielenie dużego domu z kilkoma osobami może być idealnym rozwiązaniem
        Wynajęcie samodzielnego mieszkania to spory koszt,
        a już znalezienie dużego one bedroom flatu w rozsądnej cenie to wyczyn
        nie lada, szczególnie w Londynie.

        Ja mieszkałam przez jakiś czas w dużym four bedroom house
        i dzieliłam go z trzema innymi osobami. Pierwsze dwa lata były super,
        bo moi współlokatorzy byli strasznie fajni, przyjaźniliśmy się,
        gotowaliśmy sobie wspólne posiłki itp i były to te same osoby przez cały czas. To, że na początku mojej emigracji mogłam wracać do fajnego,
        przyjaznego domu znaczyło bardzo wiele.

        Potem niestety drogi zaczęły się rozchodzić, jedna osoba wróciła
        do swojego kraju, druga wyszła za mąż i zamieszkała z mężem,
        trzecia przeniosła się do innego miasta.
        Przez dom zaczęli się więc przewalać nowi lokatorzy-
        bardzo różni ludzie. I mimo iż nasz landlord dawał nam swobodę w doborze ludzi, z którymi chcemy mieszkać to jednocześnie jak jakiś pokój stał pusty to musieliśmy za niego płacić. Więc wybrzydzać za bardzo nie mogliśmy.
        Więc zaczęło się, niepopłacone rachunki,
        znikające jedzenie z lodówek, obcy ludzie zostający na noc,
        syf w domu i ignorowanie cleaning rota.
        Potem jeden z panów ściągnął swoją żonkę i zdecydowali,
        że living room z widokiem na ogród jest głównie do ich użytku
        i zaczęli się tam zamykać i okupować go całymi wieczorami.
        Rzeczy, które do tej pory były do wspólnego użytku jak żelazko, toster itp zaczęły nagle znikać. Landlord nie chciał się wtrącać, żeby pewne rzeczy załatwić więc się stamtąd wyprowadziłam.

        Ja już teraz napewno nie zniosłabym mieszkania z innym.
        Ale wiadomo, z wiekiem i z różnymi doświadczeniami zmienia się perspektywa.

        Faktem jest, że takie mieszkanie napewno będzie tańsze.
        Może być okazją do poznania fajnych ludzi, nawiązania ciekawych znajomości.
        Ale może się też zdarzyć, że wylądujecie pod jednym dachem z nieciekawymi,
        lub co gorsza nieuczciwymi ludźmi. I konsekwencje mogą być nie tylko w postaci znikającego mleka z lodówki ale również nieopłaconych rachunków,
        które spadną Wam na głowę.

        Jeśli zdecydujecie się na dzielenie domu z inymi ludźmi,
        to bardzo odradzam tzw joint tenancy. Polega to na tym,
        że np cztery osoby podpisują kontrakt z landlordem na łączną kwotę czynszu za dom. Potem się wyszczególnia ile kto płaci, ale najistotniejsze jest, że wszyscy są wspólnie odpowiedzialni za całą kwotę.
        Jeśli jedna z osób nie zapłaci swojej części to wtedy pozostali lokatorzy
        mają obowiązek to spłacić. Dla landlorda jest to bardzo korzystne,
        ale jeśli zamieszkacie z zupełnie obcymi ludźmi to radzę być bardzo ostrożnym.
        To samo tyczy się rachunków za prąd, gaz, telefon itp.
        Nie bierzcie wszystkiego na swoje nazwiska,
        bo w razie czego to Was będą ścigać.
        Zaproponujcie, że każdy z lokatorów ma na swoje nazwisko jakieś utilities.
        Na książeczce do council tax warto umieścić nazwiska wszystkich.
        Jak będziecie się wprowadzać to spiszcie stan liczników,
        upewnijcie się, że nie ma żadnego zadłużenia.
        Zwróćcie uwagę czy rachunki za prąd i gaz są "estimated" czy "actual".

        Ja miałam dwa bardzo nieprzyjemne finansowe doświadczenia w związku z dzieleniem domu a właściwie przez to, że poprzedni lokatorzy byli delikatnie mówiąc bardzo beztroscy i rachunkami się zupełnie nie przejmowali.
        A ja zaraz po przyjeździe tutaj nie miałam o wielu rzeczach pojęcia a fora polonijne jeszcze wtedy nie istniały ;)

        Po pierwsze to właśnie "estimated" na rachunku za prąd.
        Wtedy nawet nie zwróciłam na to uwagi. Widać przez kilka lat nikt się nie przejmował, że nie były podawane stany licznika
        i płacą po 30 funtów za kwartał za duży dom.
        Dopiero gdy przepisywałam prąd na siebie to okazało się
        że faktyczne zadłużenie to jakieś osiemset funtów!
        Dostawca prądu zaczął ścigać mnie za ten dług i wiele nerwów mnie kosztowało,
        żeby wszystko odkręcić.

        Druga sprawa to gdy się wprowadzałam do tamtego domu
        to nikt mi nie powiedział, że poprzedni lokatorzy nie opłacali council tax przez jakieś trzy lata. Sprawa niemal trafiła do sądu,
        ale jakimś cudem jedna z tych osób wynegocjowała,
        że sprawa została załatwiona polubownie i zaległości mieli spłacić w ciągu następnego roku. Tamci ludzie zniknęli a jedna osoba która została szybciutko dodała nazwiska nowych lokatorów do councilu i przez następny rok spłacaliśmy cudzy dług nic o tym nie wiedząc.

        Nie chcę Cię straszyć, ale zalecam dużą ostrożność.
        Dopiero po kosztownej nauczce wiem, że dzielenie domu z obcymi ludźmi to nie tylko znoszenie ich nawyków ale też duża finansowa współodpowiedzialność.
        • mysia-mysia Re: z własnego doświadczenia 07.12.06, 12:09
          Dzięki za szczegółowe rozwinięcie tematu - czyli tak jak przypuszczałam - zależy
          na kogo się trafi. Ale żeby było aż tak źle że nagle z lodówki zaczyna ginąć
          jedzenie to nie przyszłoby mi do głowy - nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło,
          nawet w akademiku, gdzie była jedna lodówka na piętrze. Tak samo nie wpadłabym
          na to że ktoś może zamykać się we wspólnym przecież living roomie. Zgroza.
          Nie wiadomo jeszcze na co się zdecydujemy, zwłaszcza że może się okazać że nie
          znajdziemy odpowiedniego pokoju (zauważyłam w ogłoszeniach że pary nie są mile
          widziane) a wtedy problem sam się rozwiąże i trzeba będzie wziąć mieszkanie.
          Dzięki też że zwróciłaś uwagę na kwestie finansowe - u nas inaczej to wygląda i
          będziemy musieli przyjrzeć się dokładniej tym kwestiom przed wyjazdem
          Pozdrawiam :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka