No właśnie. Myślałam, że znajdę zwierzenia tych drugich, ""paskudnych, wrednych kochanek ""... I nie jest to niezdrowa ciekawość, chwila nudy i poszukiwanie sensacji.
Od lat próbuję sobie ułożyć życie z lepszym lub gorszym skutkiem. Powodem mojego rozwodu nie była zdrada, ani z jednej ani z drugiej strony. Ot wzięło i zdechło. Z wielu przyczyn, po obydwu stronach. Ale zrozumiałam to wiele lat po rozwodzie. Że winne są zawsze dwie strony. Choć na początku szukałam winnych wokół, szalałam, nienawidziłam, piętnowałam.
Nie jestem związana z żadnym żonatym facetem. Ale odkąd jestem sama, otrzymuję mnóstwo takich propozycji. Od obcych, od bliskich. Od mężów koleżanek, współpracowników, klientów. Czasami ręce mi opadają. Kiedyś gdy poinformowałam koleżankę o propozycji jej męża, najpierw udawała, że nie rozumie co do niej mówię, potem się rozpłakała, że dzieci, kredyt na dom, a na koniec kazała mu przyjść i mnie przeprosić !

.
Innym razem, gdy od mojego konkretnego "zachowania" klient uzależniał zapłacenie mi za wykonanie przez mój zespół zlecenie, ja, z misją w głowie chwyciłam za telefon i delikatnie próbowałam naświetlić sytuację jego żonie/wspólniczce. Pani odrzekła, że jakoś się do tej pory z jej mężem dogadywałam więc i teraz sobie poradzę, a ona nie będzie w nasze interesy wnikać !
Nauczona doświadczeniem, nikogo o niczym nie informuję. Bez sensu.
Nie widzę świata tak czarno biało, jak większość tu komentujących.
Czasem gdy słyszę te deklaracje panów, którzy latami żyją w "bezsensownych" związkach, bo dzieci, bo wspólna firma, bo chora żona, a oni tak potrzebują prawdziwego uczucia, ciepła, sexu, wyjątkowości, to się zastanawiam jaką naiwną kretynką trzeba być, żeby wierzyć w takie rzeczy. Żeby godzić na bycie tą drugą. Ale też rozumiem, że przychodzi taka samotność, że człowiek staje się egoistą głuchym i ślepym, i relatywizuje rzeczywistość bo pragnie choć trochę szczęścia i miłości tylko dla siebie.