Gość: RYBA
IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl
08.09.02, 12:05
Polecam ten ciekawy artykul Pana Piotra Kuczynskiego z portalu bankier.pl.
Jest naprawde dobry zreszta jak wiekszosc analiz wyzej wspomnianego Pana.
Rynek amerykański
Początek miesiąca w USA pokazał, że wrzesień może znowu zasłużyć na miano
najgorszego dla indeksów giełdowych miesiąca w roku. Obawy o zbliżająca się
rocznicę wydarzeń 11.09, złe dane makroekonomiczne, zbliżający się okres
ostrzeżeń, niepewność polityczna (przygotowania do uderzenia na Irak trwały) –
wszystko to musiało wywołać spadki.
Jedno tylko jest niepokojące: olbrzymia większość analityków mówi o
testowaniu poziomu lipcowego dołka. W domyśle, testowania, które przyniesie
wzrosty. Bardzo nie lubię, jeśli większość jest tego samego zdania. Zazwyczaj
okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Przynajmniej tak jest na giełdzie.
Albo więc nie będzie testu lipcowych minimów, albo okaże się, że zostaną
przełamane „z marszu” i rozpocznie się dalszy ciąg przeceny. Nie ukrywam, że
jestem w obozie pesymistów.
Zresztą jestem w dobrym towarzystwie. Do Warrena Buffet’a dołączył w
piątek bardzo poważany przez Wall Street Bill Gross szef największego
funduszu obligacji Pimco Total Return Fund (61 mld $ aktywów). Powiedział,
że „...akcje spadają i będą spadały aż do momentu, kiedy zostaną właściwie
wycenione, prawdopodobnie przy DJIA około 5000 pkt., S&P 500 650 pkt., a
jeśli chodzi o NASDAQ to Bóg raczy wiedzieć, gdzie.”. Postaram się omówić
jego argumentację za tydzień.
Rynkowi pomaga (mimo spadków) to, że jedna część funduszy jest
przekonana, że koniec spadków jest blisko, a kontrarianie nie wierzą, żeby
wszyscy mieli rację, czyli, że nie nastąpi test lipcowych minimów. W ten
sposób paradoksalnie obie strony pomagają w utrzymaniu rynku w niezłej formie.
A propos funduszy. Przeczytałem ostatnio niezwykle ciekawy artykuł, w
którym z Barron’s, w którym twierdzi się, że rynek niedźwiedzia nie może się
szybko skończyć z bardzo prostego powodu: inwestorzy indywidualni nie są
wystarczająco przestraszeni. Mimo bessy i spadku wartości zasobów funduszy o
1500 mld dolarów (do 3000 miliardów) ich udział w kapitalizacji rynku wzrósł
z 30 do 37%. Na początku 2000 roku było 4000 funduszy. Teraz 4800. Wtedy było
154 milionów rachunków teraz 169 milionów. Jak rozsądny analityk może w tej
sytuacji przewidywać koniec bessy? Ona potrwa jeszcze wiele lat. Oczywiście z
przerwami, które mogą trwać nawet wiele miesięcy, ale na razie na taką
przerwę się nie zanosi.
Zbliża się rocznica ataku na WTC i chyba należałoby zrobić małe
podsumowanie. Wydarzenia z 11.09.2001 roku powoli odchodzą w przeszłość.
Wywołały jednak poważny wpływ zarówno na życie gospodarcze jak i polityczne
USA i całego świata. Cały miniony rok można podzielić na dwa okresy.
Pierwszy, tuż po ataku na WTC, charakteryzował się szokiem i przerażeniem
większości obywateli Zachodniej Cywilizacji. Oczekiwano wojny ząb za ząb,
następnych ataków, recesji wynikającej z upadku zaufania konsumentów i
inwestorów do światowej gospodarki. Zdecydowane akcje Fed i innych banków
centralnych oraz szybkie pokonanie talibów w Afganistanie zakończyło ten
okres. Nie można powiedzieć, że ludzie zapomnieli, że to już było bez
znaczenia. Oczywiście tak nie było, ale zaczął się drugi okres (trwający do
dnia dzisiejszego), w którym nastąpiło uspokojenie i wzrost wiary w to, że
nasza cywilizacja obroni się, że mamy narzędzia militarne i ekonomiczne to
wygrania tej wojny. Powtarzane bez przerwy przez CIA i FBI ostrzeżenia przed
możliwością następnych ataków spowszedniały tak jak w bajce o pastuszku i
wilku.
Jednak to tragiczne wydarzenie zostawiło wyraźne ślady. Były nimi, między
innymi, konsekwencje akcji Fed i administracji amerykańskiej. Niezwykłe
obniżenie stóp procentowych (do poziomu najniższego od 40 lat) i bardzo duże
zwiększenie wydatków rządowych pozwoliły na chwilowe dźwignięcie gospodarki
amerykańskiej z recesji, a co za tym idzie podniesienie indeksów giełdowych.
Wojna z talibami i Al.-Kaidą zwiększyła wydatki na zbrojenia i
bezpieczeństwo. W związku z tym budżet USA błyskawicznie wykazał deficyt
(podatkowe reformy administracji Busha znacznie się do tego przyczyniły) i
pozbawił Fed broni do walki z dalszym osłabieniem gospodarczym, które wydaje
się poważnie zagrażać USA. Następne obniżki krótkoterminowych stóp
procentowych już nie podziałają, bo oprocentowanie kredytów nie będzie maleć
w podobnym tempie jak w okresie ostatnich 12 miesięcy, a spółki nie zwiększą
zdecydowanie wartości zaciąganych kredytów obawiając się dekoniunktury.
Dodatkowym efektem ubocznym obniżek stóp była pomoc w nadmuchaniu balonu
spekulacyjnego na rynku nieruchomości w USA. Pożyczki hipoteczne są tak nisko
oprocentowane, że stały się szlagierem sezonu, a rosnące ceny domów i ich
rynek zaczęły zastępować giełdę. Pewne elementy końca hossy (rosnący obrót i
malejące ceny domów, olbrzymia sprzedaż akcji przez zarządy spółek
budowlanych) pokazują, że załamanie może być blisko. Rynek nieruchomości nie
podlega tak szybkim wahaniom jak giełdowy, ale uważam, że najpóźniej w 2003
roku zobaczymy duży spadek cen domów. Pęknięcie tego balonu, szczególnie,
jeśli spotka się z dekoniunkturą na rynku akcji, załamie do końca „efekt
bogactwa” od którego zależy siła nabywcza konsumenta w USA. A wydatki
konsumentów napędzają 2/3 gospodarki amerykańskiej.
W sferze politycznej wojownicza administracja Busha dostał potężny oręż
do ręki. Rosnące poparcie dla prezydenta pokazało drogę: walka z terrorystami
to pewna wygrana drugiej kadencji i nakręcenie koniunktury w sektorze
zbrojeniowym tradycyjnie popierającym republikanów. Stąd pomysł ataku na
Irak, który nie podoba się nie tylko Europejczykom i Rosjanom, ale również
niektórym wybitnym politykom w USA. Ten atak wymusi olbrzymie wydatki USA –
tym razem sojusznicy nie pomogą, a ostatnia wojna z Irakiem kosztowała 60
mld. $. Ta wojna może się źle skończyć, jeśli świat arabski zacznie
protestować i ograniczać wydobycie ropy. Już powstają napięcia na linii USA –
Arabia Saudyjska - obalenie dynastii rządzącej AS przez niechętnych jej
mieszkańców byłoby niezwykle silnym uderzeniem w gospodarkę świata.
Poza tym są inne zagrożenia. Gdyby Irak miał broń bakteriologiczną, do
tego już umiejscowioną w USA i gotową do użycia w przypadku inwazji, to
skutki byłyby nie do opisania, a recesja nie byłaby już tak łagodna jak w
zeszłym roku. Poza tym amerykańskie uderzenie zwiększy nienawiść ludności
muzułmańskiej do całej naszej Cywilizacji, nie tylko do głównego ośrodka
(USA), co w dłuższym czasie doprowadzi do dalszych, bardzo poważnych
konfliktów. Zgadzam się całkowicie w ocenie sytuacji na świecie z Samuelem
Huntingtonem („Zderzenie Cywilizacji” – książka, którą koniecznie trzeba
przeczytać) – nasze Cywilizacje skazane są na walkę. Tylko pełna świadomość
mechanizmów, które je do tego pchają może złagodzić konflikt. Administracja
amerykańska niestety tego nie rozumie.
W ten sposób wydarzenia 11.09, wymuszając pośpieszne działania ratunkowe
i dając carte blanche jastrzębiom w administracji , doprowadziły gospodarkę
USA i cały świat w bardzo niebezpieczne miejsce. Gdyby nie te wydarzenia być
może recesja byłaby powoli przezwyciężana i nie powstałyby napięcia
gwarantujące następne kłopoty, a świat nie musiałby obawiać, że wybuchnie
wojna między cywilizacjami Zachodu i Islamu.
A co w krótkim terminie wywoła rocznica 11.09? Powinna wywołać wzrost, bo
przecież nie hossę. Po prostu 11.09 nic się nie wydarzy, świat odetchnie z
ulgą i giełdy zareagują wzrostami indeksów. To będzie jednak tylko chwilowe
odreagowanie i nic więcej. Pozostaną inne problemy, a przede wszystkim wojna
z Irakiem. Wypowiedzi Busha sugerują