CLiF kulą u nogi setek firm

IP: 2.3.STABLE* / 126.17.25.* 06.09.02, 16:28
To są wolne żarty! Jak zwykle traci na tym klient, który męczył
się z głupią kratką w samochodzie przez 4 lata, spłacał wszystko
jak należy a teraz nagle musi zapłacić raz jeszcze! I jak zwykle
nasze kochane władze "tną jarząba" bo i tak zapłaci klient. A
jak nie zapłaci - to mu się zabierze samochód i nic się nie
odda. I jak tu się nie wkurwić?
    • Gość: artur Re: CLiF kulą u nogi setek firm IP: *.dttus.com 06.09.02, 18:04
      Przykro to stwierdzic, ale uwazam, ze to klienci ponosza pelna
      wine. Jezeli ktos bieze sprzet w leasing operacyjny to de facto
      go dzierzawi, a nie kupuje. Nawet jezeli ktos placil rzetelnie
      to pokrywal wylacznie koszty dzierzawy. Wiadoma jest rzecza ze
      wiekszosc umow byla podpisywana na zasadzie leasingu
      operacyjnego ze wzgledu na korzysci podatkowe, ale to wydaje mi
      sie byc wylaczna domena klienta CLiF-u.
      • Gość: j709 Re: CLiF kulą u nogi setek firm IP: *.supermedia.pl / *.cza.warszawa.supermedia.pl 11.09.02, 23:45
        Szanowny panie Arturze,
        żongluje Pan pojęciami, których chyba Pan nie rozumie. Bo na czym wedle Pana ma
        polegać leasing operacyjny i czym się różni od finansowego a ten wreszcie od
        leasingu ??? Skoro jest leasing operacyjny i finansowy, to przed nimi musi
        istnieć leasing, dzielony na operacyjny i finansowy. A co to takiego ten
        leasing ? Gdzie pan umieszcza najem a gdzie dzierżawę i jak się one mają do
        leasingu, w ogóle a do operacyjnego w szczególności.
        Rzecz w tym, jak mają być traktowane nowe umowy: nie-najmu i nie-dzierżawy a
        tylko podobne do nich ze względu na główne świadczenie, różne od najmu i
        dzierżawy przez to, że zamiast rekompensaty utraty wartości rzeczy w czasie
        używania rekompensują całość nakładów na nabycie rzeczy (pełną wartość). Jeśłi
        fiskus pozwala wydatki z tytułu realizacji takich umów uznawać w całości za
        koszty - to w czym widzi pan winę klientów CLIF, którzy te wydatki uznawali za
        koszty ???
        Jeszcze krok, a uzna pan za winnych tych, którzy się pożenili, bo przez wspólne
        rozliczanie z żonami uzyskali zmniejszenie obciążeń podatkowych. Czy oni są
        winni utraty wpływów z podatków - czy twórcy przepisów na to pozwalających.
        Więc ostrożniej z sądami, zwłaszcza tak ostrymi.
        Pozdrawiam
    • Gość: KRÓLIK Re: CLiF kulą u nogi setek firm IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl 06.09.02, 19:51
      dobrze ujęte"człowiek męczył się z kratką"nie chciaŁEŚ PŁACIĆ vat
      to masz za swoje.ciekawe jakim autem się męczyłeś ,może
      terenówką??? ot i przykrość
      KRÓLIK
      • Gość: damian Re: CLiF kulą u nogi setek firm IP: 150.210.147.* 06.09.02, 21:05
        nieznajomosc prawa szkodzi... trzeba czytac co sie podpisuje,
        zeby sie pozniej nie zdziwic. poza tym argument, ze audytowana
        firma gieldowa nie powinna upasc to kpina. vide: enron,
        worldcom, adelphia, kmart... duuuuzzoo wieksze niz jakas tam
        firemka leasingowa i notowane na NYSE...
    • Gość: xxx www.stowarzyszenie.org - strona www o CLIFie IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 07.09.02, 13:37
      • Gość: j709 Re: www.stowarzyszenie.org - strona www o CLIFie IP: *.supermedia.pl / *.cza.warszawa.supermedia.pl 11.09.02, 17:22
        Galilea w CLIF
        Jak syndyk rozmnaża majątek…
        Czy zrobiłbym interes, gdyby moja firma wzięła 100 milionów kredytu,
        zobowiązując się po roku zwrócić bankowi 110 milionów, kupiła 3 tysiące
        samochodów, za których używanie jej klienci mieliby zapłacić przez ten rok 120
        milionów ? Na pewno.
        Czy zrobiłbym lepszy interes, gdybym powiedział klientom, że po roku mogą
        zatrzymać używane samochody, jeśli zapłacą za nie mojej firmie 80 milionów, bo
        przypuszczalnie taka będzie ich wartość rynkowa ? Być może: gdyby moi klienci
        nie mieli mózgów. A że mają, więc na zapłacenie 120 milionów przystaliby pod
        warunkiem, że zapłaciwszy przejmą samochody na własność, a jeśli je zwrócą - to
        dostaną w zamian ich ceny rynkowe, co najwyżej zmniejszone o coś za fatygę
        mojej firmy przy ich sprzedaży (bo po co jej 3 tysiące samochodów). W
        przeciwnym razie przez ten rok mogliby zapłacić co najwyżej 20 milionów, skoro
        samochody tyle by straciły na wartości, i parę milionów na koszty i zysk mojej
        firmy. Ale przecież nie 120 milionów, bo za co ? Taksówki mogłyby kosztować
        taniej.
        Po roku moja firma zgromadziłaby 120 milionów, zwróciła bankowi 110 a klientom
        oddała wszystkie samochody, za darmo lub po 1 zł za każdy. Czy ktokolwiek by na
        tym stracił ? Bynajmniej. Majątek firmy na początku składał się ze 100
        milionów w kasie (nie licząc długopisu, kulawego krzesła i stołu), zamienionych
        na 3 tysiące samochodów tej samej wartości, a jego pokryciem było 100 milionów
        długu w banku. Majątek firmy na końcu składałby się ze 120 milionów w kasie
        (nie licząc długopisu, kulawego krzesła i stołu) a jego pokryciem byłoby 110
        milionów długu w banku. A samochody, które wszak są własnością firmy ?
        Samochodów być nie powinno, bo wydając je klientom firma „zamieniła” je na
        należności pieniężne, w kwocie 120 milionów które klienci mieli jej zapłacić i
        zapłacili (w zamian za przejęcie samochodów po roku, za darmo lub za
        symboliczne 1 zł). Gdyby dopisać do majątku firmy jeszcze samochody (wpisawszy
        uprzednio należności pieniężne a po ich zapłacie pieniądze w kwocie 120
        milionów, a więc zapisując po raz drugi to samo, choć pod innym tytułem), to
        jej majątek urósłby do 200 milionów. Realnie ? Przecież nie. A jeśli ktoś
        chciałby potraktować go realnie, to musiałby wpierw zabrać samochody klientom –
        zamiast oddać im je za darmo lub po 1 zł za każdy. Czyli musiałby ograbić
        klientów firmy !
        Bank i moja firma realnie zarobili przez ten rok po 10 milionów (mniej o roczne
        koszty własne). A klienci ? Zostali z samochodami, za które zapłacili 120
        milionów. Więcej niż dealerowi i więcej niż bankowi za kredyty na ich kupno,
        ale 100 milionów dla dealera wyłożyć od razu nie mogli a bank często nie chciał
        z nimi rozmawiać o kredycie. Więc skorzystali z usług mojej firmy.
        Co by było, gdyby te 120 milionów wyparowało z kasy mojej firmy ? Sąd
        ogłosiłby jej upadłość, a syndyk sporządził spis jej majątku. Tyle że w kasie
        nie zastałby 120 milionów. Gdyby w firmie faktycznie był jeszcze tylko
        długopis, kulawe krzesło i stół, syndyk by z niej uciekł a banki musiały
        odpisać na straty 100 milionów (nie licząc utraty spodziewanych 10 milionów
        wpływów z odsetek).
        Cudotwórca… czy grabieżca
        Gdyby po wyparowaniu 120 milionów zarządcą mojej firmy stał się syndyk,
        kredytujący ją bank powinien marzyć o syndyku – cudotwórcy, zdolnym do
        rozmnażania majątku. Takim, który nie poprzestałby na zastanym w firmie
        długopisie, kulawym krześle i stole. A taki objawił się w CLIF. Tyle, że
        zamiast czynić cuda, wpisałby do majątku mojej firmy… samochody oddane
        klientom, za które firma wzięła 120 milionów (te co wyparowały). Z na pozór
        racjonalnym uzasadnieniem: przecież firma jest ich prawnym właścicielem, a
        potwierdzają to także dowody rejestracyjne. Upadła firma miałaby więc majątek
        wartości 80 milionów (przyjąwszy, że taka jest rynkowa wartość samochodów) oraz
        długopis, krzesło i stół. Skoro bank upominał się od niej o 110 milionów, to
        sięgając po te 80 milionów (pomniejszone o koszty utrzymania syndyka i jego
        działań), straciłby niewspółmiernie mniej. Wprawdzie przeznaczone dla banku 110
        milionów wyparowało w całości, ale mimo to bank odzyskałby większą część tej
        kwoty. Jak? Przez ograbienie klientów firmy, bo przecież nie przez cudowne
        rozmnożenie jej majątku.
        Grabież w majestacie prawa… (???)
        Haniebne byłoby prawo – jeśli w ogóle można by uznać je za prawo – gdyby
        tolerowało taką grabież. Syndyk wywodzi prawność swoich działań z prawa
        własności samochodów; faktycznie upadła firma jest ich właścicielem. Jednak
        syndyk udaje, że nie widzi, iż firma jest właścicielem z ograniczonymi prawami
        własności. A są one ograniczone do zakresu, niezbędnego dla odzyskania
        nakładów, jakie firma poniosła na nabycie samochodów, co wynika z istoty
        zawartych umów. Istotą tych umów nie jest bowiem tylko umożliwienie używania
        samochodów w zamian za finansową rekompensatę ich zużycia, ale odzyskanie
        nakładów poniesionych na nabycie samochodów, w czasie na jaki zawarto umowy
        (pozwala to uniknąć ryzyka kupowania tego, co jest potrzebne nie firmie ale jej
        klientom). Tym się różnią znane od tysięcy lat umowy najmu i dzierżawy (od ang.
        operating lease zwane leasingiem operacyjnym) od nowoczesnych umów leasingu (od
        ang. finance lease zwanych leasingiem finansowym vel kapitałowym). Oczywistym,
        logicznym, ekonomicznym i etycznym następstwem tego jest, że klienci którzy
        zapłacili opłaty pokrywające te nakłady, mogą żądać od firmy, by postąpiła z
        samochodami w sposób, jaki im odpowiada. W szczególności, by przekazała im
        prawo własności, nieodpłatnie, za symboliczne 1 zł czy inną niewielką kwotę (w
        zależności od tego, na ile ustalone opłaty pokrywają nakłady firmy wraz z
        oczekiwaną nadwyżką), by przedłużyła czas używania redukując opłaty, czy
        wreszcie by wypłaciła im równowartość samochodów, gdy je zwracają bo przestają
        im być potrzebne (po odliczeniu kwot, jakie musieliby zapłacić zatrzymując
        samochody i ewentualnego wynagrodzenia za ich sprzedaż). Negowanie tych
        uprawnień, zwłaszcza gdy umowy są zawierane na czas niewspółmiernie mały w
        stosunku do okresu używalności samochodów, podważa sens takich umów a
        zawierających je traktuje za pozbawionych rozumu.
        Uprawnienia te są na tyle oczywistym następstwem umów, na mocy których jedna
        strona zobowiązuje się zapłacić drugiej co najmniej równowartość nakładów na
        nabycie rzeczy kupionej w celu oddania jej do używania, że opisujący je od
        grudnia 2000r. kodeks cywilny (pod nazwą umowy leasingu) nie zalicza ich do
        konstytutywnych cech leasingu. Ograniczone uprawnienia właścicielskie kodeks
        potwierdza wyraźnie, gdy regulując skutki utraty przedmiotu umowy czy jej
        rozwiązania z winy klienta, upoważnia właściciela do żądania zapłaty
        pozostałych należnych mu opłat, nakazując mu jednak zwrócić klientowi to
        wszystko, co uzyska z tytułu wcześniejszej zapłaty, odszkodowania
        ubezpieczeniowego i zwrotu rzeczy. Pozbawiony sensu byłoby więc twierdzenie, że
        właściciel nie jest zobowiązany oddać klientowi tego, co uzyskał z tytułu
        zwrotu rzeczy po wygaśnięciu umowy, gdy klient zapłacił wszystkie należne
        opłaty. Rzecz jasna w wypadkach, gdy umowa była umową leasingu, a nie najmu czy
        dzierżawy. A jaka była, łatwo stwierdzić porównując nakłady firmy na nabycie
        samochodów z ustalonymi w umowach opłatami, a także czytając postanowienia
        umów, regulujących skutki ich przedterminowego rozwiązania (wskutek utraty
        samochodu czy wypowiedzenia z winy klienta), oraz określających to, co wedle
        stron miało się stać z samochodami po zakończeniu umów. Moja firma pozostawała
        więc prawnie właścicielem samochodów, ale z wykluczeniem swobodnego
        rozporządzania nimi, bo nawet przy przedterminowym rozwiązaniu umowy z winy
        klienta miała obowiązek finansowego rozliczenia z nim zwrotu nakładów.
        Czego zabr
Pełna wersja