Gość: MACIEJ
IP: *.ny325.east.verizon.net
22.05.03, 05:32
Tygodnik "Wprost", Nr
Cywilizacja darmozjadów
Najgorsze, że nadmierna ochrona socjalna rodzi apatię. - Ludzie
przyzwyczajają się do myśli, że to i owo im się należy - zauważa prof.
Bieńkowski. Po ubogich dzielnicach Sztokholmu - Tensta, Rinkeby, Bagarmossen,
Skogas - snują się tabuny bezrobotnych mieszkańców: przesiadują w barach,
prowadzą długie rozmowy przez telefony komórkowe, na noc wracają do
stumetrowych mieszkań w schludnych blokach. To spadek po trwającym od końca
lat 30. XX wieku eksperymencie ze społeczną gospodarką rynkową, z którego
Szwedzi powoli się wycofują. Za Odrą osoby tracące pracę przez trzy lata
dostają zasiłek w wysokości 70 proc. wcześniejszego wynagrodzenia!
Przedsiębiorcy przyłapani na zatrudnianiu na czarno obcokrajowców skarżą się,
że przysłani przez urzędy Niemcy (bezrobotni nie mogą odrzucić
przedstawionych im ofert) pracują u nich tydzień, potem biorą dwa tygodnie
zwolnienia lekarskiego i więcej się nie pojawiają. Wolą przyzwoity zasiłek od
nieco wyższej pensji za odrobinę wysiłku.
George W. Bush proponuje m.in. refundowanie bezrobotnym kosztów szkoleń (do 3
tys. USD), które pozwolą im znaleźć nową posadę, pod warunkiem że podejmą
naukę w ciągu 13 tygodni od zwolnienia z pracy. Różnica w efektywności obu
metod rzuca się w oczy: w unii bez pracy dłużej niż rok pozostaje 44 proc.
bezrobotnych, w USA 6 proc.!
Welfare state demoralizuje też tych, którzy pracę mają, bo chroni posady na
tyle, że o ich utrzymanie nie trzeba rywalizować z innymi. Kanclerz Helmut
Kohl wytykał z mównicy Bundestagu, że Niemcy są "społeczeństwem wolnego
czasu". W Europie Zachodniej pracuje się rocznie o 300-400 godzin krócej niż
za oceanem (we Francji średnio 35,7 godziny tygodniowo), choć wydajność pracy
jest o 14 proc. niższa niż w USA i nie uzasadnia dłuższego odpoczynku. W
Rzymie magistrat zatrudnia 17 tys. strażników miejskich, lecz na ulicach
trudno ich spotkać. Większość przychodzi do pracy rano, by podbić kartę, po
czym spokojnie wraca do domów. Władze miasta do wystawiania mandatów
zaangażowały dodatkowo 3 tys. "cywilów". Dopóki zatrudnieni byli na
kontraktach tymczasowych, dopóty pracowali dość gorliwie, ale gdy zawarto z
nimi stałe umowy o pracę, i oni zniknęli z ulic... Zwolnić takich darmozjadów
nie sposób. Kiedy w 2002 r. rząd Silvio Berlusconiego chciał zmienić art. 18
kodeksu pracy, zabraniający zwalniania pracowników bez wykazania ich winy
("wyprodukował więcej bezrobotnych niż jakikolwiek kryzys" - mówią o
przepisie biznesmeni z Italii), organizacje związkowe CGIL, CISL i UIL
wyprowadziły na ulice Rzymu, Florencji, Mediolanu i Turynu ponad 750 tys.
ludzi, a jednodniowy strajk generalny sparaliżował kraj.
Triumf Anglosasów
W Europie Zachodniej konkurencję wygrywają ci, którzy najszybciej pozbywają
się socjalnej kuli u nogi i realizują pomysły sprawdzone w USA. W Holandii,
gdzie zliberalizowano rynek pracy i na dużą skalę dopuszczono różne formy
czasowego zatrudnienia (telepraca, leasing pracowników), bezrobocie wynosi
dziś tylko 2,9 proc. W Wielkiej Brytanii za przykładem sąsiedniej Irlandii
obniżono podatki i wprowa-dzono wiele zachęt dla inwestorów, dzięki czemu w
2002 r. brytyjski PKB rósł niemal dwukrotnie szybciej niż unijny (biorąc pod
uwagę średnią dla całej piętnastki). Na
wyspach dokonano też jedynej dotychczas w UE reformy emerytalnej: dzięki
prywatnym funduszom tamtejszy system stał się
- jak zwraca uwagę Komisja Europejska - samowystarczalny, a fundusze
emerytalne zasilają gospodarkę, inwestując składki obywateli (zgromadziły już
bilion euro). Premier Tony Blair nie rezygnuje też z planów prywatyzacji
m.in. służby zdrowia i metra, choć większość laburzystów sprzeciwiła się tym
projektom podczas ubiegłorocznego zjazdu Partii Pracy w Blackpool.
Opór wobec liberalnych zmian jest i będzie silny. "Titanic" państwa
opiekuńczego uderzył w górę lodową, ale pasażerowie dalej chcą balować.
Prawie dwie trzecie Szwedów stwierdziło przed kilku laty w sondażu, że wolą
płacić wyższe podatki, by korzystać z dotychczasowych świadczeń (podatki
sięgają tam 50 proc. PKB). Niemieccy związkowcy, komentując tzw. Agendę 2010,
czyli plan skromnych cięć wydatków budżetowych forsowany przez kanclerza
Gerharda Schrödera, zapowiedzieli już, że "nie dopuszczą w Niemczech do
amerykanizacji stosunków pracy". Frank Bsirske, szef związku Ver.di, który
twierdzi, że koalicja SPD/Zieloni ogołoci biednych, a bogaci wzbogacą się
jeszcze bardziej, może liczyć na poparcie większości rodaków, bo rozbudowany
do absurdu system świadczeń socjalnych kojarzy im się z sukcesem minionych
dekad, a nie dzisiejszą zapaścią ekonomiczną. Nie jutro, ale w ciągu
najbliższych czterech, pięciu lat w zachodnim socjolandzie musi jednak dojść
do przesilenia.
Kiedyś na Wall Street furorę zrobił T-shirt jednego z maklerów z
nadrukiem "Kto umrze najbogatszy, wygrywa". - Albo Europa Zachodnia
zliberalizuje gospodarki na wzór amerykański, albo umrze - mówi Szczodrowski.
Dodajmy, że umrze biedniejsza od USA.
Krzysztof Trębsk