szwager_z_laband
01.09.10, 20:18
Wiadukt na Zabrskiej - dzień przed katastrofą?
Zakończony niedawno remont nawierzchni wiaduktu skłonił mnie do
obejrzenia tej budowli od spodu. Co prawda niezbyt tam jest
bezpiecznie ze względu na jeżdżące bez przerwy pociągi, ale wrodzona
ciekawość wzięła górę nad strachem. To, co można tam zobaczyć bardzo
niepokoi...
To, co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze wyobrażenia o stanie
technicznym wiaduktu. Nie trzeba tu być wybitnym specjalistą od
konstrukcji mostowych by zauważyć, że obiekt ten lada moment może
ulec poważnej awarii lub po prostu się częściowo zawalić.
Cały problem tkwi w wodzie. Tej deszczowej, która z powierzchni
drogi jest odprowadzana do kratek zbiorczych przy krawężnikach. Tak
to wygląda z poziomu chodnika czy okien samochodu. Od spodu wiaduktu
wygląda to jednak zupełnie inaczej.
Woda z tych kratek leci prosto w dół na tory, na pociągi i – co
najgorsze – na ceglane przyczółki i podpory środkowe wiaduktu. O ile
trzy środkowe podpory nie wyglądają tragicznie (bo zdążają
wyschnąć), o tyle dwa przyczółki, czyli początek i koniec wiaduktu,
to obraz nędzy i rozpaczy. Ściekająca z powierzchni drogi woda przez
długie lata niszczyła ceglaną konstrukcję wsporczą wiaduktu.
Najgorzej wygląda przyczółek od strony ul. Zabrskiej. Gołym okiem
widać spore obszary wykruszonych wodą i mrozem cegieł klinkierowych,
w wielu miejscach mur przyczółka jest mocno wybrzuszony, co
wskazuje, że i wewnątrz jest całkowicie zniszczony. Spływająca po
nim bez przerwy woda spowodowała zawilgocenie całej konstrukcji
nośnej a mróz każdej zimy kończył dzieło zniszczenia krusząc kolejne
metry cegieł. Zwłaszcza przy opadach widać jak przebiegał ten proces
niszczenia – całe podłoże łącznie z torowiskiem dosłownie stoi w
wodzie, a kolejne hektolitry ciągle spływają po ceglanym murze
przyczółka. A dlaczego ta woda leci na mury i pociągi? To bardzo
proste.
Nie istnieje obecnie system odprowadzania wody deszczowej do
kanalizacji. Kiedy około roku 1910 budowano wiadukt, cały system
działał sprawnie. Woda spływała do specjalnych rynien zbiorczych i
potem rurami w dół do kanalizacji podziemnej. Trudno ocenić, kiedy
został zniszczony cały system, ale sądząc po zniszczeniach musiało
to być bardzo dawno temu. Prawdopodobnie złomiarze ukradli wszystkie
żeliwne rury systemu kanalizacyjnego. Zatkane i niedrożne studzienki
to kolejne zaniedbane miejsca. Trochę mi wstyd, bo w spadku wojennym
dostaliśmy całą strukturę drogową miasta i nie potrafimy nawet jej
odpowiednio konserwować. Przecież taką instalację deszczową potrafi
naprawić najmniejsza firma hydrauliczna – nawet projektów i analiz
inżynierskich nie potrzeba, wystarczą kolanka, rury i dwóch
hydraulików!
Od strony ul. Chorzowskiej przyczółek jest w lepszej kondycji, choć
i tu sporo cegieł w murze jest zmurszałych od wilgoci. Ale tu z
kolei tę początkową podporę niszczy woda od spodu, od jej
fundamentów. A jak to się dzieje? Otóż parę metrów dalej znajduje
się spora, ale zatkana studzienka kanalizacji deszczowej, z której
wierzchem wypływa woda sprowadzona tu z części ul. Chorzowskiej.
Tworzy się prawie górski strumień rozlewający się szeroko wokół
przyczółka i pod wiaduktem. Cała ta woda nie ma gdzie spłynąć, więc
stoi tygodniami, a ceglane podpory naszego wiaduktu moczą się w tym
bajorze.
Proszę sobie wyobrazić dom, który nie ma od dłuższego czasu rynien.
Woda z dachu spływa sobie swobodnie po murach, po oknach i drzwiach,
gromadząc się na podwórku i tworząc głębokie jezioro. Tak to
dokładnie wygląda pod 100 letnim wiaduktem między ul. Zabrską a
Chorzowską, na dowód czego zgromadziłem sporą dokumentację
fotograficzną.
W obawie przed efektem braku działań wznieść można chyba już tylko
modlitwę. Święty Krzysztofie, patronie kierowców, uratuj nasz
wiadukt, bo jak się zawali, gliwiczanie znów będą stali godzinami w
korkach na Piwnej i Traugutta!
Marian Jabłoński