connie1 01.04.08, 18:44 Czy lekarz powinien?ma prawo do "ultima ratio"? Chocby w swietle tej opinii: www.gazetawyborcza.pl/1,75248,5075589.html Ciekawa jestem co o tym mysla pacjenci? Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
extorris Re: "Ultima ratio" 01.04.08, 20:10 musisz przetlumaczyc nikt nie rozumie o co chodzi Odpowiedz Link Zgłoś
1951b nikt nie rozumie o co chodzi ;) 01.04.08, 20:48 Ultima ratio - ostateczny argument. Odpowiedz Link Zgłoś
andnow2 Do "Ultima ratio" prawo ma, gazika zostawiać nie 01.04.08, 20:54 connie1 napisała: > Czy lekarz powinien?ma prawo do "ultima ratio"? powinien. Tak ja to widzę, jakkolwiek byłoby dobrze, gdyby i o ultima ratio uprzedził w miarę możności pacjenta lub jego bliskich. Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: "Mors Ultima ratio" 01.04.08, 21:27 Lekarz bezustannie podejmuje decyzje mające wpływ na losy chorego, biorąc za to odpowiedzialność. Wielokrotnie ja również takie decyzje podejmowałem, uważam że są one nie tylko prawem, ale wręcz obowiązkiem lekarza wynikającym z istoty zawodu. Nasze wątpliwości, również moje, co do słuszności takich decyzji, trzeba rozpatrywać w kontekście ryzyka niepowodzenia i kosztów zaniechania. Pomiędzy tymi czynnikami jest szerokie pole dla wiedzy, umiejętności i odpowiedzialności lekarza, od ich jakości zależy ocena, na ile wyważone było ryzyko i szanse zw. z decyzją. Oryginał cytatu brzmi jak w temacie (maksyma lekarska), wskazując na nieuchronność losu ostatecznego, z którym się zmagamy jako lekarze. Jak rozumiem, Dr G podejmował decyzję będąc przekonanym o możliwościach - swoich i zespołu - dającym realną szansę pacjentowi, nieuchronnie skazanemu na rychłą śmierć. Odpowiedz Link Zgłoś
marie_ann Ale, czy na pewno kazdy lekarz... 02.04.08, 14:58 Czy na pewno kazdy lekarz ma prawo do podejmowania tych najtrudniejszych decyzji. Nawet ten, ktorego edukacja skonczyla sie na szkole medycznej i jedynym zrodlem wiedzy i nowosci pozostaja dla niego przedstawiciele firm farmaceutycznych przyjmowanych w czasie >dwoch godzin w tygodniu przeznaczonych na spotkania naukowe<. Do tego typu dzialania potrzeba ogromnej wiedzy, madrosci i odpowiedzialnosci a literki MD za nazwiskiem tego nie gwarantuja. Sfrustrowany, wypalony a przez to czesto arogancki i agresywny lekarz powinien raczej przestrzegac rutynowego postepowania i trzymac sie z daleka od jakiejkolwiek improwizacji. Zreszta w ostatecznosci to pacjent powinien byc tym, ktory decyduje(jesli moze). Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: Ale, czy na pewno kazdy lekarz... 02.04.08, 23:14 >Czy na pewno kazdy lekarz < Tak, na pewno każdy, dopóki,jako społeczeństwo zakładamy, że dyplom oznacza uprawnienia formalne i stojącą za nim adekwatną edukację. >a literki MD za nazwiskiem tego nie gwarantuja< Żadne literki nie gwarantują niczego, jeśli noszący je człowiek nie posiada odpowiednich kompetencji zawodowych (czego niestety się nie dyplomuje na rutynowych studiach, ani też później). >Sfrustrowany, wypalony a przez to czesto arogancki i agresywny lekarz powinien raczej przestrzegac rutynowego postepowania...< Lekarz wykazujący taką postawę nie wykazuje żadnych kompetencji leczenia i powinien poddać się terapii lub/i zmienić zawód. Nie ma "rutyn" jako sztywnych reguł postępowania - zbyt wiele zależy od rzeczywistego stanu pacjenta i od zdolności lekarza do trafnego rozpoznania i postępowania. Od tego zależy zawsze wszystko. Medycyna jest, wbrew niektórym opiniom, również sztuką. >zrodlem wiedzy i nowosci pozostaja dla niego przedstawiciele firm farmaceutycznych< Każde źródło może być trafne lub nie - zależy od jakości źródła i rodzaju pragnienia korzystającego. Można czytać literaturę fachową i uczestniczyć w wykładach akademickich bez umiejętności interpretacji i wyciągania wniosków - z takim samym skutkiem, jak mylnie interpretować reklamy i argumenty producentów. Tym skutkiem jest pogłębiająca się niekompetencja, wbrew pozorom "dokształcania". Internet służy np. jednym do weryfikacji źródeł i publikacji naukowych a innym - do pisania na forum erotycznym ze szklanką piwa we włochatym łapsku (jak wiemy:)). >pacjent powinien byc tym,ktory decyduje(jesli moze).< Decyzje lekarza są autonomiczne (niezależne od pacjenta w tym sensie, że lekarz kieruje się wiedzą i doświadczeniem, których pacjent nie ma). Jednak nie oznacza to wdrażania tych decyzji bez zgody i współpracy pacjenta, których pozyskanie jest elementem kompetencji lekarza (rzadkim, niestety w naszym kraju). Ostatecznie, o wdrożeniu decyzji lekarza zawsze decyduje pacjent - to jego życie i zdrowie. Rolą lekarza jest, aby decyzje pacjenta były zgodne z celem, jakim jest (wy)leczenie go. Odpowiedz Link Zgłoś
marie_ann Re: Ale, czy na pewno kazdy lekarz... 03.04.08, 14:53 Cava, zgadzam sie z Toba w jednym: "Medycyna jest, wbrew niektorym opiniom rowniez sztuka"... przyznasz chyba jednak, ze nie kazdy malarz jest artysta; nie mniej malarze pokojowi sa tez potrzebni. Odpowiedz Link Zgłoś
nowezyna a czym jest sztuka? 03.04.08, 15:48 Marie-ann, nie rozumiem Twojego toku myslowego. co chcesz przez to powiedzieć? Bo jeśli spojrzysz na medycynę jak na rzemiosło- to rzeczywiście jest to zawód wymagający wielu lat terminowania w celu wyuczenia się postepowania w rozmaitych schorzeniach, niedomogach organizmu ludzkiego, a także w działaniach prewencyjnych, służących zachownaniu "dobrostanu" owego organizmu. jak sie domyślam, ten lekarz rzemieslnik ma być odpowiednikiem malarza pokojowego? Jesli zaś chcielibyśmy spróbować okreslić kim ma być artysta- zgodzisz się chyba ze mną ,że musi to być osoba o dużej wrażliwości, poczuciu piękna, zdolna do samodzielnej, twórczej pracy, kreatywna,wyrazista, świadoma swej twórczości, posiadająca wyraźną koncepcję, a zarazem perfekcyjna technicznie. teraz spróbuj ożenić te dwa opisy- i zobaczysz, jak bardzo "malarz pokojowy" rózni się od "malarza artysty" a zarazem jak wiele ma z nim wspólnego. Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: sztuka za sztukę 03.04.08, 15:55 Malarz pokojowy nie oferuje sporządzenia portretów. Lekarz "rutynowy" z syndromem wypalenia...hm - czego właściwie należy po takim oczekiwać? A poza tym - pełna zgoda... Odpowiedz Link Zgłoś
nowezyna syndrom wypalenia 03.04.08, 16:07 taaaak, był taki jeden pokojowy malarz..... na imię miał Adolf a jaką miał charyzmę! tylko nieźle żesmy na tym wyszli... Odpowiedz Link Zgłoś
enterka05 Re: Ale, czy na pewno kazdy lekarz... 03.04.08, 00:33 Myślę, że lekarz który "nie powinien" tego robić, i tak się tego nie podejmie. Ten który wie że nie ma wystarczających umiejętności czy uprawnień, wie też zazwyczaj że nie funkcjonuje na bezludnej wyspie i poprosi o pomoc kogoś innego. Ten który może nie powinien być lekarzem... rozłoży pewnie ręce i powie szybko że nic się nie da zrobić... Frustracja, agresja, arogancja w codziennych kontaktach nie ma tu chyba wiele do rzeczy. Myślę, że "wrogiem" dla lekarza nie jest ten pacjent o którego trzeba podjąć walkę, tylko prędzej właśnie ten "codzienny", ...dziesty pod poradnią, od którego może nie ma się co spodziewać dobrego słowa. A jeśli ktoś podejmuje się podejmować "ostateczne" środki, to robi to chyba z zamiarem "zawalczenia" o pacjenta (czyli dla jego dobra!), po rozważeniu za i przeciw, i z nadzieją że się uda - inaczej byłoby to chyba psychicznie niemożliwe, bo przegrana (wbrew pozorom może) nie jest raczej chyba TYLKO przegraną pacjenta, bo lekarz to też człowiek, że już o ewentualnych nieprzyjemnościach "zewnętrznych" nie wspomnę...... Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: Ale, czy dobre słowo... 03.04.08, 11:53 >Myślę, że "wrogiem" dla lekarza nie jest ten pacjent o którego trzeba podjąć walkę, tylko prędzej właśnie ten "codzienny", ...dziesty pod poradnią, od którego może nie ma się co spodziewać dobrego słowa...< No cóż, trudno liczyć na dobre słowo od "codziennego wroga", który nawet nie wie, że nim został, będąc "...dziestym" z tłumu. To jest często ta chwila, gdy rozpoczyna się późniejsza "walka", którą podejmują o Twojego wroga inni lekarze. Odpowiedz Link Zgłoś
enterka05 Re: Ale, czy dobre słowo... 03.04.08, 22:39 > No cóż, trudno liczyć na dobre słowo od "codziennego wroga", który > nawet nie wie, że nim został, będąc "...dziestym" z tłumu. ... Czasem prawda, czasem chyba nie - zależy na ile po wyindywidualizowaniu się z tego zakolejkowanego tłumu (a i w tłumie) pacjent potrafi i chce zauważyć że ten w białym po drugiej stronie (przysłowiowego) stetoskopu to Drugi Człowiek, ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami... ;-) > To jest często ta chwila, gdy rozpoczyna się późniejsza "walka", > którą podejmują o Twojego wroga inni lekarze. "Mojego" nie, bo ja raczej nie widzę w ludziach wrogów ;) A poza tym wróg w pierwszym poście był w cudzysłowie, * I NIE INACZEJ * :) Nie wiem czy słusznie, ale tak leciutko podejrzewam, że to "o" które napisałeś, to tak naprawdę miało być "za".......... ?? A całkiem poważnie - jeśli oczywiście dobrze rozumiem sens Twojej wypowiedzi: daleko mi do kwestionowania znaczenia leczenia poradnianego i zdaję sobie sprawę że nieraz ono też ma ten "ostateczny argument" w perspektywie, i może go odsuwać w czasie albo nie - i też się dzieje dla dobra pacjenta. Choć według mnie dyskusja miała dotyczyć sytuacji, kiedy "ostateczny argument" jest znacznie bliżej. A co do "wrogów", to napiszę innymi słowami to co miałam na myśli: Marie_ann twierdzi (jak zrozumiałam) że lekarz sfrustrowany, arogancki itp nie powinien mieć prawa podejmowania decyzji tej wagi. Mnie chodziło o to, że fakt różnych zachowań lekarza w powszednich kontaktach z pacjentami - często za licznymi czy niegrzecznymi - nie oznacza, że ten lekarz nie będzie działał dla dobra pacjenta, bo sam fakt podejmowania trudnych decyzji i podejmowania się działań wynikających z tych decyzji świadczy o tym, że właśnie dla dobra tego pacjenta działa. Jeśli odebrałeś mój tekst jako wrogi ;), to przepraszam - ale nie taka była intencja. Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: Tak, i dobre słowo... 03.04.08, 22:58 Nie ma powodów do przeprosin, skądże ! :)) Fakt, że dla mnie "wróg" nawet w cudzysłowie, wyraża pewną postawę, bo przecież nie napisałaś: przyjaciel, partner, antagonista, klient, chory...etc. Stąd moja odpowiedź z niejaką goryczą. Jest takie proste ćwiczenie, pomocne w chwilach, gdy w podmiocie naszych działań zaczynamy widzieć "wroga i...podświadomie czuć wroga. Wsytarczy po cichu zaszeptać sobie "wchodzi następny płatnik mojej pensji/przychodu". Naturalnie, to wymaga wyobraźni, hi hi hi...:)) zwłaszcza w państwowej przychodni. Trochę poważniej: relacje lek-pac to pętla o sprzężeniu zwrotnym, szanuję Twoją opinię, ale mam inną. Zachowania aroganckie, wrogie lub cyniczne nigdy nie prowadzą do skutecznego leczenia, ponieważ nie ma takowego bez wiary, zaufania i współpracy pacjenta. A na zachowanie odpowiadamy zachowaniem, stąd zwłaszcza trudne, ostateczne i poważne decyzje terapeutyczne wymagają posiadania takiego profesjonalnego zasobu zachowań, który możemy uruchomić niezależnie od sytuacyjnych emocji. Dla dobra pacjenta i własnej satysfakcji zawodowej. Piszę to z własnego doświadczenia i wierzę, że i z Twojego... Pozdrowienia! Odpowiedz Link Zgłoś
enterka05 Re: Tak, i dobre słowo... 04.04.08, 16:44 > nie napisałaś: (...) klient ... tak to o sobie u lekarza nie napiszę, nie chcę... No może jeszcze ewentualnie o sytuacji gdybym się do niego zwróciła na przykład w celu operacyjnej zmiany kształtu moich kształtów, ale inaczej... niiiieeee ;-) > Stąd moja odpowiedź z niejaką goryczą. Wyczułam... I stąd moje przeprosiny, bo zdecydowanie nie chciałabym wyrabiać w Tobie (ani w nikim) poczucia że np. pejzaż zawiera więcej "lekarzożerców" niż zawiera. Tego co naprawdę zawiera wystarczy. > "wchodzi następny płatnik mojej pensji/przychodu" Auuuć, cóż za materializm.... ;-DDD A teraz już poważniej... > szanuję Twoją opinię, ale mam inną. Trochę o innych sytuacjach chyba pisaliśmy... Ty chyba bardziej o takiej, gdzie jest czas na to, żeby jakąś relację zaufania zbudować. Ja miałam na myśli bardziej taką, gdzie pacjent np. trafia na oddział w takim stanie że jest to mało możliwe, albo kiedy wszystko dzieje się na tyle szybko, że pacjent nie ma zbytnio możliwości wyrobić sobie zdania o danym lekarzu. I to o co mi głównie chodziło, to: uważam za całkiem możliwe, że ktoś, kto w przyszpitalnej poradni nieraz zachowuje się jak gbur, spędzi na przykład kawał nocy robiąc coś co daje pacjentowi kilka procent szans. I uważałabym za.. chyba krzywdzące? twierdzenie na podstawie samych tamtych zachowań, że nie powinien tego robić. A o relacji lekarz-pacjent która ma czas powstawać, zaufaniu i doświadczeniach... na sto procent się zgadzam z tym co piszesz. Też już wiem jak to jest, jak się człowiek tak po prostu "oddaje w ręce", nie mając wątpliwości że wszystko co jest robione, robi się z intencją na jego korzyść. I wiem że stopień wystraszenia jest jakoś tam odwrotnie zależny od stopnia zaufania ;-) To "moje" to nie były jakieś tam straszne problemy zdrowotne. Ale im poważniejsze problemy, tym to, żeby było tak można, jest chyba ważniejsze i potrzebniejsze... Natomiast ponieważ rzeczywiście jest to sprzężenie zwrotne i na zachowanie odpowiadamy zachowaniem... to myślę, że w zasadzie to powinnam oceniać CIĄG zachowań danej osoby, a nie pojedyncze. I starać się może trochę tę drugą stronę trochę zrozumieć. Bo może zachowanie względem mnie jest spowodowane "brakiem resetu" po poprzednim pacjencie. Bo może opeer który dostałam jest wyrazem czyjejś ulgi że mi nie musi czegoś bardzo złego powiedzieć, mimo że wcześniej na to wyglądało. Bo w naszych porąbanych realiach nieraz (zazwyczaj?) lekarz może się spodziewać z dużym prawdopodobieństwem podejrzliwości czy oskarżeń ze strony pacjenta. Bo nie zawsze się musi udać przykrycie profesjonalnymi zachowaniami prawdziwych odczuć. Bo.......... Nie żeby mi to musiało zawsze wychodzić, i nie żebym miała przymykać oczy na wszystko. Ale.... ;) Pozdrowienia :) Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: Tak, i dobre słowo... 04.04.08, 19:16 Warto się pozbywać fałszywego zakłamania - pacjent TO JEST klient, a lekarz pracuje DLA ZAROBKU. Jak wszyscy, bo genetycznie jesteśmy homo sapiens (no, może nie wszyscy) tylko nie każdy się do tego sam przed sobą przyznaje... I to nie jest bynajmniej sprzeczne z etyką, postawą czy wrażliwością - sprawy są równoległe. Tyle w kwestii żartów ;)) Poważnie : dzięki za ciekawą refleksję, mam w sumie dość podobne. Zaufanie trzeba budować również drobnym gestem i w krótkiej chwili. Jeden z moich kolegów, wybitny specjalista diagnostyki, miał kolejki przed gabinetem - zasłużenie. Jednak po 1szej wizycie, ok 1/3 pacjentów przepisywała się do stażysty w tej dziedzinie. Dlaczego ? - kolega nie znajdował czasu na nawiązanie kontaktu i zaufania, skupiając się jedynie na technice badań. On stracił wiele, pacjenci - znacznie więcej. Ja również pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
enterka05 Re: Tak, i dobre słowo... 05.04.08, 01:05 > Warto się pozbywać fałszywego zakłamania - pacjent TO JEST klient,a > lekarz pracuje DLA ZAROBKU. Jak wszyscy, bo genetycznie jesteśmy > homo sapiens (no, może nie wszyscy) tylko nie każdy się do tego sam > przed sobą przyznaje... > I to nie jest bynajmniej sprzeczne z etyką, postawą czy > wrażliwością - sprawy są równoległe. Czemu zakłamania?... Chyba znów muszę napisać o swoim poprzednim tekście "co poeta (NIE) chciał przez to powiedzieć", bo zdaje mi się że tym razem wpadłam do szufladki z napisem "pacjenci mówiący 'skoro macie powołanie...' " albo podobnym... ;-) Co do klienta, to może jeszcze: zależy jaka relacja. Klient.. - co? Jeśli jak w informatyce: klient-serwer, gdzie program kliencki zgłasza do serwera prośbę żeby ten wykonał na jego rzecz jakąś usługę, a serwer ją wykonuje jeśli jest dozwolona i robi to na zasadzie "best-effort service" (przepraszam za brzydki "anglizm", ale jakoś mi to trudno dobrze przetłumaczyć z informatycznego na polski, "dokładając wszelkich możliwych starań" może...) - to ok, z grubsza zgadzam się nazywać "klient". Ale jeśli relacja jak w handlu: klient-sprzedawca, gdzie może występować sprzeczność interesów, bo klient chce kupić jak najtaniej jak najlepszy produkt, a sprzedawca może chcieć mu sprzedać co się da z maksymalnym zyskiem - czyli gdy muszę się pilnować żeby przy okazji sprzedawania karmy dla kota nie wciśnięto mi trzech szczotek do jeżozwierza, bo przecież na pewno mi potrzebne ;) - to klientem nie chcę się nazywać.... Ale pod klient-serwer też nie podpadam, bo tam klient WIE (szczegółowo!!!) o co ma prosić, a ja niekoniecznie... Znaczy: jeśli przychodzę do lekarza z problemem zdrowotnym, to nie chcę ani relacji "klient: płacę więc wymagam" (bo nie zawsze to co sobie mogłam wymyślić że byłoby dobrze ze mną zrobić jest uzasadnione), ani relacji "klient: uwaga, można coś wcisnąć" (bo nie chciałabym musieć "uważać" na lekarza).... Itp. Więc dlatego napisałam "niiiieee" :) Ale gdyby mi przyszły do głowy np. jakieś operacje plastyczne dla korekty... czegośtam, czy inne rzeczy z gatunku "zachcianek".... - no to wtedy być może może to być relacja klient- ... cokolwiek ;) Co do pracy dla zarobku: pełna zgoda. Swoją drogą - nic o tym wyżej nie pisałam.... Ale ok, przyznam się że równocześnie... także gdzieś może nadzieja, że w razie gdyby coś, to nie będzie tak tylko "odtąd-dotąd i ani deka więcej, bo za to już nie mam zapłacone" - tylko tak jak mi się zdarza w mojej pracy, gdzie bywa że robię jakieś "więcej" - nie dla zysku, bo wiem że nikt mi za to nie zapłaci, tylko dlatego że mam poczucie że akurat tak potrzeba.... Zakłamanie? ;-) > Zaufanie trzeba budować również drobnym gestem i w krótkiej chwili. Nawet chyba głównie, a nie również... Poza tymi "drobiazgami" ja-pacjent mam tylko (czasem) cudze opinie o lekarzu, i to co ma napisane na pieczątce. Na PRAWDZIWE zaufanie - wg mnie czasem za mało... Miłego weekendu :) Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: Bez szufladek w relacjach 05.04.08, 12:22 Na pewno jesteś z innej szufladki :)). Relacje z klientem-pacjentem? To nie boli - po prostu Ty oczekujesz WYNIKU, mierzonego Twoją satysfakcją a np. ja mam Ci go dostarczyć w zamian za opłatę. Nie znaczy, że masz widzieć jakie DEDYKOWANE ROZWIĄZANIA prowadzą do wyniku - to już moja broszka, równiez to, abyś "kupiła" moje rozwiązania dla własnej satysfakcji. Relacje są formą transakcji z ukrytym mechanizmem, stąd porównania do układu interesów "tanio-drogo" są zbyt płaskie, interesy sprzeczne (fakt) są konieczne aby w ogóle do relacji doszło, w zakres transakcji wchodzą jednak równocześnie inne interesy (wspólne i różne), dlatego gra nie jest przetargiem o to, kto-kogo i poszukiwaniem kompromisu. To gra o wzajemną satysfakcję na maxa, bez poczucia straty. Z pewnością nie żałujesz pieniędzy wydanych na dobrą książkę, przeciwnie, do głowy Ci nie przyjdzie, że książkę lepiej by się czytało gdybyś kupiła ją taniej... Relacje, handel, związki międzyludzkie, stosunki międzynarodowe i leczenie ludzi są oparte na uniwersalnych mechanizmach psychologicznych. Po prostu różne aspekty nas samych, ale w centrum nadal homo (sapiens, naturalnie!). Pozdrowienia. Odpowiedz Link Zgłoś
enterka05 Re: Bez szufladek w relacjach 05.04.08, 23:46 > Na pewno jesteś z innej szufladki :)). Ufff.... ;-)) > po prostu Ty oczekujesz WYNIKU, mierzonego Twoją > satysfakcją a np. ja mam Ci go dostarczyć w zamian za opłatę. > Nie znaczy, że masz widzieć jakie DEDYKOWANE ROZWIĄZANIA prowadzą > do wyniku - to już moja broszka, równiez to, abyś "kupiła" moje > rozwiązania dla własnej satysfakcji. > (...) > To gra o wzajemną satysfakcję na maxa, bez poczucia straty. Ok, to jest mniej więcej ten aspekt sprawy który ujęłam w tym swoim "klient-serwer", na który się z grubsza zgadzam. Ale.... ... ale na przykład taka sytuacja, która kiedyś była dyskutowana na forum: pacjent chciał mieć reoperację ręki czy nogi, lekarze uważali (chyba) że to raczej niczego nie poprawi. I każda inna sytuacja z dylematem "naprawiać, nie naprawiać"... No i: jeśli przychodzę do Ciebie prywatnie (tzn. Ty zdaje się w innej specjalności działasz, ale tak mi to prościej napisać...), to jeśli nie zrobisz mi operacji - nie zyskasz finansowo, bo przecież zapłaciłabym za samą operację (zakładając że je robisz w jakimś prywatnym miejscu), za wizyty kontrolne później; może również będę mieć wątpliwości czy przyjść do Ciebie z kolejnym problemem... Jeśli rzecz się dzieje w państwowej opiece zdrowotnej, to narażasz się na moje pomyślenie "nie zrobili bo pewnie chcieli żebym dała", wyrabianie Ci takiej opinii "na mieście", itp... Tak że Twoja satysfakcja finansowa będzie mniejsza, ryzykujesz stratami "innej natury"... I chyba jedyna satysfakcja jaką możesz mieć, to to że Ci uwierzę że rzeczywiście tak było dla mnie lepiej, i nadal będę mieć do Ciebie zaufanie. Przy czym być może nawet się tego nie dowiesz, bo może już kolejnych wizyt nie będzie potrzeba... A i moja satysfakcja też ma spore szanse być mimo wszystko trochę kulawa (zwłaszcza jeśli chodziłoby o nogę ;-) )... Mnie się to w "klient-..." jakoś mało wpisuje... A równocześnie chciałabym, żebyś mimo wszystko próbował podjąć taką decyzję, bo przecież to Ty masz odpowiednią wiedzę i doświadczenie, a ja sobie tylko coś tam mogę wymyślać że bym chciała - i żebyś mi wytłumaczył dlaczego tak uważasz oczywiście... :) I może także - żebyś próbował tego nie tylko w przypadku "mnie" piszącej że tak chciałabym, tylko zawsze kiedy uważasz że tak dla pacjenta będzie lepiej (niezależnie od tego jak bardzo "sapiens" on jest... ;-) ) Jeśli nazwę relację lekarz-pacjent "relacją lekarz-pacjent" - i tylko tak - to mi się to wszystko w nią wpisuje jak najbardziej. I to, że mogę wierzyć że ktoś przedłoży moje "zyski" ponad swoje "zyski" (albo - że ta satysfakcja "zaufaniowa" będzie dla niego w tej konkretnej sytuacji ważniejsza niż finansowa), i to że nie będę czegoś tam żądać... (i nigdzie to nie oznacza, że nie chcę ponosić opłat!) Jeśli nazwę "klient-..." - jakoś tego nie ma.... Pozdrowienia :) Odpowiedz Link Zgłoś
co_dzienna Re: "Ultima ratio" 02.04.08, 15:18 W sytuacji nagłej, ratowania życia i tak zawsze ostateczną decyzję podejmuje lekarz. I tak musi być. Ale, to pacjent w swej codzienności, żyjąc do końca swoich dni, ma przy sobie dobre lub złe konsekwencje działania lekarza i dlatego musi wiedzieć, co go może spotkać i powinien świadomie wyrazić na to zgodę, jeśli jest na to czas. Lekarz nie przeżyje za pacjenta jego życia. To pacjent i jego rodzina będą ponosili konsekwencje. Odpowiedz Link Zgłoś
cava85 Re: "Ultima ratio" 02.04.08, 23:16 Decyzja lekarza nie jest oczywiście zawsze automatycznie wdrażana. Jedna sprawa to decyzja, druga - zgoda i współpraca przekonanego do decyzji pacjenta. Nieporozumienie z pacjentem jest główną przyczyną niepowodzeń terapeutycznych. Odpowiedz Link Zgłoś